artykuły
(fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Rok 2016 nie był zbyt łaskawy dla zabytków powojennego modernizmu. Zwłaszcza w Warszawie. Po kilku latach względnego spokoju zdawało się, że atmosfera wokół budynków z tej epoki jakoś się poprawiła, a debata nieco dojrzała. Że zaczęliśmy doceniać socmodernę, że stała się ona modna. Miłośnicy i badacze tych obiektów skupili się więc raczej na publikowaniu książek, zamiast na protestowaniu.

(fot. Filip Springer)

Te złudzenia rozwiały się w budowlanym pyle, gdy buldożery pojawiły się u progów takich warszawskich pereł jak pawilon Emilia czy Smyk. Chwilę później z ziemią zrównano również Rotundę. Znów aktualne stało się stwierdzenie, że "źle urodzone" będą znikać zawsze, gdy przeciw nim stanie kapitał. Nic więc się w sumie nie zmieniło od czasu pierwszej rzezi, na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku, kiedy w gruzach legły warszawskie Supersam i pawilon Chemii, katowicki dworzec czy budynki towarzyszące tamtejszej Superjednostce.

Z jednym małym wyjątkiem. W Krakowie ocalono budynek, który według wszelkich przewidywań miał zniknąć. Wyobraźmy sobie bowiem taki scenariusz: W centrum miasta, na niezwykle atrakcyjnej działce, stoi ogromny, modernistyczny obiekt, który stracił swoją pierwotną, hotelową funkcję w roku 2004 i jest po prostu wieszakiem na reklamy. Kiedyś był znakiem nowoczesności i powiewem wielkiego świata, po transformacji stał się dla wielu symbolem paździerzowatej epoki i kapsułą zatęchłego czasu. W międzyczasie fatalnie się zestarzał i sfatygował (wymaga kosztownego remontu), a do tego nie spełnia współczesnych wymagań funkcjonalnych. W 2011 roku obiekt zostaje kupiony przez dewelopera i - znając podobne historie z całej Polski - można już sobie wyobrażać, co nastąpi dalej. Najpierw chwila ciszy, potem zapewnienia, że oryginalny budynek zostanie zachowany, później informacja, że jednak się nie da tego zrobić, a następnie już pojawia się ciężki sprzęt. Tak miało być i tutaj. Po wstępnych deklaracjach dewelopera, że ocali budynek, do opinii publicznej zaczynają się przedostawać wizualizacje zupełnie nowej bryły w tym miejscu. Historycy sztuki, społecznicy i architekci podnoszą larum, ale smutny los budynku zaczyna się wypełniać. Znamy tę opowieść, słyszeliśmy ją tyle razy - zwroty akcji są tu pozorne, wątek zawsze znajduje żałosny finał w stercie gruzów.

(fot. Filip Springer)

Hotel Cracovia, bo o nim rzecz jasna mowa, wyłamuje się z tego schematu. Jego historia sięga drugiej połowy lat pięćdziesiątych. To wtedy okazało się, że na działce naprzeciwko Muzeum Narodowego, przy reprezentacyjnej alei Trzech Wieszczów, nie stanie jednak siedziba wojewódzkich władz PZPR (po odwilży władze zaczęły wycofywać się z tego pomysłu), a coś, co symbolizuje otwarcie komunistycznej Polski na świat. Tym czymś miał być hotel Orbisu, w którym bez wstydu można by przyjąć zagranicznych turystów. Projekt  powierzono młodemu, ale już doświadczonemu architektowi - Witoldowi Cęckiewiczowi, który właśnie wrócił z wycieczki studyjnej po Francji i miał głowę pełną odważnych pomysłów.

"To było nie tylko zetknięcie się z nowymi obiektami architektonicznymi, ale z innym światem" - wspominał w wywiadzie, który przeprowadzili z nim Dorota Leśniak- Rychlak i Michał Wiśniewski. - "Chodziło o atmosferę współczesności uwidoczniającą się w tych wielkich płaszczyznach szkła, przez które wieczorami można było zaglądać w głąb jasno oświetlonych budynków".

(fot. Filip Springer)

Po powrocie Cęckiewicz postanowił trochę tej współczesności wprowadzić do ciągle jeszcze mocno zapatrzonego w przeszłość Krakowa. Jego hotel jest więc horyzontalnym i długim na 150 metrów prostopadłościanem, który ogranicza plac przed muzeum, ale jednocześnie kieruje wzrok ku błoniom. Przeszklony parter mieszczący punkty handlowe i usługowe nadaje bryle lekkości. Elewacja składa się z szachownicowo ułożonych płaszczyzn aluminium i szkła, które zwłaszcza o zachodzie słońca podejmują ze sobą spektakularną, wizualną grę. Wejście zaakcentowano ekspresyjnym dachem osłaniającym nieco wyniesiony ponad grunt podjazd w kształcie rogalika. W środku znalazło się miejsce dla 430 pokojów (jedno- i dwuosobowych) oraz 10 apartamentów. Restaurację i kawiarnię umieszczono w poprzecznym względem głównej bryły pawilonie.

(fot. Filip Springer)

O ile Cracovia otwiera się na plac i kieruje wzrok ku błoniom, o tyle towarzyszące jej kino Kijów stanowi po prostu ważny architektoniczny akcent alei Trzech Wieszczów. Szklana elewacja łączy hol kina z miastem i pozwala podziwiać przechodniom spektakularne mozaiki we wnętrzu. Cęckiewicz włożył dużo wysiłku, by zadbać także o "piątą elewację" tego gmachu, czyli dach. Z najwyższych okien Cracovii był on bowiem doskonale widoczny. Architekt starał się nadać mu więc odpowiedni plastyczny wyraz.

(fot. Filip Springer)

Zespół hotelu Cracovia i kina Kijów to przykłady przyzwoitej, powojennej moderny, która wyróżnia się na tle architektury Krakowa, znajduje swoje ważne miejsce wśród innych budynków tej epoki w Polsce, ale ginie w szerszej perspektywie. Nie jest to bez wątpienia architektura wybitna. To bardzo solidna robota będąca doskonałą ilustracją swojego czasu. Nie takie budynki już jednak w Polsce wyburzono.

(fot. Filip Springer)

W połowie 2016 roku wydawało się więc, że los i tego zespołu, wbrew ożywionym protestom, jest już przesądzony. Deweloper, kielecka spółka Echo Investment, parł wszystkimi siłami, żeby wymazać budynek z mapy Krakowa. Jego obrońcy, wśród nich między innymi Instytut Architektury i znana ze spektakularnych wizualnie protestów artystka Cecylia Malik, zdawali sobie sprawę, jak słabe pozycje zajmują. Wszystko zmierzało do smutnego finału, gdy w grudniu gruchnęła wieść - Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego odkupiło budynek od dewelopera i przekazało go Muzeum Narodowemu w Krakowie z przeznaczeniem na stworzenie w nim nowej placówki poświęconej polskiemu designowi i najnowszej architekturze. Cracovia została ocalona. Jeszcze wiosną weszli do niej robotnicy, a w czasie majowej Nocy Muzeów pierwsi zwiedzający mogli zajrzeć do środka, by zobaczyć prowizoryczną wystawę w hotelowym lobby i odsłonięte na tę okazję oryginalne mozaiki. Mniej więcej w tym samym czasie studenci architektury z całej Polski pod kierunkiem uznanego Fernando Menisa (o jego toruńskich Jordankach pisałem TUTAJ ) zastanawiali się nad przyszłością Cracovii. Niemożliwe stało się możliwe.

(fot. Filip Springer)

Ojców i matek tego cudu nad Wisłą jest wielu. Na pewno to obrońcy budynku, którzy od 2011 roku wszystkimi możliwymi sposobami starali się przekonać opinię publiczną, że Cracovię trzeba ocalić. Protestowali, ale jednocześnie zamawiali niezależne ekspertyzy, słali do urzędników pisma i prowadzili własną dokumentację czy prace badawcze, czego efektem jest choćby wydana przez Instytut Architektury dwutomowa monografia Witolda Cęckiewicza.

(fot. Filip Springer)

Walka o Cracovię toczyła się nie tylko o jej architektoniczną wartość, ale także, a może przede wszystkim, o miejsce, w którym stała. Galeria handlowa czy park biurowy (a takie były pomysły dewelopera) byłyby zabójcze dla tej części miasta i chyba wszyscy zaangażowani w proces obrony budowli zdawali sobie z tego sprawę. Ale zespołu zaprojektowanego przez Cęckiewicza nie udałoby się obronić, gdyby kierownictwo krakowskiego Muzeum Narodowego nie zobaczyło w modernistycznym gmaszydle szansy na rozwinięcie swojej działalności. To wicedyrektor muzeum, Andrzej Szczerski, jeszcze na początku 2016 roku rzucił w radiowym wywiadzie myśl, że jego placówka mogłaby przejąć Cracovię i się nią zaopiekować. Udało mu się do tego pomysłu przekonać Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Teraz przed nim o wiele trudniejsze zadanie - uzasadnienie zakupu, napisanie programu nowej placówki i przeprowadzenie respektującej założenia oryginalnego projektu modernizacji.

(fot. Filip Springer)

Muzeum ma za plecami całą armię ludzi, którzy o Cracovię walczyli jak lwy. Musi skorzystać z ich pomocy, by nie zmarnować potencjału, jaki przy okazji tej pocieszającej historii pojawił się w Krakowie. Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego. Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach " (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne), "Księgi zachwytów " (Agora SA), "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast" (Karakter).