artykuły
(fot. Poike / iStockphoto.com)
(fot. Poike / iStockphoto.com)

Choć od kilku lat analitycy mówią o tym, że nasz rynek pracy staje się "rynkiem pracownika", fakty zdają się temu przeczyć. - Szukanie pracy w Polsce to doświadczenie traumatyczne. Przeciętnie osoba znajduje ją po okresie około 10 miesięcy. Ten wskaźnik nie obniża się od trzech lat, mimo że przez ten czas ciągle maleje bezrobocie - twierdzi dr hab. Joanna Tyrowicz z Instytutu Ekonomicznego Narodowego Banku Polskiego . W szczególnie trudnej sytuacji są osoby młode. Potwierdzają to liczne dane - np. na początku ubiegłego roku alarmowano, że co trzeci bezrobotny w Polsce to osoba, która nie skończyła 30. roku życia .  Duża konkurencja wśród młodych pracowników prowadzi do nadużyć ze strony pracodawców, którzy pytania o umowę (jakąkolwiek) czy wyższą stawkę na godzinę kwitują stwierdzeniem: "Jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce przyjdzie pięciu innych". Dla nich rynek pracy ciągle jest "rynkiem pracodawcy". Potwierdzają to opowieści młodych ludzi z małych i dużych miejscowości, którzy zdecydowali się nam opisać, jak wyglądały ich pierwsze doświadczenia zawodowe.

Powiatowy Urząd Pracy w Jaworze (fot . Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

Dawid, 27 lat, inżynier

Objąłem stanowisko specjalisty do spraw produkcji w zakładzie zajmującym się mechaniką precyzyjną. Obiecano mi służbowy samochód i telefon, własne biuro oraz to, że będę kierował grupą pracowników. Na miejscu okazało się, że telefon, owszem, jest, ale stacjonarny, i na dodatek zepsuty. "Pomieszczenie biurowe" było tak naprawdę pozbawioną ogrzewania amatorską siłownią. A zespół, którym miałem zarządzać, składał się z trzech panów pojawiających się sporadycznie w zakładzie.

Pewnego dnia odwiedzili nas kontrolerzy z inspekcji pracy. Jeden z pracowników był już mocno pijany (pił za przyzwoleniem naszego szefa), a na maszynie stało otwarte piwo. Na dodatek nie miałem dostępu do dokumentów, których wymagali inspektorzy, bo mój przełożony mi ich nie udostępnił. Gdy zadzwoniłem do niego, żeby przekazać, że uniemożliwienie wglądu do papierów będzie skutkować karą, szef stwierdził beztrosko, że w takim razie potrąci mi ją z pensji.

Dawidowi obiecano służbowy samochód, telefon i własne biuro. Te obietnice miały jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością (zdjęcie ilustracyjne - fot. mediaphotos / iStockphoto.com)

Moja praca, jak się okazało, polegała głównie na jeżdżeniu do sklepów na zakupy, bo w firmie brakowało podstawowych przedmiotów w rodzaju miotły, mopa czy. gaśnicy. Jeździłem rzecz jasna swoim samochodem. O zwrocie pieniędzy za paliwo nie było nawet mowy. Usłyszałem: - Masz auto na gaz, więc nic cię to nie kosztuje. Któregoś dnia postawiłem się jednak szefowi, a ten rzucił mi z pogardą 20 złotych. Kuriozalnych sytuacji było zresztą więcej. Na przykład ktoś podkradał mojemu przełożonemu prenumerowaną przez niego gazetę, musiałem więc zająć się sprawą, choć nie miałem z nią nic wspólnego. Wydałem około stu złotych na sam rachunek telefoniczny, by rozwiązać tę "kryminalną" zagadkę.

Po kilku miesiącach zrezygnowałem z tej pracy. Choć wedle umowy miałem 2 tys. zł wynagrodzenia, 300 zł dodatku w związku z pełnionym stanowiskiem i 700 zł premii; tej ostatniej nigdy nie zobaczyłem. Jak stwierdził szef: - Przecież nie zasłużyłeś!

Joanna, 22 lata, działaczka społeczna

Siedząc na kasie w hipermarkecie, zarabiałam 5 zł na godzinę. Kasjerek było bardzo mało, zwykle najwyżej trzy na siedem stanowisk, natomiast klientów wielu - to tak na wypadek, gdyby ktoś pytał, skąd te kolejki w hipermarketach... Nawet wyjście do łazienki okazywało się problemem. Kilka razy próbowano zaciągnąć mnie na kasę, mimo że zostało mi jeszcze kilka lub kilkanaście minut przerwy, albo zmusić do zostania znacznie dłużej, niż przewidywał ustalony czas pracy. Ale ja się nie dawałam. Siedząc przez dziesięć godzin przy czytniku kodów kreskowych, człowiek siłą rzeczy zaczyna się mylić, co kończy się mankiem.

Joanna, siedząc na kasie w jednym z hipermarketów, zarabiała 5 zł na godzinę (fot. horsemen / iStockphoto.com)

Sklep permanentnie oszukiwał klientów. Codziennie byłam zmuszona kilka razy anulować sprzedaż, bo klient orientował się, że ceny się nie zgadzają: ta na półce była niższa niż ta, którą odczytywałam z kodu kreskowego. Zwykle kupujący mieli pretensje do nas, kasjerek, bo źle liczymy . W dodatku anulowanie sprzedaży to dość skomplikowana sprawa: kartę do anulacji ma tylko kierownik zmiany. Zanim się zjawi, mija dobrych parę minut. Trzeba też dokonać kilku operacji w systemie, dodać usunięty produkt do listy itd. itp. W tym czasie robi się oczywiście kolejka na pół marketu.

Pewnego dnia straciłam cierpliwość: musiałam anulować zakup bardzo kosztownego produktu, a wina była ewidentnie po stronie sklepu. Przełożeni wpisali jednak w tabeli: "pomyłka kasjera". Skreśliłam to i napisałam: "niezgodność cen na półkach". Wielokrotnie prosiłam kierowniczki, aby coś z tym zrobiły, ale przez dwa miesiące sytuacja się powtarzała codziennie. Teraz wiem jednak, że te niezgodności cen to "wewnętrzna polityka sklepu". Wyleciałam z pracy po dwóch miesiącach, bo przyszły nowe kasjerki, a ja podobno dawałam im zły przykład .

Paweł, 29 lat, literaturoznawca

W grudniu 2015 roku rozpocząłem pracę w firmie brokerskiej. O tym, że będę miał do czynienia z różnymi wypaczeniami, wiedziałem właściwie już w momencie podpisywania umowy. Dałem się na przykład przekonać do zameldowania w znajdującym się w Warszawie biurze. Pochodzę spoza stolicy, a meldunek w mieście podlegającym tamtejszemu Powiatowemu Urzędowi Pracy, był warunkiem otrzymywania stypendium stażowego, które załatwił dzięki swoim znajomościom mój szef. Zdejmowało to z niego obowiązek regulowania stosunku pracy i odciążało budżet firmy o 800 zł. Resztę pensji dostawałem oczywiście pod stołem.

Paweł, już w momencie podpisywania umowy wiedział, że jego nowa praca może być daleka od ideału (fot. courtneyk / iStockphoto.com)

Przełożeni naciskali na to, abym przeszedł na samozatrudnienie, ale wzbraniałem się i argumentowałem, że wolałbym jednak mieć umowę o pracę i dzięki temu jakiekolwiek poczucie stabilności. Odpowiadali, że przecież odprowadzają za mnie składki, a tak poza tym "wymyślam, bo nie stać ich na to, aby zaproponować mi umowę o pracę". Przez moje ręce przechodził każdy dokument w tej firmie, wiedziałem więc doskonale, że to nieprawda. Po kilku próbach mediacji dowiedziałem się, że jestem "komuchem". Puściłbym to mimo uszu, ale w ustach neoliberalnego kapitalisty i wykapanego "Janusza biznesu" naprawdę brzmiało to jak inwektywa.

Do tego dochodziła kwestia nadgodzin: nie twierdzę, że zawsze zostawałem w pracy do późna, jednak gdy już się to zdarzyło, przełożeni zdawali się tego nie zauważać. Nawet w sytuacji, gdy pewnego dnia spędziłem w biurze prawie 17 godzin (pojawił się nowy, duży klient), nikt nie zająknął się o jakimkolwiek dodatkowym wynagrodzeniu. Z kolei gdy spóźniłem się raz piętnaście minut z powodu korków, usłyszałem, że robię to notorycznie i w ogóle jestem "oszustem".

Bardzo ciekawym dodatkiem do całości jest fakt, że szef tak naprawdę utrzymywał, iż jestem... dziedzicem firmy! Twierdził, że musi ją komuś w końcu powierzyć, a jego syn jest na to zbyt nieodpowiedzialny, więc kiedyś to wszystko będzie należeć do mnie. Powtarzał, że muszę być po prostu cierpliwy, a jeśli tak dalej pójdzie, to pod koniec 2017 dostanę umowę o pracę. Niestety, nie doczekałem już tego chwalebnego momentu i zwolniłem się po półtora roku.

Pierwsze kroki na rynku pracy są często dalekie od ideału (fot. monkeybussimages / iStockphoto.com)

Tomasz, 30 lat, architekt

Nie spotkałem jeszcze pracodawcy, który nie wyzyskiwałby zatrudnionych przez siebie osób. Pamiętam swoje pierwsze zajęcie: byłem gów***rzem w trudnej sytuacji materialnej i życiowej, więc kiedy pojawiła się możliwość zarobienia jakichś pieniędzy jako malarz pokojowy, zgodziłem się.

Warunki były fatalne: brak jakiejkolwiek umowy, wypłata "do ręki",  absolutnie żadnej możliwości wzięcia wolnego, dwunastogodzinny dzień pracy i 7 zł na godzinę, od których należało odjąć to, co mój ówczesny przełożony z niewiadomych przyczyn uznał za słuszne mi potrącić. Zamiast premii były nieustanne "rozmowy motywacyjne", które można streścić następująco: "szybciej, k***a, szybciej, nie wyrobimy, tutaj źle, tu musisz poprawić". Co ciekawe, praca ta została zlecona przez znaną fundację katolicką i to jej pracownicy nas nadzorowali. Przez trzy miesiące pomalowałem około 400 metrów kwadratowych ścian i sufitów. Dostałem za to 1100 złotych.

Później rozpocząłem spektakularną karierę w gastronomii, a ściślej w krakowskich pubach. Wszędzie doświadczyłem tego samego: zmuszania do pracy po 10-16 godzin dziennie, braku urlopu, głodowych stawek itd. Dla wielu moich znajomych ta przygoda skończyła się zaburzeniami psychicznymi i alkoholizmem. Dwóch kolegów do dziś pracuje w gastronomii po dwadzieścia osiem i więcej dni w miesiącu i "jedzie na psychotropach".

Tomek, po kilku latach pracy w gastronomii, jest pewien jednego: lepiej nie jadać ''na mieście'', jeśli nie ma się zaufania do szefostwa danego lokalu (zdjęcie ilustracyjne - fot. pixabay.com)

Dzięki mojemu doświadczeniu w tej branży nauczyłem się jednego - nigdy nie jadaj "na mieście", jeżeli nie masz stuprocentowego zaufania do kucharzy i szefostwa w danym lokalu. Dlaczego? Bo produkty spożywcze są często trzymane w absolutnie skandalicznych warunkach - pamiętam m.in. spiżarnię, po której biegały szczury. We wszystkich przypadkach, z którymi się spotkałem, jest to wina pracodawcy chcącego zaoszczędzić na wszystkim i wszystkich.

Radosław, 27 lat, pracownik agencji reklamowej

Mając 23 lata, przeprowadziłem się z Rzeszowa do Krakowa na studia. Na gwałt potrzebowałem pieniędzy. Znalazłem ogłoszenie: kino studyjne poszukiwało pracownika obsługi - teoretycznie kasjera, a praktycznie: osoby od wszystkiego.

Tak naprawdę stałem się jednoosobowym kinem. Do moich obowiązków należały obsługa projektora, publikowanie repertuaru na stronie internetowej, transportowanie kopii filmów i inne. Dostawałem na początku 5 zł na rękę za godzinę pracy. Oczywiście bez umowy. Z czasem (spędziłem tam półtora roku) stawka urosła do 8 zł, łatwo więc obliczyć, że nie zarabiałem kokosów.

Kiedy szef zauważył, że mam więcej czasu i między zajęciami na uczelni jestem w stanie być w pracy, zaczął z tego skrzętnie korzystać. Początkowe 80 godzin miesięcznie zamieniło się w etat, a nawet kilka etatów. Pamiętam swój rekord: ponad 300 godzin pracy w miesiącu.

Rekord Radka to 300 godzin pracy w miesiącu (zdjęcie ilustracyjne - fot. seb_ra / iStockphoto.com)

Często bywałem wzywany do kina prosto z zajęć - bo film nie działa, bo coś jest nie tak z komputerem itd. itp. Dostawałem również telefony po godzinach - wymagano ode mnie, abym był dostępny niemal przez całą dobę. A jeżeli tylko zrobiłem coś nie tak (jeśli pracuje się trzysta godzin w miesiącu, to łatwo o błąd), szefowie nie zostawiali na mnie suchej nitki. I wszystko to za śmieszne pieniądze.

Wiem, ile mniej więcej kino zarabiało miesięcznie. Zatrudnienie czterech osób i zaoferowanie im godnej stawki naprawdę nie byłoby problemem. Tymczasem często stawałem przed dylematem: pracować mniej i w konsekwencji kombinować, jak przeżyć miesiąc, czy może wypruwać żyły i bez stresu opłacić mieszkanie i rachunki. Zwykle stawało na tym drugim.

Z czasem zdałem sobie jednak sprawę, że robota za głodowe stawki i wyrabianie nieludzkiego wymiaru godzin jest nie tylko wyrazem braku szacunku ze strony pracodawcy - to również brak szacunku wobec samego siebie. Z ulgą rzuciłem pracę w kinie i znalazłem nowe zajęcie - tym razem na zdrowych zasadach.

Kamila, 31 lat, doradca finansowy

Kilka lat temu zatrudniłam się w hotelu, który aspirował do miana jednego z lepszych w kraju. Rysowały się przede mną całkiem sympatyczne perspektywy. Manny z nieba się nie spodziewałam, ale jak na moje miasto pensja była do zaakceptowania. A może ujmę to inaczej: mogłam mieć niższą. Widać chyba różnicę między tymi dwoma zdaniami.

W ubiegłym roku przypadki nielegalnego zatrudnieniaodnotowano w jednej trzeciej z ośmiu tysięcy objętych kontrolą podmiotów (fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Ale zamiast rozwojowej pracy, na którą liczyłam, bo zaoferowano mi przecież posadę kogoś w rodzaju menedżera, czekały mnie nudne, dwunastogodzinne zmiany na recepcji, a przy tym zero szkoleń, żadnej edukacji. W dodatku w trakcie dyżuru bez przerwy stałam, bo nie można było usiąść nawet nocą, kiedy nie widziałam żywej duszy.

Absolutnym szczytem chamstwa była jednak sytuacja związana z moją wypłatą. Otóż umówiona kwota była kwotą brutto, pod koniec miesiąca dostawałam więc wypłatę netto. I wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że nigdy nie dostałam umowy, a szef nie odprowadzał za mnie podatku. Innymi słowy, nie dość, że sam nie ponosił kosztów mojej pracy, to jeszcze odejmował mi od wypłaty kwotę na rzecz podatku, którego nie płacił... Oczywiście miałam wybór: pracuj i miej pieniądze na życie albo naciskaj na umowę. Chyba nie muszę mówić, co wówczas wybrałam. W końcu jeść trzeba, a i rachunki same się nie opłacą.

Ten stan rzeczy utrzymywał się przez jakiś czas, aż upomniałam się o "podwyżkę", czyli tych kilka ładnych stówek zabieranych mi na poczet niepłaconych należności wobec państwa. Przyjęto to do wiadomości. W następnym miesiącu doszło do redukcji zatrudnienia związanej z "niekorzystnym czasem po sezonie" i zmniejszonymi wpływami do budżetu firmy. Pracodawca znalazł sposób, żeby powiedzieć mi, że mam spadać.

Gdy Kamila upomniała się o należne jej pieniądze, zwolniono ją (zdjęcie ilustracyjne - fot. Dutko / iStockphoto.com)

Andrzej, 27 lat, menedżer

Wyjechałem na jakiś czas za granicę, żeby zdobyć nieco doświadczenia. Po powrocie rozkręciłem z przyjacielem naszą własną firmę - na prostych zasadach, "po godzinach" i bez większych kosztów, szukając jednocześnie stałego źródła dochodu.

Znalazłem bardzo ciekawą ofertę pracy w państwowej instytucji działającej w moim mieście (celowo pomijam jej nazwę, bo to jednak dość charakterystyczna "przygoda"). Jedno z wyższych stanowisk, samodzielna praca, środki na realizację własnych pomysłów i jasno określone zadania - brzmiało świetnie. Do tego pensja, która może nie była oszałamiająca, ale pozwalała co nieco odłożyć.

Jednocześnie dostałem dwie inne propozycje pracy - w Warszawie oraz Wrocławiu, za większe pieniądze. Ale to w moim mieście chciałem układać sobie życie, bo w gruncie rzeczy je lubiłem (i lubię nadal). Do tego to dość oczywiste, że życie w stolicy czy mieście wojewódzkim jest przy okazji droższe. Wybrałem więc posadę w państwowej instytucji.

Podsunięto mi pod nos umowę opiewającą na połowę tego, co ustaliliśmy. Podpisałem - nie miałem w ówczesnej sytuacji wyjścia. Wspomniane wcześniej oferty odrzuciłem, bo chciałem być uczciwy wobec tamtych firm i nie czekać z odpowiedzią do ostatniej chwili. Do tego okazało się, że cała rekrutacja na stanowisko została przeprowadzona w wadliwy sposób. Nie wchodząc w szczegóły -  placówka nie powinna oferować mi tego stanowiska ze względów formalnych.

Państwowa Inspekcja Pracy zapewnia, że - mimo wielu niepokojących sygnałów płynących z rynku pracy - większość polskich pracodawców postępuje uczciwie. Na zdjęciu targi pracy i praktyk w Polsce Absolvent Talent Days (fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Finalnie zostałem zatrudniony na niższym stanowisku, ale zakres obowiązków i odpowiedzialności pozostały takie same jak w ogłoszeniu. Obiecanych pieniędzy nigdy nie zobaczyłem i wszystko miałem robić "bezkosztowo" - to moje ulubione słowo! Zrezygnowałem z pracy po kilku miesiącach i była to jak na razie jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.

***

Większość polskich pracodawców postępuje uczciwie, zgodnie z przepisami, wobec zatrudnionych. Szefowie ci są w pełni świadomi tego, że bardziej opłaca się inwestować w pracownika i jego bezpieczeństwo, niż wchodzić na ścieżkę patologii - mówi rzeczniczka Państwowej Inspekcji Pracy Danuta Rutkowska.

I ma rację, choć oficjalne dane są w dalszym ciągu niepokojące. Jak wskazuje ubiegłoroczny raport Państwowej Inspekcji Pracy , przypadki nielegalnego zatrudnienia, polegające na "powierzeniu pracy bez potwierdzenia na piśmie umowy o pracę oraz niezgłoszeniu osoby zatrudnionej lub wykonującej inną pracę zarobkową do ubezpieczenia społecznego" odnotowano w aż jednej trzeciej z ośmiu tysięcy objętych kontrolą podmiotów.

Na przestrzeni ostatnich kilku lat niemal dwukrotnie - do 2,1 tys. - wzrosła również liczba umów cywilnoprawnych zawieranych z osobami, które - jak wykazały przeprowadzone przez wspomniany urząd inspekcje - powinny zostać zatrudnione na podstawie umowy o pracę. O 10 proc. wzrosła też liczba pracodawców, którzy nieuczciwie rozliczają się ze swoimi pracownikami z nadgodzin.

Zdaniem inspektorów PIP, prawa pracowników na rodzimym rynku pracy są coraz częściej przestrzegane (fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Wiele wskazuje więc na to, że dopóki do określenia "większość pracodawców" nie będziemy mogli dodać epitetu "miażdżąca", na doniesienia dotyczące "rynku pracownika" powinniśmy spoglądać ze sporym dystansem.

Książkę na temat mobbingu w pracy  w promocyjnej cenie można kupić w Publio.pl>>>

Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny portalu Popmoderna.pl , stały współpracownik Gazeta.pl i Wirtualnej Polski. Doktorant w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem.

embed

Jesteś pracodawcą i chciałbyś opisać swoją historię? Na Twój list czekamy pod adresem listydoredakcji@gazeta.pl. Redakcja zastrzega sobie prawo do niepublikowania wszystkich listów.