Pomimo dużych trudności gospodarczych Rosja kontynuuje intensywną modernizację swoich sił zbrojnych, kładąc szczególny nacisk na rozwój broni ofensywnych. Uzasadnione wydaje się przewidywanie, że kolejnym celem jej ekspansji terytorialnej mogą być państwa bałtyckie, praktycznie nie mające własnych sił zbrojnych. Wynika to z analizy rosyjskich priorytetów strategicznych, wśród których znajduje się odzyskanie szerokiego dostępu do Bałtyku oraz bezpośredniego połączenia z eksklawą kaliningradzką
- pisze dr Tadeusz A. Kisielewski. W swojej najnowszej książce "Przesmyk suwalski. Rosja kontra NATO" ten niezależny analityk stosunków międzynarodowych nakreślił możliwe scenariusze wydarzeń dla Polski i państw bałtyckich.
***
Przyjmuje się, że właśnie od realizacji tego drugiego celu rozpoczęłaby się rosyjska agresja, bo gdyby się powiodła, państwa bałtyckie utraciłyby lądowe połączenie z Polską, a tym samym z europejskim trzonem NATO, w wyniku czego byłyby całkowicie zdane na łaskę Rosji. (...) W każdym razie wydaje się, że w razie rosyjskiej agresji (...) na państwa bałtyckie - decydująca będzie reakcja politycznych czynników Zachodu. (...) Jak zwykle decydujące będzie stanowisko Stanów Zjednoczonych.
***
Po wygraniu przez Donalda Trumpa wyborów prezydenckich w listopadzie 2016 roku administracja Baracka Obamy przyspieszyła termin rozlokowania amerykańskich jednostek na wschodniej flance NATO, co było uzasadnione w kontekście wielu wypowiedzi Trumpa. Przede wszystkim zapowiedział on, że nie zamierza traktować artykułu 5 traktatu powołującego do życia NATO jako przepisu uruchamiającego kolektywną obronę przed każdym atakiem na jedno z państw sojuszu. Stwierdził, że korzystanie państw zaatakowanych z dobrodziejstwa artykułu 5 będzie uzależniał od wkładu tych państw w budżet NATO.
Z jednej strony wypada uznać te słowa za konieczną mobilizację większości europejskich członków NATO do zwiększenia budżetów obronnych. Istotnie, większość z nich przerzucała dotąd koszty kolektywnej obrony na amerykańskich podatników. Na wschodniej flance NATO jedynie Polska i Estonia przeznaczają na obronę 2 procent PKB. Jednak Trump, absolutny nowicjusz i ignorant w sferze polityki, szczególnie międzynarodowej - albo nie wie, albo nie rozumie, że polityka to nie zwykły biznes (zresztą jako biznesmen okazał się nieudacznikiem). W polityce zyski bywają niewymierne i często bardzo odsunięte w czasie. (...)
***
Trudno się oprzeć refleksji, że Trump jest w pewnym sensie amerykańskim odpowiednikiem Nikity Chruszczowa. Łączy ich nieprzewidywalność i impulsywność, a ponadto Chruszczow był zwany ukraińskim chłopkiem-roztropkiem, Trump zaś sprawia wrażenie intelektualnego i obyczajowego "rednecka" (w wolnym tłumaczeniu z jęz. angielskiego: "wieśniak" -red.) ze Środkowego Zachodu. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że Trump ma także coś wspólnego z carem Mikołajem II - łączy ich skłonność do postępowania wedle rad tego człowieka, który ostatni odwiedził ich gabinet. (..)
Zresztą cały świat obserwuje dziwaczne zachowania amerykańskiego prezydenta, zwłaszcza jego kompulsywne posługiwanie się Twitterem. Nie jest rzeczą normalną, gdy ktoś publicznie zgadza się ze swoimi krytycznymi doradcami, a kilkanaście godzin później zmienia zdanie i atakuje ich na Twitterze. Głoszenie wbrew oczywistości, że tłum na jego inauguracji był największy w historii, nie jest ani błahe, ani śmieszne, lecz groźne, ponieważ świadczy o uleganiu iluzyjnym wyobrażeniom (tworzenie "alternatywnej rzeczywistości") i narcyzmie.
Horrendalne wręcz zachowanie Trumpa spowodowało niebezpieczne konsekwencje w czerwcu. Gdy sześć państw muzułmańskich, wprowadzonych w błąd atakiem rosyjskich hakerów na katarskie systemy komputerowe, zerwało stosunki dyplomatyczne z Katarem, Trump poparł to posunięcie i sam też zaatakował Katar. Nie wziął pod uwagę - co przeraziło Departament Stanu - że Katar coraz efektywniej włącza się do walki z ISIS, a przede wszystkim - że gości amerykańską bazę lotniczą, z której US Air Force prowadzi operacje na całym Bliskim Wschodzie. Może o tym nie wiedział.
A przy tej okazji po raz trzeci w ciągu tygodnia Putin dał się przyłapać na kłamstwie, wygłaszając oświadczenie w "krymskim" stylu, jakoby Rosjanie nie prowadzili z Zachodem cyberwojny. Bardzo nieudolny szpieg. Zapomina, że aby kłamstwo odniosło skutek, musi mieć pozory prawdy. (..)
***
Po początkowym okresie, w którym nadzorowane przezeń (przez Kreml - red.) media wychwalały amerykańskiego prezydenta, nadszedł dzień 17 lutego, gdy - jak podał portal Bloomberg - "Władze Kremla miały zalecić państwowym mediom, aby przestały tak często w pochlebny sposób mówić o Donaldzie Trumpie.
Rosyjscy urzędnicy obawiają się podobno, że nowa administracja USA nie będzie Rosji tak życzliwa, jak zakładano wcześniej". (...) Moskwa natychmiast uznała, że czas złudzeń się skończył, bo na Donalda Trumpa, nawet zakładając jego najlepsze chęci, nie można dłużej liczyć. Putin stwierdził, że:
"Rusofobia jest przede wszystkim wykorzystywana do wewnętrznej walki politycznej. W tym przypadku do walki między prezydentem Trumpem a jego przeciwnikami w Stanach Zjednoczonych. (...) Nie można bez końca znosić takiego chamstwa wymierzonego w nasz kraj".
Najwidoczniej Putin nie zrozumiał, że walka między Trumpem a jego przeciwnikami jest tylko zewnętrznym przejawem zmagań o powstrzymanie zagrożeń dla pokoju i bezpieczeństwa płynących ze strony Rosji. Kilkanaście godzin po głosowaniu w Senacie Rosja wreszcie odpowiedziała na usunięcie przez Obamę w grudniu 2016 roku trzydziestu pięciu rosyjskich dyplomatów. (...)
***
Wygląda na to, że kurs polityki obronnej Stanów Zjednoczonych pozostanie bez zmian, co ma zasadnicze znaczenie dla bezpieczeństwa Polski. A w świetle rosyjskich poczynań jest wręcz kwestią żywotną. Podczas wizyty w Warszawie 6 lipca 2017 roku na szczycie dwunastu państw tak zwanego Międzymorza (lub Trójmorza) Donald Trump wygłosił trzy ważne deklaracje. Pierwszą, że Stany Zjednoczone dochowają wierności postanowieniu artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego o kolektywnej obronie. Na brukselskim szczycie NATO nie złożył tak jednoznacznego oświadczenia.
Drugą, polegającą na wezwaniu Rosji do "zakończenia destabilizujących działań na Ukrainie i gdziekolwiek indziej we wspieraniu przez nią wrogich reżimów, włączając w to Syrię i Iran" i stwierdzeniu, że Rosja powinna "dołączyć do społeczności odpowiedzialnych narodów w naszej walce ze wspólnymi wrogami i w obronie samej cywilizacji". Trzecią, że Polska [w oryginale: "i jej sąsiedzi" - T.A.K.] "nigdy nie może być zakładnikiem jednego dostawcy gazu". Z jednej strony była to oczywista obietnica zgodnego z amerykańskim interesem gospodarczym kontynuowania dostaw LNG do terminalu w Świnoujściu, a z drugiej - zapowiedź ciosu w interesy Rosji. Przede wszystkim gospodarcze, ale pośrednio i w jej plany militarne, zagrażające - być może - przede wszystkim Polsce.
Rosja w około dwóch trzecich finansuje swój budżet zyskami z eksportu węglowodorów. Jeśli ekspansja tego sektora podupadnie, to Kreml będzie zmuszony albo drastycznie ograniczyć wydatki zbrojeniowe, albo zacisnąć pasa społeczeństwu, a to do reszty podważy jego wątpliwą i chwiejną legitymizację. Nawet jeżeli ostateczna umowa polsko-amerykańska nie dojdzie do skutku, to możliwość jej zawarcia będzie mocnym argumentem w negocjacjach Polski z innymi dostawcami. (...)
Dr Tadeusz A. Kisielewski . Jest niezależnym analitykiem stosunków międzynarodowych. Zajmuje się globalną geopolityką i geostrategią. Autor takich książek jak m.in. "Nowy konflikt globalny" i "Schyłek Rosji".
CHCESZ DOSTAWAĆ WIĘCEJ DARMOWYCH REPORTAŻY, POGŁĘBIONYCH WYWIADÓW, CIEKAWYCH SYLWETEK - POLUB NAS NA FACEBOOKU