artykuły
Prezydent USA Donald Trump (fot. Andrew Harnik/AP)
Prezydent USA Donald Trump (fot. Andrew Harnik/AP)

"Przez następne kilka tygodni będziecie widzieć to słowo w mediach coraz częściej" - pisze Vox . I trudno się dziwić: Donald Trump zalicza jedną wpadkę za drugą. Po jego wizycie w Europie najważniejsi politycy UE, w tym kanclerz Merkel, mówią głośno, że Europa musi sobie radzić sama. Żaden prezydent USA patrząc wstecz aż do Harry'ego Trumana nie był po pierwszych 140 dniach swojego urzędowania tak niepopularny jak Trump .

Ale o ile wcześniejsze głosy wzywające do odwołania Trumpa z urzędu można raczej uznać za publicystykę nienawidzącej wszystkiego, co Trump sobą reprezentuje, amerykańskiej liberalnej i lewicowej prasy, o tyle 15 czerwca nastąpiło wydarzenie, które może katapultować kwestię impeachmentu ze sfery publicystyki do obszaru polityki realnej.

Nadzorujący śledztwo w sprawie rosyjskich powiązań współpracowników Trumpa specjalny prokurator Robert Muller sprawdzi, czy prezydent USA nie utrudniał pracy wymiarowi sprawiedliwości. Czyli śledztwo toczy się już teraz w sprawie Donalda Trumpa - pisze "Washington Post" .

Nieco wcześniej, w czwartek 8 czerwca w Kongresie miało miejsce wydarzenie, które do tego doprowadziło. Przesłuchanie wyrzuconego przez Trumpa szefa FBI Jamesa Comeya.

Były dyrektor FBI James Comey składa przysięgę przed przesłuchaniem w Komisji ds. Wywiadu Senatu USA (fot. Alex Brandon/AP)

W porównaniu z ordynarnymi pyskówkami, brakiem kultury i pieniactwem, uskutecznianymi przez polskich polityków na różnego rodzaju komisjach parlamentarnych, przesłuchanie Comeya było lekcją politycznej kultury . Dość powiedzieć, że jedną z mocniejszych ripost była ta na sugestie ze strony Republikanów o niskim morale w FBI jako rzekomej przyczynie jego zwolnienia. Comey skwitował: "To były kłamstwa. Proste, ordynarne kłamstwa". Był pewny swoich słów i pamięci. Nic dziwnego - wszystkie rozmowy z Trumpem starannie spisał w notatkach.

W amerykańskiej kulturze politycznej s pisywane "na żywo" notatki służbowe FBI to nie byle co. Mogą posłużyć np. w sądzie w trakcie konfrontowania zeznań świadków z tym, co mówili na przesłuchaniach. Comey w sporządzaniu notatek był uznawany za niekwestionowanego mistrza .

Kaliber sformułowanych na ich podstawie oskarżeń był bliższy kalibrowi solidnego shotguna niż pistoletu.

Bomba wybuchła miesiąc temu, gdy James Comey dowiedział się z prasy, że prezydent Trump zwolnił go z pracy. Nietypowe było już samo zwolnienie - szefa FBI wybiera się na 10 lat, Comey stracił fotel po czterech. Gorsza była jednak tego zwolnienia przyczyna.

Prezydent USA Donald Trump i zwolniony przez niego były szef FBI James Comey (fot. Evan Vucci/Susan Walsh/AP)

Przesłuchanie byłego szefa FBI. "Trump kłamał"

Comey prowadził śledztwo w sprawie powiązań ludzi Trumpa z Rosją. I to jest drugi powód do niepokoju w Białym Domu. W czwartek były szef FBI oświadczył przed senacką komisją, że prezydent ani razu nie poprosił go wprost o zakończenie śledztwa. Jednak w rozmowach jeden na jeden Trump miał powiedzieć, że "ma nadzieję", iż dyrektor jest w stanie "odpuścić" śledztwo ws. powiązań gen. Michaela Flynna, ówczesnego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego w Białym Domu, z rosyjskimi dyplomatami pracującymi w USA. Niedługo potem Flynn stracił stanowisko.

Na prywatnym obiedzie w Białym Domu Comey usłyszał od Trumpa "Potrzebuję lojalności. I jej oczekuję". Przychylne demokratom media od razu uznały te słowa za wywieranie nacisku na urzędnika państwowego i bagatelizowanie akcji wywiadowczych Rosji w USA.

Stronniczość amerykańskiej prasy

I tak "Washington Post" piórem całego zespołu redakcyjnego napisał , że zeznania Comeya, oparte o jego własne skrupulatne notatki ze spotkań z Trumpem ukazują obraz prezydenta "skandalicznie nadużywającego swoich uprawnień władzy wykonawczej". Gazeta podkreśla zacytowane przez byłego szefa FBI słowa Trumpa: że miał "kwestie rosyjskie na myśli, gdy wyrzucał Jamesa Comeya". Z kolei skrajnie prawicowy "Breitbart" wyliczył kluczowe momenty z przesłuchania na niekorzyść Comeya i na korzyść Trumpa. Zgody nie będzie tu nigdy.

Stwierdzenie "mam nadzieję, że odpuścisz śledztwo" dla jednych jest naciskiem, a dla innych, np. dla prawicowego, ale mainstreamowego Fox News , nie jest równe rozkazowi "masz odpuścić to śledztwo". Narracja Republikanów i sprzyjających im mediów jest taka, że wyrażanie nadziei na coś - nawet przez prezydenta wobec podwładnego - nie jest przestępstwem. Nie jest - i te trzy słowa są tu kluczowe - obstrukcją wymiaru sprawiedliwości. To, czy do niej doszło, ma właśnie zbadać specjalny prokurator Robert S. Muller III.

Donald Trump, prezydent USA (fot. Andrew Harnik/AP)

Co musi zostać spełnione, żeby nastąpił impeachment?

Na Konwencji Konstytucyjnej w Filadelfii w 1787 roku Benjamin Franklin napisał, że "historycznie pozbywanie się z urzędu szkodliwych przywódców dokonywało się przez zabójstwo". I wskazał, że "lepszy byłby tu mechanizm posiadający określoną prawem procedurę".

Ta procedura to właśnie impeachment. W USA można odwołać różnych urzędników, w tym federalnych. Dwójka Demokratów z Kongresu - Al Green z Teksasu i Brad Sherman z Kalifornii - rozpoczęła przygotowywanie dokumentów niezbędnych do zainicjowania takiej procedury wobec aktualnego prezydenta Stanów Zjednoczonych . Przed nimi bardzo, bardzo długa droga.

Jak wskazuje amerykańska konstytucja w art. 2, "Prezydent i Wiceprezydent USA (...) mogą zostać usunięci z urzędu, gdy zostanie im udowodniona zdrada, łapówkarstwo lub inne "poważne przestępstwa i złe zachowania". Ten ostatni fragment otwiera szerokie pole interpretacji dla polityków. A ci mają, jak wiadomo, niezwykle dobrze rozwiniętą umiejętność oskarżania przeciwników o najobrzydliwsze zbrodnie i wychwalania najlepszych intencji sojuszników - choćby przeciwnik i sojusznik zrobili dokładnie to samo. Ale stwierdzenie "poważne przestępstwa i złe zachowania" to przede wszystkim szerokie pole interpretacji dla prawników w kwestii tego, co owym poważnym przestępstwem jest . Praktyka ustaliła, np. przy niemal udanym impeachmencie prezydenta Clintona, że pod to sformułowanie podpada właśnie obstrukcja wymiaru sprawiedliwości.

I tu jest clou sprawy. Czy Trump przeszkadzał wymiarowi sprawiedliwości w śledztwie ws. domniemanych powiązań swojego sztabu z Rosją? Nawet jeśli prokurator Muller to oceni, to Demokrata powie "tak", a Republikanin powie "nie". Ponieważ impeachment to w ostateczności decyzja polityczna.

Wyłączne prawo uruchomienia procedury impeachmentu ma Izba Reprezentantów. Deputowani głosują, oceniając, czy zachowanie aktualnego lokatora Białego Domu podpada pod którąś z wymienionych w prawie przyczyn jego odwołania. Jeśli choć jedno głosowanie się powiedzie - oznacza to, że impeachment prezydenta się dokonał. Ale musi go jeszcze większością kwalifikowaną dwóch trzecich głosów zatwierdzić Senat. I dlatego Bill Clinton przetrwał. Gdyby przegrał w Senacie, zastąpiłby go wiceprezydent Al Gore.

W praktyce szansę na utrącenie prezydenta z funkcji ma ta strona polityczna, która akurat trzyma w rękach obie izby Kongresu. A tak się składa, że przynajmniej do wyborów 6 listopada 2018 roku są to Republikanie. Pierwsze posiedzenie nowego Kongresu odbędzie się 19 stycznia 2019 r. Zatem pytanie: "jak odwołać Trumpa"? należy sformułować inaczej: "czy Republikanom się to opłaca?"

P.o. szefa FBI Andrew McCabe, zastępca prokuratora generalnego Rod Rosenstein, dyrektor Wywiadu Narodowego USA Dan Coats i szef NSA Mike Rogers zeznaą przed Komisją ds. Wywiadu Senatu USA w zw. ze śledztwem ws. Rosji (fot. Carolyn Caster/AP)

Czy Republikanom opłaca się odwołać Trumpa?

Trump jest niepopularny. Nawet jego najbliżsi współpracownicy nie mają odwagi przewidywać, co jeszcze zrobi wbrew ustaleniom z nimi samymi. Podczas przyszłorocznej kampanii do Kongresu będzie wdzięcznym - i łatwym - celem ataków. A Demokraci w wyścigu na Kapitol na razie prowadzą . Na dodatek mają znakomite hasło wyborcze -"Impeach Trump". Jakże wspaniale będzie dotrzymać tej wdzięcznej obietnicy wyborczej. Ręce aż same wędrują w górę do głosowania.

Ale pozbycie się Trumpa ma też wady. Po pierwsze, zastąpiłby go ultrakonserwatywny, niezbyt charyzmatyczny i niezbyt popularny wiceprezydent Mike Pence. Po drugie, jak wskazuje Vox, Trump jest użyteczny. Jako kozioł ofiarny, na którego można zrzucić winę za przeforsowanie niepopularnych reform. A tak się składa, że Republikanie mają takich kilka, m.in. skasowanie programu opieki zdrowotnej Obamacare czy zmniejszenie podatków dla najbogatszych. Póki Trump jest prezydentem, łatwo zwalić na niego winę za te decyzje. Republikanie nie mogą też założyć, że nieobliczalny prezydent, choć już narzekał na trudy sprawowania urzędu, odda go bez wyniszczającej cały obóz polityczny walki. Szkody, jakie przyniosłaby dzisiaj walka o Biały Dom, na rok przed wielką bitwą o Kongres, łatwo byłoby określić w liczbach - straconych foteli w obu izbach.

Andrew Johnson i Bill Clinton (fot. Mathew Brady/US Library of Congress/Bob McNeely/The White House/public domain)

Na razie układ sił i kalendarz wyborczy pracują więc na korzyść Trumpa. A dla marzących o impeachmencie bezlitosna jest też historia - wskazuje USA Today . Na 44 prezydentów tylko trzech otarło się o impeachment. I mimo że wszyscy mieli przeciw sobie Kongres, to żaden nie został formalnie odwołany ze stanowiska. Nixon, gdy po aferze Watergate wiedział, że nie pozostanie w fotelu prezydenta, sam zrezygnował w 1974 r. Andrew Johnson i Bill Clinton przetrwali, bo żaden z Demokratów nie dał się przeciągnąć na stronę republikańską, co więcej, to Demokraci przeciągnęli na swoją stronę Republikanów - siedmiu w 1868 r. (próba usunięcia Johnsona), a pięciu w 1998 r. (podejście do usunięcia Clintona).

Zeznania Jamesa Comeya i oficjalne śledztwo, które sprawdzi, czy prezydent USA utrudniał badanie sprawy "Russiagate", znacznie obciążają szalę wagi, na której rozstrzygnie się polityczna przyszłość Donalda Trumpa. Ale przynajmniej do 6 listopada 2018, do dnia wyborów do Kongresu, matematyka jest nieubłagana - Demokraci w Senacie musieliby przekabacić aż 19 Republikanów na swoją stronę. A jedyny człowiek, który potrafiłby to zrobić, istnieje tylko w telewizji i wygląda tak:

via GIPHY

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, "Dziennika" i "Newsweeka". Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze .