Jak się nam, Polakom, coś w polityce uda, to jest to tak nadzwyczajne, że musi być podejrzane. I ta podejrzliwość to pierwsza cecha, która normalną politykę czyni niemożliwą. Ale, jak pisała Hannah Arendt, polityka jest, oprócz religii, tą dziedziną, gdzie zdarzają się cuda.
Warunki wyjściowe do zgody w Polsce są fatalne
W polskiej polityce było kilka cudów. Przypomnijmy Okrągły Stół. Wrogie strony zaczęły rozmawiać i dzięki temu mieliśmy pokój społeczny i czas na udaną transformację ustrojową. Ale Magdalenka zrodziła też teorię spiskową o narodowej zdradzie. Urosły i pasą się na niej do dziś co najmniej dwie generacje polityków, w tym ci, którzy są dzisiaj u władzy.
Ponieważ drugą cechą, która normalną politykę w Polsce uniemożliwia, jest to, że każdy polski polityk ma się za charyzmatyka, czyli - według tradycyjnego podziału Maxa Webera na polityków administracyjnych i charyzmatycznych - kogoś, kto jest obdarzony niezwykłymi umiejętnościami i powołaniem. W związku z tym nie musi się przed nikim rozliczać. No, co najwyżej przed Bogiem i historią. Ale już przed wyborcami i sądem - nie. Polityków, którzy myślą o swojej działalności jako o pracy i służbie społeczeństwu w myśl uczciwości, praworządności, przejrzystości, sumienności i odpowiedzialności jest bardzo niewielu. To najczęściej kobiety i niestety nasz los nie jest w ich rękach.
Co gorsza, zdawać by się mogło, że katolicyzm naszych polityków, tak powszechnie i namolnie manifestowany, doprowadzi ich - w przypadku konfliktów - do rozwiązań pokojowych, skutecznych i czyniących zadość standardom moralnym. Katolicyzm to w końcu religia nadziei, miłości, pojednania i wybaczania. Ale nie. Jest raczej przeciwnie.
Teatr władzy i buntujących się obywateli nie może trwać wiecznie
Władzę dzierżą dziś podejrzliwi politycy pewni swojej charyzmy. W dodatku nie muszą się przed nikim rozliczać. Liderzy opozycji z kolei muszą zarabiać (Kijowski), podróżować (Petru) czy odpoczywać. Opozycja broni i słusznych spraw, i własnych interesów, ale czuje się nie dość charyzmatyczna. I chyba - słusznie - liczy na widzialność, a nie na sukces. Metody opozycji - protest, strajk, nagłośnienie nieprawości panującej partii, kontakt z ludem (pod Sejmem) - są moim zdaniem: skuteczne - czynią atmosferę w kraju napiętą i dają też poczucie, że nie jesteśmy i nie możemy być obojętni, i właściwe - pełnią ważną rolę jako lustro dla szaleństw i autorytaryzmu partii rządzącej.
Ale to nie wystarczy. Gest Antygony, która mówi "nie" władzy, jest czasem ważniejszy, ale ten teatr władzy i buntujących się obywateli nie może trwać wiecznie. Czy pojednanie między partią rządzącą i opozycją jest możliwe? W moim przekonaniu - nie. Trzeba obrać inną taktykę.
Opozycja musi ukrócić narcyzm liderów. I stworzyć wspólną narrację przeciw władzy
Kaczyński związał wszystkich swoją narracją, swoimi celami - na tym polega jego siła. Trzeba więc stworzyć własną narrację. Własne programy. Trzeba szukać sojuszników w środowiskach ważnych dla demokracji (dziennikarze, sędziowie, nauczyciele). Dlaczego? Dlatego, że PiS nie jest partią, tylko Kościołem, zbudowanym nie według reguł Jezusa, ale ojca Rydzyka: liczy się tylko panowanie, żadnych ustępstw, żadnych negocjacji, jeśli już, to tylko dla zmylenia i osłabienia przeciwnika. PiS, tak jak Kościół, stworzył własny hegemoniczny język. Wszyscy mają się do partii rządzącej modlić, a nie rozmawiać z nią. W tej sytuacji porozumienie nie jest możliwe. Jak można rozmawiać, nie mając własnego języka? Czy z Kościołem się negocjuje?
Aby tworzyć własną narrację, opozycja musi się zjednoczyć. Tu negocjacje i kompromis są możliwe. I konieczne! To nie rozbieżność poglądów jest problemem, lecz narcyzm przywódców. Wspólny program i język jest możliwy. Wątpliwości można dzielić, różnice minimalizować. Narcyzm - w tym wypadku Petru, Schetyny, Kijowskiego, Czarzastego - jest natomiast niepodzielny i zminimalizować się - jak dotąd - nie daje.
"Przywództwo rozproszone"
Oczywiście nie mam prostej rady w rodzaju: niech panowie podzielą się władzą, a panie wezmą partie w swoje ręce, ponieważ są pracowite, kompetentne, rozsądne, troszczą się o dobro wspólne i własne dobre imię - jak dobrzy politycy według Webera. Kilka osób z PO, z PSL, z Nowoczesnej mogłoby jednak zaproponować tak zwane "przywództwo rozproszone" - bez wyraźnych liderów, od których wszystko zależy. Wtedy można byłoby zbudować w miarę spójny program opozycji. A zwłaszcza do mówienia własnym językiem, niejako obok dzisiejszego hegemona i niezależnie od niego. To się może oczywiście nie udać, ale ma większe szanse powodzenia niż negocjacje z PiS.
Oto więc mój przepis na polityczny cud: silna, zjednoczona opozycja z "rozproszonym przywództwem", z partyjnymi władzami wyzwolonymi z patriarchatu. Opozycja, która konsoliduje wokół siebie ważne w budowie demokratycznego oporu środowiska i punktuje PiS, a zwłaszcza koszty reform. To tyle na najbliższe dwa miesiące. Cuda zresztą nie trwają dłużej.
Magdalena Środa. Etyk, filozof, publicystka, feministka, doktor habilitowana nauk humanistycznych, profesor nadzwyczajna Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią idei etycznych, etyką stosowaną, filozofią polityczną i feministyczną oraz problematyką kobiecą. Była Pełnomocniczką Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn. Jest członkinią Rady Programowej Kongresu Kobiet i organizatorką I, II i III Kongresu.
Na Wasze listy czekamy pod adresem listydoredakcji@gazeta.pl. Redakcja zastrzega sobie prawo do niepublikowania wszystkich listów.
