artykuły
Barbara Hulanicki (fot. Dania Graibe)
Barbara Hulanicki (fot. Dania Graibe)

*Weekend na plaży - przypominamy nasze najpopularniejsze teksty*

Rodzinno-zawodowe perypetie Barbary Hulanicki rzeczywiście sprawiają, że na usta ciśnie się banalna, ale jakże pasująca tu fraza o "życiu, które nadaje się na scenariusz". Urodzona w 1936 roku w Warszawie, Hulanicki od drugiego roku życia wychowywała się w Jerozolimie - jej ojciec, Witold, pełnił tam funkcję konsula generalnego Polski w Palestynie. Kiedy Barbara miała 12 lat, ojciec zginął w niewyjaśnionym dotąd zamachu, prawdopodobnie dokonanym przez paramilitarną organizację syjonistyczną. Żona Witolda, Wiktoria Hulanicka, z córkami - Barbarą, Birutą i Beatrice, zwaną Bibą, wyjechały do Anglii, gdzie znalazły się pod opieką przyrodniej siostry Wiktorii, dużo starszej, zamożnej i ekscentrycznej Sophie.

Po lewej Barbara z Andy'm Warholem. Po prawej z mężem i synem - Witoldem (fot. archiwum prywatne)

18-letnia Barbara, wbrew woli władczej ciotki, wybrała studia projektowania w Brighton Art School i została wziętą rysowniczką mody. Kiedy na jej drodze stanął przyszły mąż, Stephen Simon-Fitz - obdarzony biznesowym zmysłem pracownik reklamy - namówił ją, by sama zaczęła tworzyć modę i w 1964 roku wspólnie otworzyli butik Biba, jeden z pierwszych, który sprzedawał nowoczesne i niedrogie ubrania dla młodych kobiet. Biba rosła i wkrótce stała się małym modowym imperium, odwiedzanym przez sławy pokroju Brigitte Bardot, Mii Farrow czy Julie Christie, a Stonesi i Beatlesi wpadali tam podrywać stylowe dziewczyny. Za sprawą Barbary Hulanicki ulice Londynu zaludniły się bowiem "Biba girls"- wygadanymi, młodziutkimi dziewczynami z mocno umalowanymi oczami, spoglądającymi buńczucznie spod grzywki, w króciutkich spódniczkach, z których wystawały długie "jak szparagi" nogi w barwnych rajstopach i kozakach pod kolor.

W połowie lat 70., kiedy nieuczciwi wspólnicy przejęli kontrolę nad marką i doprowadzili ją do ruiny, Hulanicki wyjechała do Brazylii, ale nie porzuciła mody. Pracowała potem dla firm Fiorucci i Cacharel, współpracowała z dużymi domami sieciowymi, jak Topshop. Odkąd w 1987 roku zaprojektowała na prośbę jednego z Rolling Stonesów - Ronny'ego Wooda, wnętrza jego kalifornijskiego klubu, zajmuje się głównie urządzaniem wnętrz na zamówienie, dzieląc czas między Miami i Londyn.

Na spotkanie z Weekend gazeta.pl , umówione w warszawskim hotelu, zjawia się drobna, uśmiechnięta pani w czerni, w nieśmiertelnej fryzurze na "boba" i nieodłącznych okularach przeciwsłonecznych. Chociaż mówi, że "nie lubi grzebać we wspomnieniach i zawsze jest ciekawa przyszłości", cieszy się powrotem do kraju rodziców.

Wnętrze hotelu Marlin zaprojektowane przez Barbarę Hulanicki (fot. Cookie Kinkead)

Anna Sańczuk: Po latach spędzonych poza Polską - w Wielkiej Brytanii, Brazylii, Stanach Zjednoczonych, wciąż jeszcze ma pani poczucie więzi ze starą ojczyzną?

Barbara Hulanicki: I to jakie! Pierwszy raz od czasów dzieciństwa przyjechałam do Polski dopiero kilka lat temu. I przysięgam, że jak tylko wysiadłam z samolotu, poczułam, jakby przyciągał mnie tu jakiś magnes. To było naprawdę bardzo dziwne doświadczenie.

Wychowywała się pani co prawda w polskiej rodzinie, ale w Jerozolimie. I chyba właśnie to miejsce miało większy wpływ, niż polskie korzenie, na kształtowanie się osobowości, wyobraźni i wrażliwości późniejszej projektantki?

- Paradoksalnie w Jerozolimie byliśmy otoczeni Polakami, bo funkcjonowała tam duża polska społeczność. To byli ludzie, którzy do Palestyny dotarli z Syberii. Ale sama Jerozolima to rzeczywiście niesamowite miejsce! Niedawno odwiedziłam ją po latach w towarzystwie mojego syna Witolda. Znów poczułam, jak intensywne jest to miasto, jak nasycone historią, jak mocno nim przesiąkłam jako dziecko. Po tygodniu pobytu, po zwiedzaniu wszystkich tych świątyń i zabytków, Witold śmiał się, że dla równowagi musi natychmiast odwiedzić jakieś okropne współczesne miejsce, np. supermarket (śmiech ).

Kiedy oglądam zdjęcia wnętrz w słynnym domu towarowym Big Biba, który otworzyła pani na przełomie lat 60. i 70. przy londyńskiej Kensington High Street, to widzę tam tę orientalną aurę, kolory, zmysłowość.

- Jerozolima na pewno wpłynęła na mnie jako projektantkę wnętrz, stamtąd pochodzą niektóre kolory w moich projektach, np. połączenie czerni i złota. Ale jeśli chodzi o modę, to największy wpływ miały na mnie moja mama i ciotka Sophie, którą poznałam, kiedy po tragicznej śmierci ojca przeprowadziłyśmy się do Anglii.

Barbara, Fitz i Biba girls w sklepie przy Abingdon Road, około 1965 roku (fot. archiwum prywatne)

Ciotka była barwną, ale bardzo trudną w codziennym współżyciu osobą - dama i potwór w jednym. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, że szklanka wody z plasterkiem cytryny, która zawsze jej towarzyszyła, wydzielała zapach do złudzenia przypominający gin (śmiech ). Jako dziecko myślałam, że to perfumy "L'Heure Bleue" Guerlaina tak mocno pachną! Ona i moja matka były dla mnie wielką inspiracją, pomimo że potrafiły człowieka wykończyć nieustannym strofowaniem. Wszystko musiałam robić perfekcyjnie. Obydwie miały bardzo wyrazisty styl. Mama - bardziej nowoczesny, ciotka - zanurzony w klimatach lat 30. Wszystkie te dopasowane suknie i złamane kolory: purpura, butelkowa zieleń, fiolety potem wróciły w moich projektach dla Biby. Ale kiedy miałam 12-14 lat, nie znosiłam tego! Spotykałyśmy się z ciotką dwa razy w tygodniu na lunchu i jeśli nie spodobał się jej mój strój, odsyłała mnie do łazienki, żebym się przebrała w którąś ze znienawidzonych sukien. Oczywiście później, w czasach Biby, dotarło do mnie, że te suknie były wspaniałe, pięknie zdobione, prawdziwe krawieckie cacuszka.

Jednak ubrania, które projektowała pani dla Biby, były inne - prostsze, niosły ze sobą powiew nowoczesności. I były tanie! Dostępne dla zwykłych, pracujących dziewczyn.

- Tak, to była "moda uliczna", na którą mogły sobie pozwolić zwyczajne dziewczyny. Ale - co ciekawe - szybko zaczęliśmy przyciągać również te "wyższe sfery". Ku mojemu zdumieniu zdarzały się takie widoki, jak baronessa von Thyssen wisząca u kontuaru w naszym sklepie (śmiech ).

Pierwszy butik pod marką Biba otworzyliście z mężem Stephenem Fitz-Simonem w 1964 roku i niemal natychmiast staliście się sensacją. Cały "swinging London" się u was spotykał, przyjeżdżali goście ze Stanów. Dlaczego? Co takiego miała w sobie Biba?

- Och, to był czas, kiedy wszystko naraz wybuchło - moda, muzyka, sztuka. Dla mnie oczywiste było, że młode dziewczyny potrzebują nowoczesnych ubrań, których wtedy w sklepach nie było, a ich faceci - miejsca, żeby spokojnie poczekać, kiedy one mierzą ciuchy. Fitz pilnował, żebym o nich zadbała, bo sam nienawidził chodzić ze mną na zakupy. Chciałam, żeby sklep przypominał przytulny salon. Wnętrze było przyciemnione, leciała muzyka, ale nie jakakolwiek, tylko ta właściwa! Mieliśmy w sklepie "muzyczną policję", która pilnowała, żeby z głośników zawsze słychać było, co trzeba (śmiech ). Nasi klienci dostawali więc to, czego chcieli: dziewczyny ciuchy, chłopcy - wygodne sofy do czekania, wszyscy - wyluzowaną atmosferę z dobrą muzyką. Ta pierwsza, bardzo niewielka Biba stała się ulubionym miejscem spotkań młodych ludzi, rodzajem klubu, do którego jedni przyprowadzali drugich i tak to się nakręcało.

Po lewej Biba girl, 1968 r. Po prawej Stephanie Farrow pozująca dla katalogu Biby w lutym 1969 r. (fot. Hans Feurer)

Sklep może był niewielki, ale sukces ogromny. Mówiło się o rekordowej sprzedaży na metr kwadratowy! Do Biby przychodzili Mick Jagger i Twiggi, ubrania kupowała tam Brigitte Bardot, a stałym bywalcem butiku był młody Freddie Mercury.

- .Mia Farrow, Barbra Streisand i wielu, wielu innych. Zwykle siedzieliśmy z Fitzem w biurze i tylko czasem dziewczyny nas wołały, kiedy pojawiał się ktoś znany. Pamiętam takie zabawne zdarzenie: kiedyś wchodzę do sklepu i zagaduję jedną z naszych dziewczyn, kto sławny dziś u nas był. Wymienia kilka osób, a potem narzeka na gościa, który niedawno przyszedł i podrywa dziewczyny, ale żadna nie chce się z nim umówić na randkę, bo "jest stary". Przyglądam się temu mężczyźnie i okazuje się, że to. Marcello Mastroianni. - Dziewczyno, to przecież Mastroianni! - mówię, a ona z niesmakiem kręci głową: - No tak, ale on ma ze 40 lat! (śmiech ).

To brzmi jak całodobowa impreza, ale dla pani i dla męża to była chyba raczej ciężka praca 24 godziny na dobę?

- To prawda. Byliśmy cały czas na miejscu i reagowaliśmy natychmiast, kiedy trzeba było szybko zamówić jakąś partię ciuchów, uzupełnić asortyment, coś doprojektować. Naszą "kwaterą główną" było biuro na zapleczu, w sklepie rządziły dziewczyny, ale doskonale wiedzieliśmy, co się tam dzieje. Niedawno znalazłam w Londynie cudowne dzienniki Fitza z tamtych lat. Każdego dnia zapisywał, jaka jest pogoda, słońce czy chmury. Oczywiście zwykle było pochmurno, jak to w Anglii. Potem pisał, o czym rozmawialiśmy tego dnia i co powinniśmy zrobić w związku z Bibą. Miał naukowy umysł i umiejętność porządkowania rzeczywistości.

Myślę, że wasza relacja była wyjątkowa. Byłaby taka nawet dziś, ale w tamtych czasach, kiedy feminizm dopiero się rozkręcał, to było coś niespotykanego. Kobieta prowadząca własny biznes i mężczyzna świadomie stojący na drugim planie, odwalający całą "brudną robotę", wspierający ją latami, wierzący w nią i wcielający w życie każdy jej szalony pomysł.

- To nie były łatwe czasy dla kobiet robiących samodzielną karierę. Dopiero zaczynały powstawać rozmaite małe biznesy wymyślane przez kobiety i one rzadko kiedy były wspierane w tym przez mężczyzn. A Fitz był cudowny. Kiedy mną miotały emocje, martwiłam się jakimiś problemami firmy, co odciągało mnie od projektowania, wkraczał on i ustawiał wszystko - musimy zrobić to i to, takie ubrania, taka produkcja . Idealnie się uzupełnialiśmy i tak to właśnie powinno wyglądać. Naprawdę za nim tęsknię.

Fotografie Helmuta Newtona z katalogu Biby, 1969 r.

Wielu dziennikarzy i krytyków mody próbowało opisać, czym był styl Biby. A jak pani sama by go określiła? Co stanowiło jego esencję?

- Odkryłam, że to, czego potrzebuję ja, jest też tym, czego potrzebują inni. Anglia była wtedy straszliwie nudna i w sklepach nie było niczego atrakcyjnego dla młodych ludzi, wyłącznie staroświeckie, nobliwe i drogie ubrania. A dzięki Bibie dostali w jednym miejscu ciuchy i dodatki pozwalające ubrać się od stóp do głów, dobrane kolorystycznie i pasujące do siebie. Mogli się tym bawić. Potem wymyśliłam, żeby robić sesje fotograficzne, w których pokazywaliśmy, jak zestawiać te rzeczy, jaki dobierać makijaż etc. Bo w latach 50. i 60. ludzie się dopiero tego uczyli. My byliśmy ciut starsi od naszych pracowników i wielu naszych klientów, co oznacza, że mieliśmy 24 lata, a oni 19, 20. Byliśmy już jednak na innym etapie życia, prowadziliśmy firmę, jeździliśmy do Paryża, do Włoch po materiały. Zbieraliśmy inspiracje dotyczące jedzenia, ubrań, dodatków i widzieliśmy, jak świat idzie do przodu. Byliśmy więc dla naszej publiczności takim trochę starszym rodzeństwem i swego rodzaju przewodnikami po stylu.

Zwieńczeniem takiego pomysłu na biznes było otwarcie w 1970 roku tzw. Dużej Biby, czyli 7-piętrowego domu towarowego, który był jak brama do równoległego świata, pełnego fantazji i inspiracji. Tam znalazło się miejsce nie tylko na modę i akcesoria, ale też na jedzenie, muzykę i inne rozrywki. Była restauracja, galeria sztuki, a nawet ogród na dachu z flamingami i pingwinami. I zaprojektowane przez panią czarne pieluszki dla niemowląt.

- No tak, mój syn mówi: - Mamo, proszę, nie opowiadaj już więcej ludziom, że nosiłem czarne pieluszki (śmiech ).

Niestety, panie Witoldzie, to już poszło w świat!

- Mieliśmy tam wszystko, co można było sobie wyobrazić. A trzeba pamiętać, że były to czasy, kiedy większość młodych ludzi nie miała nawet paszportu, nigdy nie byli poza Anglią. Wyobraża to pani sobie? Zakupy to jedna rzecz, ale u nas odbywało się mnóstwo świetnych koncertów, wernisaży, można było dobrze zjeść. Promowaliśmy już wtedy zdrowe jedzenie, bo w Anglii jadało się w tamtym czasie okropnie. Była jedna czy dwie restauracje, które nasi klienci wcześniej w życiu odwiedzili. I to takie, gdzie podawano spaghetti z keczupem. Okropność! Tak więc my pokazywaliśmy im rzeczy, których nie znali, o których dotąd nie wiedzieli. A że panowała fajna atmosfera, chcieli tam spędzać choćby i cały dzień.

Strony z katalogu Hulanicki Cosmetic (fot. materiały promocyjne)

Życie ludzi przebiega etapami. Są młodzi, potem się pobierają, mają dzieci, domy, które muszą urządzić jakimiś przedmiotami. Zaczynają się interesować tym, co jedzą, w czasie wolnym słuchają muzyki, obcują ze sztuką. I Big Biba miała im na każdym etapie ich życia coś do zaoferowania.

Po wspaniałym sukcesie przyszedł jednak trudny czas. Nieuczciwi, nieznający się na rynku mody wspólnicy sprawili, że po latach intensywnej pracy zostaliście z niczym. Musieliście zacząć życie od nowa, wyjechaliście do Brazylii, potem współpracowaliście z projektantami w Mediolanie, założyła pani własną markę kosmetyków Hulanicki. Co pozwoliło wam przetrwać utratę Biby?

- Żałuję, że ludzie tak mało o tym wiedzą, bo ciągle słyszę podobne historie o projektantach, którzy biorą inwestorów, a potem spotyka ich to, co nas wtedy. I chciałabym w takich sytuacjach pomóc im, powiedzieć: zostawcie to i idźcie dalej! Kiedy kończy się coś, w co włożyłaś całe swoje dotychczasowe życie, to jest bardzo bolesne. Dlatego uciekliśmy do Brazylii, żeby zostawić to za sobą i zacząć od nowa, w nowym otoczeniu, z nowymi ludźmi. Przetrwaliśmy, bo byliśmy razem. Fitz był wspaniały. Walczył o Bibę jak lew, ale kiedy się zorientował, że nic nie da się uratować, powiedział: zwijajmy się stąd . I to było najlepsze, co można było zrobić. Byliśmy wolni.

Szkoda jednak, że nowe pokolenia nie mają szans doświadczyć tego, czym była Biba. Miejsce - nawet jak na dzisiejsze czasy, pełne modnych "concept store'ów" - wyjątkowe.

- Chcę powiedzieć jeszcze o jednej rzeczy. Dziś w firmach panuje ogromna rotacja ludzi, zwalniają się, albo są zwalniani, nieustannie migrują z firmy do firmy. Myśmy mieli pracowników, którzy byli z nami od początku, rozumieli ideę Biby, żyli nią. Co ciekawe, kiedy ktoś lekceważył pracę, odpuszczał sobie, to oni sami się go pozbywali.

Ale też byliście naprawdę dobrymi szefami, dbaliście o pracowników, którymi były głównie młode kobiety. W domu towarowym Big Biba był np. kącik dziecięcy, gdzie pracownice mogły zostawiać dzieci, odwiedzać je w przerwie na lunch.

- To było dla mnie ważne, bo sama miałam dziecko. I nie rozumiem, dlaczego duże korporacje teraz tak nie robią! To pozwoliłoby im zatrzymać dobrych pracowników. W Anglii wynajęcie kogoś do opieki nad dzieckiem kosztuje fortunę, o ileż wygodniej byłoby zapewnić maluchom opiekę na miejscu. No, ale na czele tych firm stoją zwykle mężczyźni i oni tego nie rozumieją.

Wnętrze hotelu Marlin zaprojektowane przez Barbarę Hulanicki (fot. Cookie Kinkead)

Jak postrzega pani dzisiejszy świat mody? Znajduje pani w nim coś interesującego?

- Dla siebie? Czarne ciuchy (śmiech ). Co do projektantów, to dziś wszyscy kopiują wszystkich, podobają mi się zaledwie pojedyncze rzeczy różnych designerów. Jeśli miałabym wybrać jedno nazwisko, to byłby to pewnie Rick Owens, uwielbiam jego żakiety i płaszcze. Musimy jednak rozróżnić dwie rzeczy: jest moda, są pokazy, jest "sukienka od projektanta", którą gwiazda włoży jednorazowo na czerwony dywan. I są ubrania, które masz na sobie więcej niż raz. To dwie różne sprawy. Radziłabym dzisiejszym dziewczynom, żeby raczej słuchały samych siebie, wybierały to, co do nich przemawia, a nie sugerowały się radami celebrytek czy "blogerek". Wszystkie te identyczne dziewczyny w stylu Delevingne [Cara Delevingne, brytyjska supermodelka, której konto na Instagramie bije rekordy popularności - przyp. red.] - to ma krótki termin używalności, dwa sezony i do widzenia.

Może dlatego ludzie dziś często zwracają się w stronę mody vintage, szukają ubrań z lat 60. np. z Biby. Bo dziś zmiany w świecie mody zachodzą bardzo szybko, a oni szukają czegoś, co jest bardziej trwałe.

- Tkaniny są dziś okropne, tanie, cienkie, fatalnie się starzeją. Proszę przyjrzeć się ubraniom z najpopularniejszych sieciówek, po krótkim czasie użytkowania przypominają szmatę, czasem już wisząc na wieszaku w sklepie wyglądają źle. Nie tak jak dawne ciuchy - tamte trzymają formę i są uszyte z fantastycznych materiałów. Wszystko dlatego, że ceny tkanin poszły w górę, więc żeby utrzymać niską cenę ubrań, zdecydowano o użyciu tańszych materiałów gorszej jakości. Dziś decydują wyłącznie pieniądze, wszystkim rządzą księgowi.

Ale to właśnie pani zawdzięczamy wynalezienie seryjnej mody. Biba funkcjonowała trochę jak współczesne sieciówki. Można w niej było się ubrać od stóp do głów, tanio, co parę tygodni była nowa kolekcja.

- To prawda, ale to był jeden sklep, do którego wszyscy pielgrzymowali, jak do mekki. Wtedy żyło się lokalnie, wszyscy chodzili w te same miejsca. I było OK mieć na sobie tę samą "sukienkę tygodnia", co koleżanka. To wręcz świadczyło o tym, że przynależy się do właściwej grupy. To paradoks, że teraz każdy chce być inny, "być sobą", a wszyscy wyglądamy ostatecznie tak samo. Wtedy można było mieć takie same sukienki, ale to nie przeszkadzało temu, że ludzie mieli swój indywidualny styl.

Barbara Hulanicki w Warszawie w 2013 r. (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Po wszystkich życiowych i zawodowych przygodach mieszka teraz pani w Stanach i nadal jest bardzo aktywna, chociaż bardziej jako projektantka wnętrz, a nie mody. Jak się pani w tym odnajduje?

- Projektowanie mody wiąże się z koniecznością produkcji, pracy z dużym zespołem, a kiedy projektujesz wnętrza, możesz to robić właściwie sama. To inny sposób pracy. Mam z tego sporo frajdy. Uwielbiam pracować dla innych, bo kiedy prowadzisz firmę, musisz podejmować setki decyzji i czujesz to brzemię odpowiedzialności, tutaj ktoś wyznacza ramy działania i jest to łatwiejsze.

Kiedy tak rozmawiamy i dociera do mnie, jak aktywny tryb życia pani nadal prowadzi, zaczynam się zastanawiać, jaki jest sekret pani niespożytej energii?

- Jak to jaki? Polska krew! (śmiech )

Barbara Hulanicki. Urodzona w Warszawie projektantka mody. W 1963 r., wspólnie z mężem Stephenem Fitz-Simonem, założyła firmę wysyłkową ''Biba''. Rok później otworzono pierwszy stacjonarny sklep ''Biba'', który w 1966 r. przeniesiono do jednej z najbardziej prestiżowej okolicy w Londynie - na ulicę Kensington Church 19-21. Sklep szybko stał się miejscem nie tylko zakupów, ale i spotkań wielu aktorów i muzyków, wśród których znajdowali się Brigitte Bardot, Mick Jagger czy David Bowie. Po zniknięciu marki z rynku, Hulanicki projektowała m.in. dla takich firm jak Fiorucci i Cacharel. Zaprojektowała również wnętrza hoteli na Jamajce i wyspach Bahama. W 2012 roku brytyjska królowa Elżbieta II odznaczyła ją Orderem Imperium Brytyjskiego za osiągnięcia projektanckie.

Anna Sańczuk. Z wykształcenia historyczka sztuki, z zawodu dziennikarka, czasem zajmuje się również PR-em kultury. Razem z Maciejem Ulewiczem prowadzi program "Kultura do kwadratu" na antenie Polsat News 2. Mieszka w Warszawie na Starej Ochocie.