Dlaczego zaczęłaś relacjonować swoją walkę z rakiem na Facebooku?
- Pierwsze zdjęcie ze szpitala, na którym była moja ręka z kroplówką, wrzuciłam w dniu, w którym trafiłam na SOR. Byłam w bardzo ciężkim stanie, ale zdecydowałam się na to, bo prowadzę agencję fotograficzną i klientki denerwowały się, że nie obrabiam ich zdjęć, że nie odzywam się w sprawie zaplanowanych sesji. Nie zdawałam sobie jeszcze wtedy sprawy, jak bardzo jestem chora, zresztą moje znajome chyba też. Od jednej dostałam nawet wiadomość "Dziewczyno, ale zabalowałaś".
A prawda była inna.
- Długo się zastanawiałam, czy powinnam napisać na Facebooku otwarcie, że to nowotwór, czy raczej porozsyłać wiadomości do wybranych osób. Wtedy moje przyjaciółki poradziły mi, żebym napisała szczerze. Żebym nie udawała, bo w chorobie nie ma przecież nic wstydliwego. No więc napisałam, że zachorowałam, zaczęłam publikować zdjęcia.
Byłaś przygotowana na krytykę?
- Nastawiłam się, że ludzie mogą mnie zrugać, ale stało się inaczej. Zaczęłam dostawać wiadomości, że dobrze, że mówię o chorobie. Wiesz, to było takie wirtualne klepanie po plecach. Wrzucałam zdjęcie i sypało się tysiące pozytywnych komentarzy. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie takiego wsparcia od obcych ludzi. A w tej chorobie jest ono najważniejszym czynnikiem w walce o wyzdrowienie.
Potem nastąpił efekt kuli śnieżnej - zgłosiły się do mnie media, pierwsza była nasza rozmowa, a po niej zaczęły się do mnie odzywać telewizje i gazety.
Co ludzie pisali do ciebie na Facebooku?
- Odzywali się chorzy, ale też zdrowi. Tacy, którzy mają jakieś wątpliwości co do swojego stanu zdrowia i chcą się przebadać, i tacy, którzy poszli do lekarza, a wcześniej się bali. Czułam się więc zobowiązana, by systematycznie wrzucać kolejne posty, zwłaszcza że ludzie byli bardzo ciekawi, co się u mnie dzieje. Zresztą ja na ich miejscu też bym była, bo jak ktoś zaczyna sprzedawać swoje życie, to chcesz śledzić, co będzie z nim dalej. I głupio bym się czuła, gdyby ta osoba nagle zniknęła bez słowa, poczułabym się, że po pewnym czasie ma mnie w du***. Pewna dziennikarka zapytała mnie kiedyś, czy nie uważam, że pomaganie ludziom to egoizm.
I co odpowiedziałaś?
- Że to jest forma egoizmu, ale nieszkodliwa. Bo pomagając komuś mamy satysfakcję, że stajemy się lepszym człowiekiem. Bo kogoś wsparliśmy.
Nie wstydziłaś się wrzucać na FB zdjęć bez włosów, z opuchlizną po chemii?
- Bardzo długo się tego wstydziłam. Przestałam dopiero teraz, kiedy ukazała się książka o mnie. Są w niej niepublikowane wcześniej zdjęcia, na których widać, że walka z chorobą była koszmarem. Zdecydowałam się je pokazać, bo wstyd minął.
G
dy skończyłaś terapię, przestałaś tak często pisać o sobie.
- Uznałam, że epizod z rakiem minął i tyle. Ale wciąż dostaję sporo wiadomości. Najczęściej piszą kobiety, które pytają o peruki lub o to, kiedy po chemii odrastają rzęsy. Rozumiem je, bo wiem, jakie to dla nich ważne. Mężczyźni chorują inaczej.
Wśród wiadomości, które dostajesz, jest też sporo tych nieprzyjemnych.
- Ostatnio się nawet zastanawiałam, dlaczego tak jest. Dopóki nie opuściłam murów szpitala, byłam chora, ludzie mi współczuli. Wiadomość z życzeniem nawrotu raka zdarzała się raz na ruski rok, a teraz coraz częściej ktoś pisze, że życzy mi powrotu choroby albo śmierci. Może niektórzy pomyśleli sobie: "Ona już jest zdrowa, już jej nie trzeba współczuć. Dojedźmy ją za to, że napisała książkę". Może problemem jest to, że tragedię przekułam w coś dobrego dla siebie?
Może.
- Widzisz, tylko ja nie uważam, że powinnam za to przepraszać. Niektórzy oczekują, że jak ktoś jest ciężko chory, to powinien się położyć i czekać na klepsydry. Ja nigdy taką osobą nie byłam. Nawet w szpitalu, jak tylko mogłam, wstawałam z łóżka i starałam się normalnie funkcjonować, spotykałam się ze znajomymi, przyklejałam sobie sztuczne rzęsy. Wtedy miałam wrażenie, że nie choruję. Po co się umartwiać za życia?
Żałujesz czasem, że relacjonowałaś swoją walkę z chorobą?
- Skąd! Nie mam wątpliwości nawet wtedy, gdy dostaję te nieprzyjemne wiadomości. Jestem pewna, że drugi raz zrobiłabym to samo.
Dzisiaj przy okazji rozmów o walce z nowotworami często pojawia się wątek leczniczej marihuany. Jakie masz zdanie na jej temat?
- Uważam, że powinna być zalegalizowana, bo każdy powinien mieć możliwość decydowania o sobie. A już na pewno w sytuacji, gdy leży na łożu śmierci. Kto ma prawo osądzać, co może zażywać cierpiący, umierający człowiek? Szczerze uważam, że chorzy mają inne prawa. I nie zrozumie ich ten, kto nie był w podobnej sytuacji.
W szpitalu przez większość czasu odczuwałam ból. Ale musiałam się do tego przyzwyczaić, nie miałam wyjścia. Gdy po wlewach chemii miałam owrzodzenie jamy ustnej, miałam wrażenie, jakbym połykała szkło. Ból był nie do wytrzymania i wtedy dostawałam morfinę. Czasem lekarze aplikowali mi też inne bardzo silne środki przeciwbólowe, ale zapewniam cię, że one nie są na każde życzenie pacjenta. Takie leki podawane są w uzasadnionych przypadkach.
Zresztą na oddziale onkologicznym w Warszawie, gdzie się leczyłam, pracują anioły. Znają na pamięć nasze lęki, nasze słabości. Gdy miałam naprawdę ciężkie chwile, pielęgniarki zostawiały mi zabawne liściki albo rozwieszały balony.
Twoje leczenie trwało ponad pół roku.
- Najpierw przeszłam chemię, potem radioterapię. Co jakiś czas lekarze robią mi kontrolną tomografię albo test PET, który w kilka minut wykrywa nawet niewielkie zmiany nowotworowe. Wiesz, ja nigdy nie będę do końca zdrowa. Owszem, książka ma tytuł "Jak zabiłam swojego raka", ale to raczej taka przenośnia. Pokonałam swój strach i to, co się z tą chorobą wiązało. Onkolodzy mówią o uzdrowieniu, i to też nie stuprocentowym, po dwóch latach.
W tej chwili jestem w całkowitej remisji, nowotwór się obkurczył i wygasł jak przepalona żarówka.
Ania Szubert. Ma 33 lata. Pochodzi z Wielkopolski, jest fotografką. Wiosną 2015 roku zaczęła relacjonować na Facebooku swoją walkę z chłoniakiem, o której opowiada też w książce "Jak zabiłam swojego raka". Mieszka z narzeczonym, ma 6-letniego syna.
Angelika Swoboda . Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w "Gazecie Wyborczej", pracowała też w "Super Expressie" i "Fakcie". Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.