Chropowatym, łamiącym się głosem, bliska załamania premier Wielkiej Brytanii Theresa May przyjęła pyrrusowe zwycięstwo we własnym okręgu. W swoim czerwonym kostiumie przypominała znowu diaboliczną Cruellę De Mon ze "101 Dalmatyńczyków".
Znowu powtarzała jak mantrę słowo stabilność. Jak zwykle bezbarwna, prawiąca banały, jak zwykle pozbawiona uczuć i autentyzmu. Tym razem na dodatek - politycznie - zraniona. Powyborcze sondaże pokazują, że zamiast zyskać na wyborach, straciła. Być może wszystko. "Była bardzo niepewna" - skomentowało na gorąco BBC. "Posłowie konserwatywni są na nią wściekli" - twittował jeden ze wtajemniczonych torysów. Był to niezwykły moment upokorzenia. Zamiast nowej "żelaznej damy" Brytyjczycy zobaczyli podczas kampanii kobietę na szczudłach, która porusza się jak drewniana kukiełka, powtarzając mantrę: "Brexit znaczy brexit" i "mocne przywództwo".
Klęska polityki straszenia Unią i Polakami
Kampania pokazała, że May, tak jak Pinokio, nie potrafi dobrze kłamać. Namawiała Brytyjczyków do twardego Brexitu i wyjścia z Europy z trzaśnięciem drzwiami. Wyborcy przejrzeli to kłamstwo. Nawet ci którzy poprzednio (w 2015 r.) głosowali za Partią Niepodległości UKIP. Wybory ósmego czerwca 2017 r. to klęska polityki ściemniania i niedopowiedzeń, strachów na wróble w postaci wrogiej rzekomo Unii, odbierających rdzennym Wyspiarzom pracę Polaków i Rumunów oraz nieodpowiedzialnych "lewaków". To niezwykły triumf choćby naiwnej i skrajnie lewicowej, ale jednak autentycznej, polityki nadziei w świecie, gdzie ksenofobia i prymitywizm zastępują często programy polityczne.
Wielu zwolenników Brexitu zorientowało się, że może ich do tego doprowadzić także Partia Pracy. Tylko ta ostatnia nie będzie obcinać zasiłków najuboższym. Zagłosowali więc portfelami. Ich zaufanie pozyskał wyśmiewany do niedawna "komuch", lider Labour Party Jeremy Corbyn. Mógł być naiwny, ale był autentyczny i widać było, że polityka jest jego pasją, a los uboższych Brytyjczyków nie jest mu obojętny.
Inaczej było z May. Pinokio miał coraz dłuższy nos - wyborcy to zauważyli, kiedy najpierw chciała zabrać chorym na demencję domy, zapisała to uroczyście w programie wyborczym, a po czterech dniach się z tego wycofała. Ludzie przestali jej wierzyć.
"Im dłużej ją widzę, tym bardziej jej nie lubię" - rzucił jeden z wyborców. Na brytyjskich listach przebojów pojawiła się piosenka "Kłamca". Jeden z komików porównał ją do cyborga, inny do robota, jeszcze inny do androida. Thatcher była kochana i nienawidzona. Oportunistki May nie kocha prawie nikt. Także wielu emerytów, których świadczenia mogą nie być już wkrótce gwarantowane.
Nasi odetchną
Klęska konserwatystów to także świetna wiadomość dla Polaków w Wielkiej Brytanii. Kończy się czas niepewności. Niemal na pewno zostaną im przyznane, tak jak mieszkającym na Wyspach Włochom, Francuzom i Hiszpanom, szerokie prawa do pozostania na Wyspach. Zrobi to May, jeśli zostanie na Downing Street (już to zapowiadała serią przecieków) albo Corbyn (zapisał to w programie).
Nawet jednak jeśli torysi utrzymają się czubkami palców u władzy, będą musieli nauczyć się słuchać: studentów, którzy nie mają szans na własne mieszkania, emerytów, którym odbierają zasiłki na energię i obciążają opłatami za opiekę w podeszłym wieku, intelektualistów, których lekceważą i klasy średniej, którą protekcjonalnie traktowali jako gwarantowanych wyborców i srogo się zawiedli. Będą też musieli zauważyć tych realistów, którzy boją się twardego Brexitu i długiej, mroźnej epoki gospodarczych wstrząsów. W komentarzach w gazetach już pojawia się wręcz motyw "Hard Brexit is Dead" (ang. "Twardy Brexit jest martwy"). Cruella De Mon będzie musiała ocieplić wizerunek i przejść szybki kurs empatii.
Rząd brytyjski (i nie tylko) bez silnej opozycji i parlament zmieniony w maszynkę do głosowania zmieniają demokrację w wybieralną dyktaturę. Teraz Partia Pracy dyszeć będzie konserwatystom za plecami. Nawet jeśli "czerwcowa rewolucja" - o niej za chwilę - skończy się tylko na tym, będzie to triumf brytyjskiej demokracji. "Zawieszony parlament", w którym nikt nie ma pewnej większości, oznacza, że rokowania w sprawie Brexitu mogą zostać opóźnione. Nie można już także wykluczyć, niezależnie od tego, kto będzie rządził, że z czasem, pod koniec rokowań z Unią, może dojść do drugiego referendum w sprawie zatwierdzenia warunków Brexitu.
Jak to wszystko się stało?
Na naszych oczach kończy się epoka Margaret Thatcher. Nie będzie epoki Theresy May, a w Londynie na 10. Downing Street może zacząć rządzić socjalista. Brexit, a na pewno jego forma, stoi pod znakiem zapytania. Nie będzie też szybko niepodległości Szkocji, bo Szkoci zdziesiątkowali przy urnach swoich nacjonalistów. Nieźle jak na jedną czerwcową noc.
May nie musiała rozpisywać tych wyborów. Obiecywała siedem razy, że tego nie zrobi. Potem zmieniła zdanie, tak jak wcześniej w sprawie Brexitu, który najpierw odrzucała, a potem poparła. Była przeciw, a nawet za. W maju postanowiła zwiększyć przewagę 17 mandatów swojej partii w Izbie Gmin. Skończyło się na bolesnym strzale w stopę. W polityce się tego nie wybacza - to gorzej niż zbrodnia, to błąd. Młodzi Brytyjczycy i przeciwnicy gwałtownego Brexitu zemścili się na konserwatystach. Poparli natchnionego lewicowca Corbyna.
Nie wiadomo, czy lider Partii Pracy, znany wróg monarchii, pojedzie do pałacu Buckingham całować ręce królowej i podjąć się misji stworzenia mniejszościowego rządu? On on sam już wezwał Theresę May do ustąpienia. Brytyjski konserwatywny establishment zwiera jednak szeregi. May będzie znowu powtarzać mantrę o "stabilności" i dryfować. Albo zastąpi ją zwolennik Brexitu, Boris Johnson.
Zdecyduje o tym kilka mandatów w Izbie Gmin.
Pełne wyniki będą znane dopiero dziś w ciągu dnia. Pokażą, czy konserwatyści będą w ogóle w stanie stworzyć samodzielnie rząd (według exit polls do niezbędnych 326 brakuje im wciąż kilku mandatów). Jeśli nie, być może wyręczą ich laburzyści. Jeśli May nie zdoła stworzyć większościowego rządu, nowym premierem może być socjalista Jeremy Corbyn. To oznaczałoby jego rządy w nieformalnej koalicji ad hoc ze szkockimi nacjonalistami z SNP (trzydzieści mandatów) i Liberalnymi Demokratami (kilkanaście). Jest też jednak jedna możliwość. Bardzo prawdopodobna - torysi wejdą w koalicję z DUP Party z Irlandii Północnej i będą mieli upragnione 328 głosów w Izbie Gmin.
Ale wynik Corbyna to i tak sukces. Sukces oznaczający, że Wielką Brytanię i Europę czeka teraz raczej łagodny niż twardy Brexit. Osłabionej May nie będzie stać na realizację skrajnych scenariuszy. To może pomóc Europie i Brytyjczykom uniknąć wstrząsów.
Rewolta młodych
"Zmieniliście historię. Wy młodzi, traktowani z pobłażaniem, pogardzani i wyśmiewani" - twittował w środku nocy dziennikarz "Guardiana" Owen Jones.
To była dramatyczna noc. Każda godzina, każdy niemal wynik z kolejnego okręgu potwierdzał, że rządząca partia straci, a nie zyska mandaty. Pewna zwycięstwa, arogancka Theresa May łamiącym się głosem próbowała w środku nocy tłumaczyć, że jeszcze nie wszystko stracone. Sama nie wierzyła w to co mówi. O wszystkim rozstrzygnęła niezwykła frekwencja wśród młodych.
Młodzi Brytyjczycy masowo poszli głosować. Ustawiali się w kolejkach, namawiali na Facebooku, zamieszczali polityczne reklamówki na Youtube. Poparli lewicowy program Partii Pracy i Jeremy'ego Corbyna. Były okręgi, gdzie głosowało dwa razy więcej młodych ludzi niż wcześniej.
Na wiece Corbyna przychodziły ich tysiące. Obrazy z tych spotkań w telewizji były natchnieniem dla wielu, którzy w czwartek poszli głosować po raz pierwszy. Czuli, że ich głos może coś zmienić, bo Brexit, który poprali głównie starsi Brytyjczycy, zdaniem wielu z nich pozbawił ich życiowych perspektyw.
Młodzi zwolennicy Corbyna chcą likwidacji rujnujących życiowy start opłat za studia (9 tys. funtów rocznie) i pieniędzy na przeżywającą prawdziwą zapaść służbę zdrowia. Chcą nadziei na solidną pracę i własne mieszkanie, na porządne szkoły dla dzieci. Nie mają nic przeciwko renacjonalizacji kolei, kontroli cen energii i zasiłkom dla rodzin.
Socjalizm? OK.
Socjalizm przestał być w Londynie brudnym słowem. Na Corbyna głosowała także masowo klasa średnia. Przez siedem lat torysi cięli wszystkie wydatki publiczne, zmniejszyli płace pielęgniarek i liczbę policjantów, choć to oni mogą pomóc w walce z terroryzmem. To nie pomogło im w kampanii - "Państwo Islamskie" dokonało trzech krwawych ataków w Manchesterze i Londynie. May - były szef MSW - musiała ponieść część odpowiedzialności za nieefektywny nadzór ekstremistów. Nie udało jej się przerzucić odpowiedzialności na labourzystów.
Obietnice Corbyna oparte są na przesadnym optymizmie, nie starczy na nie oczywiście pieniędzy. W górę pójdą podatki. Ale to obietnice, które dają nadzieję. Po ośmiu latach epoki zaciskania pasa tego właśnie potrzebowali wyborcy. Widziała to partia May, umieszczając w manifeście wyborczym punkty o kontroli cen energii i prawach pracowniczych. Ale było to o wiele za mało. Nie dała wyborcom grama społecznej wrażliwości. To się w polityce bardzo mści.
Cruella de Mon nie wierzy łzom
Podczas jednego ze spotkań z Theresą May z wyborcami rozpłakała się młoda niepełnosprawna dziewczyna, upokorzona podczas procedur przyznawania zasiłków - kazano jej szczegółowo opisywać próby samobójcze. W realu, na żywo na oczach Brytyjczyków siedzących przed telewizorami, rozegrała się scena z filmu Kena Loacha "Ja, Daniel Blake" (opowiada o chorym stolarzu, który umiera bezskutecznie walcząc z biurokracją o środki do życia - red). Tydzień później, w przededniu wyborów, na pokazie tego mocnego filmu w przededniu wyborów młodzi londyńczycy po prostu płakali.
Na May scena z Loacha nie zrobiła specjalnego wrażenia - powtarzała w kółko banały. Nie zatrzymała się, nie podeszła do młodej kobiety. Była jak robot albo drewniana kukiełka. Wyborcy zapragnęli zemsty. Nadeszła o piątej nad ranem w powyborczą noc. Duch historii rozgościł się na Wyspach i nie zamierza na razie stamtąd emigrować.
Marek Rybarczyk. Były dziennikarz radia BBC i wieloletni korespondent "Gazety Wyborczej" w Londynie, potem publicysta "Przekroju" i "Newsweeka". Autor bestsellera "Tajemnice Windsorów" i biografii królowej Elżbiety II. Polak zakochany w brytyjskiej kulturze, a zarazem Brytyjczyk ceniący sobie dystans i autoironię.