Rafael czy Rafał?
- Rafał. W Wielkiej Brytanii wszyscy znają mnie jako Rafaela Kapelinskiego, ponieważ Anglicy nie potrafią wymówić długiego "ł". Używam wersji angielskiej mojego imienia, żeby ułatwić wszystkim życie. Ale jestem Polakiem.
Chłopak z Torunia trafił do Stanów Zjednoczonych, stał się doradcą w dużym banku w Szwajcarii, a w końcu został reżyserem w Wielkiej Brytanii. Jak to się stało?
- Interesuje mnie wiele rzeczy, ale o kinie marzyłem już od dziecka. Pamiętam, jak oglądałem po raz pierwszy "Andrieja Rublowa" na czarno-białym telewizorze mojej babci. Zaczytywałem się w archiwalnych wydaniach miesięcznika "Ty i Ja", w którym pisano między innymi o kinie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem nazwiska Antonioniego, Żuławskiego, Polańskiego, Wajdy. Wpadł mi w ręce podręcznik amatorskiego filmowania Ryszarda Kreisera. Nauczyłem się go na pamięć i już w wieku 13 lat próbowałem realizować swoje pierwsze etiudy filmowe na radzieckiej kamerze 16 mm Krasnodarsk 2.
Chodziłem na nocne pokazy filmowe do toruńskich kin. Pamiętam pokaz filmu "Zawód: reporter" Antonioniego, czekaliśmy od kilku godzin na taśmę z Warszawy. Był środek zimy, mróz, śnieg, i nagle triumfalnie do sali wszedł Roman Gutek w skórzanym kożuchu z puszkami filmu pod pachą. To były absolutne początki kultury filmowej w Polsce. Chłonąłem to wszystko i marzyłem, że w przyszłości sam będę kręcił filmy.
Ale do szkoły filmowej nie zdawałeś?
- Złożyłem papiery do Łodzi, ale w ostatniej chwili je wycofałem.
Dlaczego?
- Pojechałem do szkoły jeszcze przed egzaminami wstępnymi i kiedy wszedłem do słynnego budynku Filmówki, od razu poczułem, że nie będę tu pasował. Patrzyłem na wyniosłych studentów reżyserii przechadzających się po korytarzach w skórzanych kurtkach i z puszkami negatywów pod pachą. Byli tak niebywale pretensjonalni.
Śmiertelnie przerażony wszedłem do sekretariatu, gdzie wpadłem na Henryka Klubę [reżyser, aktor, producent, wieloletni rektor Filmówki - przyp. red.]. Powiedziałem mu, że przyjechałem aż z Torunia, by obejrzeć szkołę i przekonać się, czy ktoś taki jak ja mógłby tu zdawać na studia. Wtedy on spojrzał na mnie, uśmiechnął się i odpowiedział, trochę złośliwie: "Wie pan co, tutaj zdają ludzie nawet ze Szczecina!". Strasznie mnie to wtedy wkurzyło. Wyszedłem z Filmówki i pomyślałem, że to jednak nie jest miejsce dla mnie.
Przez taką drobnostkę?
- Zdecydowałem się na filologię angielską. Uznałem, że przyda mi się kilka lat obcowania z literaturą, że dzięki temu się wzbogacę, dojrzeję. W międzyczasie pracowałem dla festiwalu Camerimage, kiedy jeszcze była to skromna impreza filmowa odbywająca się w Toruniu. Poznałem tam operatora filmowego Conrada Halla i postanowiłem wyjechać do Stanów Zjednoczonych.
To była spontaniczna decyzja czy element większego planu?
- Zawsze byłem bardzo ciekaw zachodniego świata. Jako nastolatek czytałem w oryginale George'a Orwella, Grahama Greene'a, Trumana Capote'a i snułem marzenia o świecie za żelazną kurtyną. Za granicę wyjechałem po raz pierwszy w 1991 roku. Z 20 dolarami w kieszeni pojechałem do Stanów Zjednoczonych zrealizować marzenie o karierze filmowej i przeżyłem ogromny szok. To, co tam zobaczyłem, kompletnie rozmijało się z moimi wyobrażeniami na temat raju, o jakim czytałem w książkach i jaki oglądałem w filmach.
Co cię zaskoczyło?
- Wszystko było dużo większe, bardziej kolorowe, nieosiągalne i w gruncie rzeczy okrutne. Odwiedzałem po kolei słynne szkoły filmowe, o których tyle słyszałem, ale szybko dotarło do mnie, że jest to świat zupełnie dla mnie niedostępny. Mogłem polegać wyłącznie na sobie, nie miałem nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nawet nie śmiałem prosić o pomoc rodziców mojej ówczesnej dziewczyny, Amerykanki. To było gorzkie rozczarowanie. Uznałem, że moje pomysły na scenariusze, których już wtedy miałem kilka, nie są nikomu potrzebne. Świat wokół mnie wydawał się mówić, że jeżeli Rafał Kapeliński nie nakręci nigdy żadnego filmu, to nikt tak naprawdę wiele nie straci. Wtedy zdecydowałem, że muszę stać się bardziej niezależny. A niezależność w świecie zachodnim polegała, i nadal polega, przede wszystkim na tym, że się ma pieniądze.
Dlatego zostałeś bankierem?
- Dostałem stypendium, dzięki któremu mogłem studiować finanse na Uniwersytecie Washington w Seattle. Po skończeniu szkoły pracowałem jako analityk finansowy w Szwajcarii, a potem w Londynie. Zarobiłem pieniądze, dzięki którym mogłem zacząć studia w London Film School, notabene tej samej, w której teraz jestem wykładowcą, a potem w National Film and Television School w Beaconsfield. Uczestniczyłem też w programie "Ekran" w Szkole Mistrzowskiej Reżyserii Filmowej pana Andrzeja Wajdy.
Jak to się stało, że mieszkając w Londynie zdecydowałeś się zrealizować swój pierwszy krótkometrażowy film, "Emilka płacze", w Polsce?
- Długo wydawało mi się, że każda historia jest do pewnego stopnia uniwersalna, że można ją opowiedzieć w dowolnym kraju. Na studiach podczas pracy nad jedną z moich etiud przekonałem się, że to nie zawsze się sprawdza. Doznałem smaku artystycznej porażki. Dlatego od początku wiedziałem, że "Emilka płacze", która była mocno zanurzona w moich prywatnych wspomnieniach z czasów stanu wojennego, musiała powstać w Polsce. Udało mi się zrealizować ten film na własnych warunkach, za własne pieniądze. Nie znałem nikogo w polskiej branży filmowej. Producenci jeden po drugim skreślali ten projekt, zarzucając mi, że nic się w nim nie dzieje. Byli oburzeni pomysłem, by o stanie wojennym opowiadać z perspektywy nastolatków, którzy nie interesują się wydarzeniami politycznymi. Usłyszałem, że nie wolno robić sobie jaj ze stanu wojennego.
Bardzo mi się podoba twoje spojrzenie na Polskę w "Emilce". Opowiadasz o stanie wojennym, wpisując wielkie wydarzenia polityczne w kameralny dramat bohaterów. Takie podejście do polskiej historii skojarzyło mi się z twórczością Pawła Pawlikowskiego, reżysera "Idy".
- To rzeczywiście jest zupełnie inna perspektywa spojrzenia na Polskę. Nie porównywałbym się jednak do Pawła Pawlikowskiego, który ma dużo bogatszy dorobek. Co ciekawe, znamy się, wręczał mi dyplom ukończenia London Film School (śmiech).
Coś w tym jednak jest. Wydaje mi się, że aby mówić o czymś świadomie i refleksyjnie, należy znaleźć odpowiedni klucz. Ja nie lubię opowiadać o Polsce w sposób ciężki, dosłowny. Wolę metodę Marka Hłaski, który w "Pięknych dwudziestoletnich" mówi o kraju z przymrużeniem oka, z pewną dezynwolturą, ale jednocześnie szczerze i z zaangażowaniem.
Nie mogłem zrozumieć fali oburzenia, jaka spadła na Pawła po premierze "Idy" w Polsce. Uważam, że wciąż mówimy o naszej historii trochę za poważnie, brakuje nam do niej dystansu. Ponadto wielu twórców, robiąc filmy o naszej przeszłości, opowiada o niej w sposób zupełnie niezrozumiały dla zagranicznego widza. Mam ambicje, by kręcić filmy mocno zanurzone w lokalnym kontekście, ale uniwersalne pod każdą szerokością geograficzną. I robić to w sposób lekki, może nawet odrobinę czeski, bo wydaje mi się, że nasi południowi sąsiedzi dużo lepiej radzą sobie z mówieniem o sobie samych. Nam brakuje poczucia humoru, dystansu i to sprawia, że dla widza zachodniego jesteśmy abstrakcyjni.
"Emilka płacze" zdobyła wiele nagród, w tym Nagrodę Główną w Konkursie Kina Niezależnego w Gdyni i Nagrodę w Konkursie Polskich Filmów Krótkometrażowych na festiwalu Nowe Horyzonty. A jednak później o tobie w Polsce jakby słuch zaginął.
- Sukces "Emilki" zachęcił mnie, by rozwijać karierę w Polsce i natychmiast zrealizowałem kolejne projekty: "Fundację kultura" i "Konfidenta", które uważam za filmy równie udane. Nie zdobyły już jednak takiego rozgłosu. Wróciłem do Wielkiej Brytanii.
Czułeś, że Polska nie miała wtedy nic ciekawego do zaproponowania debiutującemu filmowcowi?
- Nie, to nie było do końca tak. Po prostu w pewnym momencie musiałem zdecydować, czy chcę związać swoje zawodowe życie z Polską, czy Anglią, i wybrałem Wielką Brytanię.
Miałem za sobą dwa nieudane podejścia do pełnometrażowej fabuły i dopiero kiedy w 2014 roku trafił w moje ręce scenariusz "Butterfly Kisses", poczułem, że to jest historia, którą chcę opowiedzieć. Ten tekst zrobił na mnie ogromne wrażenie, był bardzo szczery i osobisty, ale miał w sobie pewną ciemność, która mnie przyciągnęła. Odnalazłem w nim moje własne emocje i doświadczenia z dojrzewania w socjalistycznej Polsce.
Akcja "Butterfly Kisses" rozgrywa się na angielskim blokowisku, ale to dość uniwersalna opowieść o przyjaźni grupy nastolatków. Widzę w niej podobieństwa do "Emilki". Co cię pociąga w historiach o nastolatkach?
- Uważam, że to jest fascynujący okres w życiu człowieka, który nas niebywale kształtuje.
Te dwa filmy dzieli dekada. Czuję, że od realizacji krótkiego metrażu bardzo się zmieniłem jako twórca, dojrzałem, inaczej opowiadam. Bohater i rzeczywistość są inne, i przede wszystkim historia nie jest moja - głównym scenarzystą "Butterfly Kisses" jest Greer Ellison, bardzo młody człowiek pochodzący z Irlandii Północnej. Nad kolejnymi wersjami tekstu pracowaliśmy wspólnie i przyznaję, że czerpałem z własnych doświadczeń z dorastania na toruńskim blokowisku. Scena kradzieży motocykla jest dosłownie wzięta z mojego życia. Zrobiliśmy coś takiego z kumplami - trochę z głupoty, dla jaj. Skończyło się dramatycznie, bo złapała nas milicja, dwóch moich kolegów trafiło do więzienia.
Przechadzając się po angielskich blokowiskach, doszedłem do wniosku, że takie osiedla wszędzie wyglądają tak samo. Ludzie zachowują się identycznie - wchodząc do windy, patrzą sobie na buty, nikt z nikim nie rozmawia. Pomyślałem, że chociaż nie wychowywałem się w Anglii, nie zagram w tej historii żadnego fałszywego tonu.
Nastolatki u progu dorosłości wszędzie przeżywają podobne rozterki.
- "Butterfly Kisses" to przede wszystkim film o końcu dzieciństwa. O momencie, w którym niewinny świat, w jakim funkcjonujemy jako dzieci, nastolatki, rozpada się niczym domek z kart, ukazując swoje okrutne oblicze. Dla mnie takim momentem było samobójstwo nauczycielki, która prywatnie uczyła mnie pisać, jeszcze zanim poszedłem do szkoły. Potem samobójcza śmierć mojej sąsiadki. Jej ciało odkryto dopiero trzy dni po jej śmierci, unoszące się na powierzchni rzeki. Z czystej ciekawości przyłączyłem się do tłumu gapiów, by zobaczyć spuchnięte zwłoki. To był jeden z największych błędów, jakie popełniłem w życiu. Wtedy w pewnym sensie skończyło się moje dzieciństwo.
Dla bohaterów "Butterfly Kisses", którzy spędzają całe dnie, rozmawiając o dziewczynach, pijąc alkohol i grając w bilard, tym momentem jest odkrycie, że jeden z nich może być pedofilem.
- Zdawaliśmy sobie sprawę, że to może wiele osób przestraszyć. Większość producentów kończyła rozmowę, kiedy podczas spotkania padało słowo "pedofilia". Uświadomiłem sobie, że chcemy przełamać tym filmem jeden z ostatnich tematów tabu. To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę zmierzyć się z nim w sposób uczciwy, bez uciekania w niedomówienia, półsłówka.
Podczas pracy nad filmem nie staraliśmy się odpowiadać na pytanie, dlaczego nasz bohater, Jake, mierzy się z tym konkretnym problemem. Nie interesowały nas źródła jego skłonności ani psychologizowanie i dociekanie, co wydarzyło się w jego życiu, co sprawiło, że chłopak staje się... oprawcą. Zdecydowaliśmy się też na wprowadzenie osoby narratora, który relacjonowałby wydarzenia z życia Jake'a. W "Butterfly Kisses" nie patrzymy na świat oczami głównego bohatera, ale obserwujemy go z dystansu.
Pokazujesz samotność i bezradność osoby mierzącej się z problemem, który ją przerasta. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam w kinie takiego portretu oprawcy. Uświadomiłam sobie, że nie istnieją narzędzia, instrukcja obsługi, jakiekolwiek wskazówki dla takich osób. Czy Jake jest potworem, skazanym na życie na marginesie społeczeństwa, czy może można mu pomóc?
- "Butterfly Kisses" nie jest filmem o pedofilii, ale właśnie o bezgranicznej samotności. W okresie dorastania każdy z nas ma problemy, o których chciałby porozmawiać, ale nie potrafi. Sam jako nastolatek desperacko szukałem kogoś, z kim mógłbym podzielić się swoimi rozterkami. Pamiętam tę samotność, bezradność w obliczu problemów, które wtedy wydawały się nie do pokonania. Budzącą się seksualność, lęk i niepewność związane z przyszłością. Samotność Jake'a jest czymś, z czym bardzo mocno się identyfikuję. Przetransponowałem to uczucie do "Butterfly Kisses". Wydaje mi się, że to jest problem uniwersalny, może nawet bardziej aktualny teraz niż trzydzieści lat temu, kiedy ja miałem piętnaście lat.
Nie bałeś się zarzutów, że usprawiedliwiasz pedofilię?
- Przede wszystkim, robiąc taki film, nie można się bać. Skłonności Jake'a są tylko pewnym narracyjnym zabiegiem, są ukazane niczym choroba. Chłopak cierpi, chce się na siłę zakochać. Mam wrażenie, że zrobiłem film bardzo otwarty, zupełnie bez tezy. Nie osądzam, nie wskazuję palcem winnych, nie podpowiadam widzowi, co powinien myśleć. Moją ambicją było opowiedzieć o młodym człowieku mierzącym się z niewyobrażalnym ciężarem dorastania. To, czy widz utożsami się z Jake'em wzruszy się jego walką o normalność, czy wręcz przeciwnie - odrzuci go i natychmiast przypnie łatkę potwora - jest bardzo indywidualną kwestią. Ja to zostawiam widzowi, niczego nie narzucam. Ten film, jak wszystkie, jest wyłącznie hipotezą. Jeżeli na widowni siedzi sto osób, każda z nich ogląda inną historię. Każda będzie przepuszczała ją przez swoją wrażliwość i osobiste doświadczenia.
Zdobyłeś za "Butterfly Kisses" Kryształowego Niedźwiedzia na Berlinale i z miejsca zyskałeś status jednego z najbardziej obiecujących twórców. Polska się o ciebie upomniała. Planujesz zrealizować swój kolejny film tutaj?
- Szczerze mnie to cieszy, zwłaszcza że - jak wspominałem na początku naszej rozmowy - czuję się Polakiem. Często tu przyjeżdżam, mieszka tu cała moja rodzina. Bardzo interesuję się polską sztuką, kinem. Czuję, że jestem na bieżąco, mimo że mieszkam poza krajem już ponad 25 lat. Mam dwa paszporty - polski i angielski. I mimo że o "Butterfly Kisses" w dużej mierze mówi się w kontekście brytyjskiego kina, ja czuję się twórcą polskim o nieco zachodnim zacięciu. Chciałbym, żeby moje kolejne projekty były koprodukcjami polsko-angielskimi i mam na myśli nie tylko strukturę finansowania, ale i tematy. Pracuję obecnie nad polskim filmem "Dziennik z wycieczki do Budapesztu" osadzonym w 1981 roku. Jednocześnie rozwijam projekt w stu procentach brytyjski, zatytułowany "Cranley Gardens". To historia słynnego mieszkania, które należało do seryjnego mordercy Dennisa Nilsena.
Bardzo mi się podoba to moje podwójne artystyczne obywatelstwo. Wykładam reżyserię w Londyńskiej Szkole Filmowej, gdzie na zajęciach pokazuję studentom z całego świata polskie filmy - nie dalej jak dwa tygodnie temu oglądaliśmy "Krótki film o miłości" Krzysztofa Kieślowskiego, wcześniej analizowaliśmy "Popiół i diament" Andrzeja Wajdy. Czuję, że polska kultura, którą przesiąknąłem, mieszkając w kraju, jest kluczowym elementem mojej artystycznej tożsamości.
Rafał Kapeliński. Polski reżyser filmowy i scenarzysta mieszkający w Wielkiej Brytanii, wcześniej pracował jako doradca finansowy. Jego filmy krótkometrażowe (m.in. zrealizowane w Polsce "Emilka płacze", "Fundacja Kultura") zdobyły nagrody na festiwalach w Cannes, Oberhausen, Austin, Breście i Wrocławiu na Nowych Horyzontach. Za swój pełnometrażowy debiut "Butterfly Kisses" zdobył Kryształowego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie w sekcji Generation 14plus.
Małgorzata Steciak. Dziennikarka. Publikowała m.in. w ''Polityce'', ''Gazecie Wyborczej'', ''K-MAG-u'' czy w serwisie dwutygodnik.com. Wcześniej była m.in. redaktorką portali Onet.pl, Gazeta.pl.