artykuły
Stanisław Lem niesie ciastka. W tle hotel Cracovia ( Tomasz Lem)
Stanisław Lem niesie ciastka. W tle hotel Cracovia ( Tomasz Lem)

Stanisław Lem nigdy publicznie nie ujawnił, że był Żydem, jego prawdziwa tożsamość była tematem tabu. Dlaczego?

- Nie tylko dla niego, nie róbmy z Lema wyjątku. Kiedy przyglądamy się biografiom najwybitniejszych polskich twórców XX wieku, to ciągle powtarza się ten lub podobny refren, związany z ukrywaniem jakiejś części tożsamości. Niekoniecznie zresztą chodziło tu o żydowskie pochodzenie, czasem o jakieś inne haki. W Polsce do dzisiaj z przeszłości nader chętnie strugamy maczugę przeciw komuś, zwłaszcza gdy mu zazdrościmy sukcesów. Poza tym Lem wiele przeżył i nie były to łatwe doświadczenia. Część z nich opisuję w książce, część czeka na opisanie przez mocniejszego psychicznie człowieka w kolejnej biografii.

Nie wiedziałeś, że Lem ukrywa coś, co ma związek z wojną?

- Nie, szczególnie że w wywiadach przedstawiał tamten okres zupełnie inaczej: szczęśliwie udawało mu się być zawsze w dobrym miejscu albo po drugiej stronie ulicy. Tak wyprowadzał swoich rozmówców w pole. Gdyby nic nie mówił, toby budziło zainteresowanie. A tak tworzył wrażenie, że niczego nie ma do ukrycia, ale też niczego ciekawego do opowiedzenia.

Stanisław Lem, rok 1993 (fot. Wojciech Druszcz) ()

Jego doświadczenia wojenne były dla ciebie ważne?

- Kiedy zaczynałem pisać tę książkę, nie przypuszczałem, że będę musiał opisywać wydarzenia związane z Zagładą. Gdybym wiedział, co mnie czeka, pewnie bym się nie odważył. Świadomie zajmuję się s.f. i kulturą popularną, ponieważ nie chcę zajmować się poważnymi, ciężkimi tematami. Uciekam od nich. Są reporterzy, którzy uwielbiają tematy związane z ludobójstwem czy innymi zbrodniami - to nie ja! Dlatego kilkakrotnie chciałem odstąpić od umowy i zwrócić zaliczkę. Niestety, wydawnictwo cierpliwie tylko wyznaczało mi kolejne dedlajny.

Opowieści o Holocauście są przeważnie owiane tajemnicą. Ludzie znikali w Treblince albo w getcie warszawskim i do dzisiaj nie możemy ustalić dokładnej daty ich śmierci. Nie znamy na przykład ostatnich chwil Janusza Korczaka, a Andrzej Włast, autor tekstu "Tanga Milonga", zginął nawet nie wiadomo w którym roku, 1942 lub 1943. Holocaust we Lwowie, gdzie mieszkała rodzina Lema, przebiegał trochę inaczej. Materiałów jest aż nadto. Niemcy fotografowali i filmowali tam swoje zbrodnie. To można znaleźć w internecie, na przykład w United States Holocaust Museum. Być może na tych zdjęciach można wytropić Lema.

Szukałeś go tam?

- Nie. Nie mam siły.

Dlaczego ty tego nie zrobiłeś? Książka na pewno by się lepiej sprzedała.

- Nie wiesz, o czym mówisz. To przerasta możliwości psychiczne normalnego człowieka. Naprawdę po przeglądaniu zdjęć mordowanych i zamordowanych ludzi ma się koszmary. I nie jest to metafora. Wiadomo, jak działa internet i prawdopodobnie wielu czytelników tej rozmowy rzuci się od razu do wyszukiwarki i wpisze hasła: Lwów, pogrom. Ale ostrzegam - zobaczycie tam straszne obrazy, które nie opuszczą was przez wiele tygodni.

Lwowscy żydzi w czasie II wojny światowej (fot. autor nieznany / wikimedia.org / domena publiczna) ()

Wspomniałeś, że postanowiłeś nie opisywać pewnych wydarzeń z okresu wojennego, które dotyczą rodziny Lema? Czego się dowiedziałeś?

- Nie powiem.

Nawet ogólnikowo?

- Wyobraźmy sobie, że w twoje ręce trafia dokument, w którym jest opisana niejednoznaczna scena z okresu II wojny światowej. Otóż do pewnego człowieka przychodzi ktoś, kto prosi o pomoc, a ten zatrzaskuje przed nim drzwi. Z jednej strony to straszne, a z drugiej pojawia się pytanie, jak ja zachowałbym się w takiej sytuacji? Mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem, ale czy wypada z perspektywy naszych czasów oceniać tamtych ludzi i ich tragiczne wybory?

W książce sugerujesz, że Stanisław Lem przeżył pogrom we Lwowie. Potem ukrywał się, pracując w fabryce razem z innymi Żydami. Czy to oznacza, że jego rodzina kolaborowała z Niemcami?

- Moim zdaniem zdecydowanie nie, bo jeśli coś robisz, żeby uratować życie, to robisz to pod przymusem, ergo nie jest to już kolaboracja, tylko praca przymusowa. To jest historia podobna do listy Schindlera, wszyscy ocaleni przez niego Żydzi przeżyli dlatego, że pracowali dla niemieckiego przedsiębiorcy. Rosyjski tłumacz Lema, Wiktor Jazniewicz, zwrócił mi uwagę, że stalinowskie sądy niekoniecznie musiały na to spojrzeć w ten sposób. I rzeczywiście, w United States Holocaust Museum znalazłem relację innej rodziny, która przetrwała okupację w tym samym zakładzie i mieli w ZSRR kłopoty. Dla Lemów więc bezpośrednie zagrożenie ustało dopiero razem z przeprowadzką do Krakowa.

Kiedy Lem przestał pracować w fabryce, przyjął fałszywą tożsamość Ormianina. W tym czasie intensywnie korzystał z biblioteki, w której, według twojej hipotezy, odkrył amerykańską literaturę s.f. Jak do tego miało dojść?

- Jego pierwsza nowela "Człowiek z Marsa" nie nawiązuje do tradycji polskiej literatury fantastycznej, natomiast pod wieloma względami przypomina amerykańską, pulpową fantastykę. Akcja dzieje się w wyobrażonych Stanach Zjednoczonych. Lem przyjechał do Krakowa już z gotowym tekstem, który natychmiast opublikował w pulpowym czasopiśmie "Nowy Świat Przygód". No i pojawia się pytanie, kiedy on to napisał? W zasadzie każda hipoteza jest dziwna. Dostęp do amerykańskiej fantastyki we Lwowie radzieckim jest prawie niemożliwy. Mniej dziwne jest to, że jakiś niemiecki przekład amerykańskich opowiadań był dostępny w niemieckiej bibliotece, ponieważ do pewnego momentu istniała kulturalna wymiana między USA i Trzecią Rzeszą. Lem mówił w wywiadach, że korzystał z bibliotek dla Niemców.

Mógł sobie na to pozwolić?

- Kiedy człowiek ukrywa się na fałszywych papierach, to powinien normalnie żyć i nie ściągać na siebie podejrzenia.

Stanisław Lem w domowej bibliotece (copyright Tomasz Lem) ()

Jak Lem o tym opowiadał?

- Nigdy nie powiedział, kiedy dokładnie ją napisał, ani w jaki sposób wymyślił fabułę. Zwróć uwagę, że sytuacja, w której ukrywający się człowiek ucieka w świat wyobraźni i wymyśla niezwykłą powieść, nie jest jedyna w swoim rodzaju. Z podobnych powodów Jan Brzechwa napisał "Akademię Pana Kleksa". Ale skądś Lem musiał czerpać inspirację, ponieważ człowiek nie może tak sam z siebie wymyślić różnych elementów całego gatunku s.f. Wielu polskich autorów uprawiających fantastykę po 1945 roku nie znało amerykańskiego kanonu i pisało inaczej. A "Człowiek z Marsa" jest próbą napisania czegoś, co mogłoby się ukazać razem z pierwszymi opowiadaniami Asimova czy Clarka. To jest literatura gatunkowa, pisana przez kogoś, kto zna prawidła gatunku. Można powiedzieć fanfiction.

W 1972 roku Lem napisał w jednym z listów: "z wyjątkiem moich rodziców całą moją rodzinę Niemcy wybili (głównie gaz, obozy śmierci)".

- Pisał o tym tłumaczowi w liście, który nigdy nie był przeznaczony do publikacji. Wydano go dopiero po śmierci Lema.

Czy to był pierwszy moment, kiedy przyznał się komuś do swojego pochodzenia?

- Mam powody przypuszczać, że Lem już wcześniej rozmawiał o tym z Janem Józefem Szczepańskim czy z Janem Błońskim, czyli swoimi najbliższymi przyjaciółmi. Dla amerykańskiego tłumacza powieści Lema temat żydowskiej tożsamości był przezroczysty. Mieszkał w Nowym Jorku, w którym takie kwestie są neutralne. W listach do Lema podchodził do żydowskich korzeni beztrosko, nie rozumiał polskich urazów i tematów tabu, dlatego w pewnym sensie sprowokował pisarza do szczerych odpowiedzi.

Kiedy Lem postanowił zostać pisarzem? Jeszcze w trakcie wojny?

- Nie wiadomo. Przypominam, że w czasie wojny mówimy o człowieku, który nie wie, czy dożyje następnego dnia. Snucie planów na życie powojenne było więc niemożliwe. Nie mam pojęcia, o czym myśli człowiek, który musi codziennie się ukrywać, boi się demaskacji, a każda napotkana osoba może się okazać szantażystą. Zasadniczą decyzję o byciu pisarzem Lem podejmuje po przeprowadzce do Krakowa.

Most Dębnicki na Wiśle zburzony przez Niemców w styczniu 1945. W tle widać Wawel (fot. S. Kolowca / wikimedia.org / domena publiczna) ()

No właśnie, dlaczego Kraków? Przecież mieszkańcy Lwowa jechali przede wszystkim do Wrocławia.

- Rodzina Lemów miała tam przyjaciół. W Krakowie czekało na nich mieszkanie, właściwie jeden pokój, ale zawsze coś. Jak podkreśla w swojej książce Marcin Zaremba, przesiedleńcy ze Wschodu najczęściej lądowali w strasznych warunkach, byli wyrzucani z pociągów i koczowali na dworcach. Zatem czekający na Lemów przyjaciele byli wybawieniem. Kraków to miasto, które w dużym stopniu stworzyło Lema. W innych miastach spotkałby na pewno wspaniałych ludzi, zrobiłby karierę, ale raczej byłby zupełnie kimś innym.

Nie spotkałby Jerzego Turowicza i prof. Mieczysława Choynowskiego - psychologa, filozofa, twórcy polskiej psychometrii.

- Upraszczam to do tych dwóch nazwisk. Unikalność Lema polega na tym, że jako jedyny sprawnie poruszał się w dwóch odmiennych obszarach, czyli w naukach ścisłych i humanistyce. Wielu pisarzy s.f. opisuje naukę, nie mając zielonego pojęcia, jak naprawdę działa.

A inna część nie zna filozofii?

- Ale bardzo chcą snuć różne rozważania. A Lem dzięki profesorowi Choynowskiemu gruntownie zrozumiał, na czym polega metoda naukowa. Bardzo trafnie opisuje ją na przykład w rozdziale "Solaryści" w powieści "Solaris" czy w "Głosie Pana". Jednocześnie rozumie humanistykę i od wczesnych powieści kategorycznie odrzuca instrumentalne traktowanie istoty ludzkiej. Zaczerpnął to zapewne z personalizmu, którego najbardziej znanym polskim przedstawicielem był Karol Wojtyła, przelotnie znany Lemowi ze  środowiska "Tygodnika Powszechnego". Po II wojnie światowej taka postawa nie była oczywistym stanowiskiem, także w krajach demokratycznych na serio traktowano propozycje takie, jak przymusowa sterylizacja elementów szkodliwych społecznie.

Jerzy Turowicz i Stanisław Lem podczas wręczenia Lemowi Orderu Orła Białego, rok 1996 (Fot. Krzysztof Karolczyk / Agencja Gazeta) ()

Przyjaźnił się z Janem Błońskim i Janem Józefem Szczepańskim. Z tym pierwszym podobno prowadził spektakularne kłótnie. O co się spierali?

- Czasami o sprawy przyziemne, a czasami o wzniosłe. Na podstawie relacji wiem, że potrafili pobić się, oczywiście metaforycznie, o wyższość nauk ścisłych nad naukami humanistycznymi. Przysłuchujący się tym rozmowom młody chłopiec Michał Zych opowiadał, że byli nieraz o krok od fizycznej konfrontacji. Ciekawe było odkrycie temperamentu prof. Jana Błońskiego, subtelnego intelektualisty, klasyka, autora przełomowego tekstu "Biedni Polacy patrzą na getto". Nigdy w życiu nie kojarzyłbym go ze skłonnościami do awanturnictwa. A potrafił zepsuć wszystkim imprezę awanturą, agresywnym poczuciem humoru, robił z siebie błazna, żeby za wszelką cenę zwrócić uwagę innych.

Ale to dzięki niemu Lem przeprowadził się pod Kraków?

- Nie tylko to mu zawdzięcza. Błoński wbrew Lemowi doprowadził do opublikowania francuskiego tłumaczenia powieści "Solaris", a z tego przekładu wzięła się wersja amerykańska. Przy wszystkich jej wadach - bez tego Lem nie byłby dzisiaj znany w Ameryce.

Z kolei z Janem Józefem Szczepańskim wiąże się stosunek Lema do opozycji. Szczepański mocno angażował się w różne wolnościowe inicjatywy. Jak Lem to oceniał? Był związany z opozycją?

- Kibicował jej, ale oficjalnie się nie angażował, mimo jego podpisu widniejącego pod kilkoma listami otwartymi czy tekstami w "Kulturze" paryskiej. Bał się zakazu druku, który nie dotknąłby tylko jego, ale również współpracowników i przyjaciół.

Masz jakiś przykład?

- Lem chciał wydać książkę "Czarnoksiężnik z archipelagu" w przekładzie Stanisława Barańczaka w serii "Stanisław Lem poleca". Nie mógł tego zrobić, ponieważ Barańczak był wpisany na czarną listę. Pomysły były różne: żeby przekład był podpisany przez żonę Barańczaka albo pseudonimem, albo żeby w ogóle nie był podpisany.

Z żoną Barbarą w Zakopanem (copyright Tomasz Lem) ()

W jaki sposób Lem radził sobie z cenzurą?

- Długo opierał się przed zaszufladkowaniem, nie chciał być ani pisarzem partyjnym, ani opozycyjnym. Uważał, że istnienie, szczególnie po strasznych doświadczeniach okresu 1939-45, jakiegokolwiek życia kulturalnego jest wielkim skarbem, którego nie można lekkomyślnie zmarnować. Ta perspektywa zmuszała Lema do różnych gier, w rodzaju dopisywania wstępu do "Pamiętnika znalezionego w wannie". Ponadto cenzura nie była monolitem. Mimo że była to jedna instytucja przy ulicy Mysiej w Warszawie, to inną siłę przebicia miała w niej jedna redakcja, a inną druga. Inaczej traktowano wydawnictwo książkowe, a inaczej czasopisma. Na przykład opowiadanie "Edukacja Cyfrania" nie mogło się ukazać w "Szpilkach", ale ukazało się nakładem książkowym w Wydawnictwie Literackim.

Samochody, góry, słodycze - to kochał najbardziej. Ale chyba jeszcze bardziej lubił pieniądze, prawda?

- Uwielbiał tak o sobie mówić. Dochodzimy tutaj do kolejnej zagadki Stanisława Lema. Deklaracji, że pisze dla pieniędzy, bo taki jest jego zawód, jest w listach cała masa. Ale w takim razie dlaczego pisał tak trudne i ambitne książki? W jednym z listów wspomina, że dla pieniędzy pisze "Niezwyciężonego". Gdyby Lem kierował się chciwością, to pisałby wyłącznie takie książki. Andrzej Sapkowski ma na to dobrą odpowiedź: gdyby chodziło tylko o pieniądze, zająłby się handlem skarpetkami. To samo dotyczyło Lema.

Czyli ile zarabiał Lem?

- Trudno to dokładnie przeliczyć, bo tamte złotówki nie bardzo się przekładają na dzisiejsze, ale robiłem sobie takie szacunkowe wyliczenia dla lat 80., kiedy Lem zarabiał głównie w markach zachodnioniemieckich i austriackich szylingach. Są dla nich kalkulatory na dzisiejsze euro, z uwzględnieniem inflacji. Wyszło mi, że w tej dekadzie Lem zarabiał tyle, co średniego szczebla manager w Agorze, bez premii.

Po prostu jeśli ktoś naprawdę marzy o pieniądzach, literatura nie jest dla niego. Lem marzył o tym, żeby mieć własny domek i samochód, którym by mógł pojechać do Zakopanego bez strachu, że się zepsuje po drodze. Takie marzenia są dzisiaj na wyciągnięcie ręki, a w PRL-u nawet dla dobrze zarabiającego pisarza były wyznacznikiem luksusu. W jednym z listów Lem opisuje wizytę w hotelu w Berlinie Zachodnim: po tym, jak zobaczył najlepsze hotele w obozie socjalistycznym, z zachwytem pisze o cudownym, miękkim, pachnącym papierze toaletowym.

I balsamie do ciała.

- Tak. A przecież to nie jest z dzisiejszej perspektywy coś wyjątkowego.

Z żoną i synem Tomaszem (copyright Tomasz Lem) ()

Żył w luksusie?

- Relatywnie tak, ale trzeba pamiętać, że luksus w PRL-u był przaśny. Szczyt wykwintnego stylu życia to jedzenie z puszki kupione w Peweksie. Szynka konserwowa Krakus i Johny Walker Red Label, tak wyglądała wtedy elegancka kolacja w zamożnym domu. Powiedzmy sobie szczerze, dzisiaj to żaden luksus.

Ale jednak miał swój dom i dosyć często zmieniał samochody.

- Dom był mały, a samochody ciągle się psuły. Jego życie można porównać do codzienności rodziny z kredytem hipotecznym na 30 lat. Podobny komfort jak na warszawskiej Białołęce z podobnym, fatalnym dojazdem do miasta. Na otwarcie pierwszego sklepu na swoim osiedlu czekał z dziesięć lat, podobnie na utwardzenie ulicy. To jak problemy dzisiejszego leminga z kredytem frankowym, a jednak łatwiej wziąć taki kredyt, niż pisać arcydzieło rocznie.

Drażliwym tematem są filmy na podstawie powieści Stanisława Lema. Czy z któregoś był zadowolony?

- Na pewno z "Przekładańca" w reżyserii Andrzeja Wajdy. To komedia, co w ogóle sporo mówi o podejściu Lema do jego własnej literatury. Najbardziej był rozczarowany "Solaris" Tarkowskiego, którego nigdy porządnie od początku do końca nie obejrzał. W pewnym momencie rozważano nawet komedię w reżyserii Stanisława Barei na podstawie opowiadania "Inwazja z Aldebarana". Fabuła jest stworzona dla reżysera "Misia". W małej miejscowości, gdzieś opodal Krakowa, lądują najeźdźcy z kosmosu. Z rakiety wysiada android, udający typowego mieszkańca Ziemi, i zadaje grzecznie pytanie: "Wskażcie mi drogę do swojego przywódcy". Tubylec rzuca się niego, krzycząc: "Psia mać twoja dyszlem chrzczona" i bije go drągiem, aż ten umiera. Kosmici tłumaczą to sobie jako: "Przodek czworonożnego ssaka płci żeńskiej potraktowany elementem pojazdu w ramach obrzędu religijnego" i zaraz potem też giną. Mieszkańcy topią robota, a rakietę przerabiają na maszynę produkującą bimber. 

Mural Robot Lema na ścianie krakowskiej kamienicy (fot. Mateusz Skareczek / Agencja Gazeta) ()

Idealny scenariusz dla Barei! Lem umarł stosunkowo niedawno, więc przyglądał się naszej najnowszej historii. Jak oceniał okres po transformacji ustrojowej?

- Żyjemy w czasach, które są spełnieniem marzeń Lema. Marzeń, które były w gruncie rzeczy minimalistyczne: żyć życiem przeciętnego mieszkańca Europy Zachodniej. Narzekać na to, co oni - na deficyt duchowości, pogoń za pieniądzem i na wysokie raty kredytu. I cieszyć się brakiem poważniejszych problemów. Wtedy nawet najbogatsi Polacy nie mogli tak żyć, jak dziś żyje tak wielu. Lema denerwowało, że nie potrafimy tego docenić.

A jak głosował?

- Politycznie pozostał związany ze środowiskiem "Tygodnika Powszechnego", wziął udział w kampanii prezydenckiej Tadeusza Mazowieckiego. Tak się też złożyło, że w ostatnim felietonie ostrzegał Polaków przed zagrożeniami, które szykują nam bracia Kaczyńscy.

"Lem. Życie nie z tej ziemi" do kupienia w Publio.pl>>>

Wojciech Orliński (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta) i jego książka ()

Wojciech Orliński. Dziennikarz "Gazety Wyborczej".

Arkadiusz Gruszczyński. Dziennikarz i animator kultury.