Śmiechom i żartom nie było końca. Był rok 2008, gdy władze Warszawy ogłosiły wyniki konkursu na siedzibę Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Mało kto zrozumiał zwycięski projekt szwajcarskiego architekta Christiana Kereza. A ten był niezwykle przemyślany. Kerez wiedział, że stawianie czegokolwiek w sąsiedztwie Pałacu Kultury i Nauki obarczone jest ogromnym ryzykiem klęski. Rośnie ono proporcjonalnie do chęci konkurowania z wielkim, socrealistycznym gmachem. Wystarczy spojrzeć jak nieprzystająco wyglądają wieżowce, które coraz szczelniej otaczają pałac. Każdy z nich jest osobną manifestacją siły i pieniądza. Ale żaden nie zagraża dominującej roli pałacu w tej części miasta. Kerez zaproponował więc obiekt, który będzie przeciwieństwem swojego sąsiada. O ile PKiN jest ekstrawertyczny i dominujący, o tyle muzeum zaprojektowane przez Szwajcara miało być z zewnątrz skromne, introwertyczne. Zaskakiwało i onieśmielało dopiero jego wnętrze.
Taka architektura wymaga jednak od odbiorcy namysłu, a to nie jest w Polsce coś, z czym zwykliśmy do budynków podchodzić. Podstawowym wyznacznikiem "dobrej architektury" jest jej spektakularność. Jak się coś nie rzuca w oczy, to poklasku u nas nie zyska. W takiej rzeczywistości projekt Kereza skazany był na klęskę. Jednym z symbolicznych gwoździ do jego trumny stał się internetowy mem, który pojawił się krótko po ogłoszeniu wyników konkursu. Prezentował on bryłę muzeum z logo jednej z sieci supermarketów. Odtąd sformułowanie "supermarket na Placu Defilad" stało się obowiązującą figurą w dyskusji o projekcie Kereza. Po kilku kolejnych latach władze miasta zerwały z nim współpracę i ostatecznie pogrzebały jego projekt. Kerez Warszawę omija szerokim łukiem, choć wydał nawet książkę o jej architekturze. Władze rozpisały zaś nowy konkurs. Zwyciężył w nim amerykański architekt Thomas Phifer. W międzyczasie pawilon Emilia, dotychczasowa siedziba muzeum, został skazany na zagładę i rozebrany. Placówce groziła bezdomność. Eksmitowana ze swoich tymczasowych murów musiała sobie znaleźć jakąś jeszcze bardziej tymczasową przystań. I wtedy jak z nieba spadł ten pawilon. Warszawskiemu muzeum wypożyczyła go austriacka fundacja Thyssen-Bornemisza Art Contemporary. Na kilka lat, dopóki budynek zaprojektowany przez Phifera nie nabierze kształtów.
Jest z tym pawilonem tylko jeden kłopot. Wygląda jak supermarket.
Można wręcz odnieść wrażenie, że władze muzeum celowo zagrały warszawiakom na nosie i podjęły się organizacji architektonicznego performansu. Główną rolę gra w nim to wyświechtane nawiązanie do supermarketu z czasów dyskusji o projekcie Kereza. Oto bowiem na brzegu Wisły stanął, prosty do bólu, biały prostopadłościan - pawilon wyglądający na niedokończony, prowizoryczny i ze wszech miar przypadkowy.
Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Budynek zaprojektował uznany austriacki architekt Adolf Krischanitz na potrzeby tymczasowej wystawy Temporäre Kunsthalle w Berlinie. Do 2010 roku stał w miejscu rozebranego Pałacu Republiki. Potem przejęła go właśnie Fundacja Thyssen-Bornemisza Art Contemporary, założona w 2002 roku przez Francescę von Habsburg. Pawilon został złożony i pojechał do Austrii. Środowisko artystyczne obiegła zaś wieść, że jeśli ktoś potrzebuje tymczasowej siedziby do prezentacji sztuki, to austriacka fundacja taką wypożycza. Za darmo.
I tak właśnie pawilon Adolfa Krischanitza wylądował w Polsce.
A dlaczego nad Wisłą? Ano dlatego, że miasto stołeczne Warszawa nie dysponowało dosłownie żadną inną działką tej wielkości wolną od reprywatyzacyjnych roszczeń. Jedyna, jaką mogło zaoferować, to ta nad tunelem Wisłostrady. Podczas budowy pawilonu udało się tam uporządkować sprawy własnościowe. Stanął on w takim miejscu, by nie trzeba było wycinać drzew. Dobrym zbiegiem okoliczności - sporo ich przy okazji tej inwestycji - jest też to, że tuż obok zostanie wkrótce oddany amfiteatr, jeden z elementów rewitalizowanych bulwarów Wisły . Muzeum będzie odpowiedzialne za programowanie odbywających się tam wydarzeń.
Nie da się ukryć, że pawilon wygląda prowokacyjnie. Kirschanitz zagrał radykalnie - uprościł do maksimum jego formę, a elewacje swojego obiektu oddał po prostu artystom. W ten sposób podkreślił tymczasowy charakter całego założenia. W Berlinie budynek pokryty był kompozycjami Gerwalda Rockenschauba i Carstena Nicolaia. W Warszawie wkrótce pomaluje go Sławomir Pawszak, którego projekt wygrał w zorganizowanym przez Muzeum konkursie.
Cały budynek otoczony jest drewnianymi podestami, które na jego krótszych bokach rozrastają się do rozmiarów modułowych tarasów. Służyć one będą do organizacji warsztatów, prezentacji niektórych prac oraz po prostu do wypoczywania na leżakach. Wkrótce w ich otoczeniu pojawić się ma zieleń.
Nie da się jednak ukryć, że to, co najciekawsze, znajduje się w środku.
Cały obiekt podzielony jest na trzy części. Jego sercem jest oczywiście sala wystawowa. Co ciekawe (i dojmująco bolesne), jest to obecnie największa przestrzeń ekspozycyjna służąca sztuce w Polsce . Liczy sobie aż 600 metrów kwadratowych. Druga pod względem wielkości jest sala w warszawskiej Zachęcie - dwukrotnie mniejsza. Tak, to nie pomyłka, w tym sprowadzonym z Austrii prowizorycznym baraku z drewna sala wystawowa jest dwukrotnie większa niż jakakolwiek inna tego rodzaju przestrzeń.
Kirschanitz miał jednak świadomość, że dzieła znajdujące się w pawilonie oddzielone będą od przestrzeni miasta jedynie cienkimi i dość umownymi ścianami. Dlatego też zdecydował się zaprojektować po obu stronach sali wystawowej śluzy, wprowadzające w atmosferę spotkania ze sztuką. W południowej części obiektu znalazła się więc niewielka księgarnia z recepcją i szatnią. Stąd też można dostać się do biur i niezbyt dużej sali konferencyjno-warsztatowej. To także tędy wchodzi się do sali wystawowej. W północnej części pawilonu zorganizowano za to bardzo przestronną kawiarnię, z której wychodzi się na przylegający do niej taras. I to właściwie wszystko.
To, co zwraca tu szczególną uwagę, to standard wykonania całego obiektu i dbałość o szczegóły. W jego wnętrzu poczucie tymczasowości całkowicie znika. Kirschanitz zaprojektował ten budynek od początku do końca, dbając nie tylko o odpowiedni dla dzieł sztuki mikroklimat w sali wystawowej, ale także o meble, klamki czy posadzki. Wszystko to przyjechało do Warszawy razem z modułami służącymi do budowy ścian i dachu. Pawilon, poza elewacją, wygląda więc dokładnie tak samo, jak wyglądał w Berlinie. Obcujemy tu z dziełem zamkniętym, skończonym, ale niezwykle precyzyjnie wymyślonym i wykonanym. Nie zostawia ono jednak miejsca na żadne negocjacje.
Ta sztywność i bezkompromisowość jest tu na każdym kroku odsłonięta i podkreślona. Obiekt nie aspiruje do zlewania się z otoczeniem, ale jest tymczasowy, więc można mu to wybaczyć. Rolę nawiązania do kontekstu musi więc wziąć na swoje barki znajdująca się w nim instytucja. Tak też się dzieje, obiekt został otwarty w miniony weekend, pierwsza wystawa "Syrena herbem mym zwodnicza" poświęcona jest symbolowi Warszawy. Sam budynek na razie wygląda trochę jak ekran służący do wyświetlania filmów plenerowych, wkrótce zamieni się jednak w artystyczną instalację.
Dość ciekawie rysuje się też dialog tego pozbawionego właściwie formy obiektu ze znajdującym się po sąsiedzku Centrum Nauki "Kopernik", którego forma jest przesadna. Kopernik to gmach ciężki, toporny, nieczytelny i mocno przekombinowany. Zawłaszczył tę część brzegu Wisły. Pawilon wygląda przy nim jak pouczająca zachęta do rozpoczęcia na nowo przygody z otaczającą przestrzenią.
Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Źle Urodzonych" (Karakter), "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), "13 Pięter" (Czarne) i "Księgi Zachwytów" (Agora). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.