Od redakcji: Materiał ukazał się po raz pierwszy 13.12.2016 r. Przypominamy go w 36. rocznicę stanu wojennego.
Budzik zadzwonił o 6.00 rano.
Jak zwykle. Prysznic, kanapki dla żony i dzieciaków - do pudełek. Odfajkowane. Kot donośnym miauczeniem doprasza się o jedzenie. - Proszę, futrzaku - podaję mu michę jak jakiś robot. Dobra, co na siebie włożyć? Za oknem szklana pogoda, a dziś wieczorem jeszcze wizyta u rodziców. Smartfon, aplikacja pogodowa. No, do cholery, co jest z tym internetem?
Zbiegam cztery piętra na dół do sklepu po mleko. Na parkingu przed domem policyjna "suka". Pewnie chłopaki po kawę do sieciówki na parterze przyjechali. Macham sąsiadowi z psem. Sąsiad odmachuje i pyta, czy mi też zepsuł się internet. Jak to "też"? Nagle na parking podjeżdża drugi, a potem trzeci radiowóz. Święto Policji wczoraj było i kaca wszyscy mają czy co? Z oddali słychać syreny. Karetka albo straż.
Kiwam przyjaźnie głową gliniarzom stojącym obok "suki", ale nie odwzajemniają pozdrowienia. Sztywni jacyś, pały przy paskach, w dłoniach półautomaty. I dziwnie się gapią.
Robi mi się nieswojo. Niby nic się nie dzieje, a jednak coś jest nie tak. A poza tym zimno jak cholera. A sklep zamknięty. No ku**a! Nici z kawy i kakao dla dzieciaków. Wracam na górę, nie patrzę już na gliniarzy. Z pokoju wyłażą dzieci: - Tata, gra mi nie działa .
- No tak, bo potrzebuje internetu, synku, a internetu nie ma. Czyli to nie tylko mój telefon. Co jest z tą siecią? Niby domowy przekaźnik działa, ale nic się nie ładuje. Odpalam laptopa. Klik. Nic. Awaria? No to pogadamy sobie z chłopakami z infolinii. 0-800... biiiiiiiiip. Cisza.
Internet nie ma centrali. To sieć niezależnych, połączonych ze sobą punktów wymiany ruchu. W Polsce funkcjonuje kilku niezależnych dostawców sieci, z których łącz korzystają firmy i osoby prywatne. Ci operatorzy umożliwiają nam "wyjście" na świat. Zakładając, że komuś udałoby się przekonać każdego z nich do całkowitego zaprzestania świadczenia usług, obywatele wciąż mieliby kilka sposobów na uzyskanie niefiltrowanego, swobodnego, choć nie tak taniego dostępu do internetu, np. telefony satelitarne
- Piotr Konieczny, szef zespołu bezpieczeństwa niebezpiecznik.pl .
Jeszcze tego brakowało, żeby cholerny smartfon się zepsuł. Dobra, nie ma czasu. Pakuję dzieciaki do szkoły. - Czeeeeść! - słyszę z sypialni. - Halo! - odkrzykuję. Po chwili z kuchni dobiega łoskot ekspresu do kawy i szum włączanego telewizora. I nagle głos żony, która prosi, żebym tam szybko przyszedł, bo to chyba jakiś żart. Idę, patrzę w ekran, i nagle wszystko zaczyna być jasne, wszystko układa się w logiczną całość, a moje dłonie ściskają się w pięści, bo Ważny Polityk w szarym garniturze mówi szarym głosem z szarego ekranu słowa, które sprawiają, że mam ochotę wrzeszczeć, kląć, bić pięścią w ścianę i płakać...
Nagle słychać łomot. Ktoś wali pięściami do drzwi.
***
- Miał gościu szczęście, że nie wylazł z klatki schodowej - szef patrolu, potężny, przypakowany 45-latek, splunął pod koła policyjnego vana. - Byłby pierwszy dzisiaj. Zaszczytna luksusowa loża w zimnym aucie czekała.
Janek na wszelki wypadek nic mu nie odpowiedział. Młody posterunkowy dygotał z zimna i bezskutecznie starał się ogrzać. Odkąd kilka dni temu o 2.00 w nocy wyrwał go ze snu telefon: "to nie są ćwiczenia, za godzinę na komendzie", usiłował zrozumieć, co się dzieje.
Ale szeregowym funkcjonariuszom Oddziałów Prewencji Policji przełożeni niewiele wyjaśnili na odprawie. Zanim zaczęli mówić cokolwiek, zabrali wszystkim komórki. Każdy dowiedział się, że przez najbliższe tygodnie raczej nie wróci do domu. Domem będą policyjne koszary. Jeżeli ktoś miał urlop - no to już go nie miał. Do odwołania. Posterunkowi tacy jak Janek nie mogli nawet dać znać rodzinom, gdzie trafią i co będą robić.
A jakby tego było mało, z magazynów wydano wszystkim policjantom długą broń, jak na jakąś obławę. Janek nie wiedział, po co mu ta broń w spokojnej dzielnicy miasta. Ani żaden mecz się nie szykował, ani strajk czy inny protest.
A teraz była 6.10 rano, a on dygotał z zimna w policyjnym wozie, słuchając z przerażeniem tego, co mówił Ważny Polityk przez policyjne radio. Nagle dowódca przycisnął rękę do słuchawki w prawym uchu i powiedział: Potwierdzam. Obiekt jest w mieszkaniu. Wchodzimy. Czwarte piętro.
Stan wojenny? Dziś? Abstrakcja. Policja jest obecnie mniej "wojskową" formacją niż dawna Milicja Obywatelska. Ale gdyby wszedł w życie w 2021 roku, to zmobilizowano by całą polską policję. Wszystkie urlopy - odwołane. Funkcjonariusze skoszarowani w szkołach policyjnych. Godzina policyjna. Z magazynów wydaliby sprzęt i broń długą - jeśli dla wszystkich by starczyło. W newralgicznych miejscach byłyby policyjne patrole, a ich zadaniami byłyby ochrona infrastruktury krytycznej (lotniska, dworce, szpitale, elektrownie) i zapobieganie panice wśród obywateli
- insp. Mariusz Sokołowski, b. rzecznik Komendy Głównej Policji.
Pan Wiesław zdziwił się, gdy w osiedlowym mini-markecie o 6.15 rano zobaczył kolejkę. 85-letni emerytowany inżynier kupował tu niemal co drugi dzień o tej samej porze i zawsze był jednym z niewielu klientów. A dziś kolejka do samego wejścia.
Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył, jak ludzie rozchwytują ostatnie paczki mąki, cukru, sera i herbaty. Zdezorientowany, zatrzymał się pośrodku sklepu. - Panie Wiesiu, pan nie czeka, pan bierze, póki cokolwiek jest - zawołał mu do ucha sąsiad, pchając wózek wyładowany chlebem i papierem toaletowym.
- Ale co się stało? - spytał go zdumiony.
- Telewizji pan nie oglądał? Nic pan nie wie?!
Pan Wiesław nie wiedział. To, co usłyszał, przypomniało mu pewien mroźny poranek wiele lat temu, gdy przyszli po jego syna. A potem w sklepach zabrakło wszystkiego.
Całkowita blokada granic kraju i odcięcie dostaw produktów importowanych są niezwykle trudne do wyobrażenia w obecnych warunkach funkcjonowania polskiej gospodarki i jej powiązań z krajami europejskimi.
- Rządowe Centrum Bezpieczeństwa.
Od 2003 roku mamy nadwyżkę handlu zagranicznego produktami spożywczymi. Z kraju niedoboru staliśmy się pod tym względem piątym krajem w Europie. Eksportujemy 70 proc. ponad to, co spożywamy. W obecnej rzeczywistości społeczno-gospodarczej nie przewiduję braków w dostawach żywności w polskich sklepach przez nawet nie miesiące, ale lata. Natomiast na pewno wprowadzenie stanu wojennego wywarłoby trudny do przewidzenia wpływ na ceny produktów
- prof. dr hab. Andrzej Kowalski, Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.
"Ostatnie wezwanie dla pasażerów lotu do Monachium".
Agnieszka zerknęła niecierpliwie na zegarek. Była 5.35 rano. Kiedy podadzą ten cholerny Londyn? Już pół godziny temu powinni ogłosić, do której bramki ma się udać.
Strasznie nie chciało się jej lecieć. Dwa dni firmowych spotkań? Wróci z kaprawymi z niewyspania oczami. Dobrze, że kotem i psem ma się kto zająć. Ale wcale nie chciała kolejnych dwóch dni rozłąki z nimi. I na pewno nie chciała być dziś na lotnisku.
Wokół przewalał się tłum z bagażami. "Wielka ucieczka" - pomyślała Agnieszka. Od wielu tygodni wyglądało to tak samo. Sytuacja gospodarcza była tak "wspaniała", że ludzie znów ruszyli za granicę. Ci, którzy znali niemiecki - wyjeżdżali przez otwartą granicę Schengen mostami na Odrze. 12 lat po pierwszej fali emigracji telewizyjni eksperci już zaczęli mówić o drugiej. Do Irlandii, gdzie co drugi miał kogoś dobrze tam już zaaklimatyzowanego. Wiadomo, rodzina pomoże. Ale najwięcej do Wielkiej Brytanii, byle zdążyć przed Brexitem, a potem jakoś to będzie.
Przejście przez halę odlotów międzynarodowych graniczyło z cudem. Od tygodnia wpuszczano już tylko tych z biletami - na wejściach ustawione były dodatkowe bramki. Pożegnania odbywały się na płycie parkingu, w deszczu, śniegu i wietrze. - Szybko, szybko! - ponaglali pracownicy lotniska. Do wczoraj. Dziś bramek pilnowali najprawdziwsi żołnierze. W ciszy.
Ta cisza, skontrastowana z rozgardiaszem wewnątrz, nie chciała wyjść Agnieszce z głowy. Coś było nie tak. A do tego ci lotniskowi antyterroryści. Zwykle niewidoczni. Dziś widziała ich wszędzie. Także na pustej płycie lotniska, na którą patrzyła przez szybę.
Na pustej płycie lotniska.
Nagle dotarło do niej, że od kilkunastu minut gapi się wprost na pas startowy i jeszcze nic z niego nie odleciało ani na nim nie wylądowało. Stąd ta cisza na zewnątrz - normalnie huk odrzutowych silników niósł się po okolicy lotniska. Dziś - nie.
Dziesięć minut później na tablicy odlotów coś zaświeciło na czerwono. Agnieszka podniosła głowę znad smartfona, w którym właśnie padł internet i żadne zaklęcia ani hasła nie chciały go przywrócić. Rozszerzonymi ze zdumienia oczami przyglądała się liście lotów. Londyn. Monachium. Oslo. Sankt Petersburg. Bruksela. Madryt.
Odwołany. Odwołany. Odwołany. Odwołany. Odwołany. Odwołany.
Wojskowy transportowiec CASA wylądował na zaśnieżonym pasie startowym. Pilot sklął obsługę za ten śnieg. Dłuższą chwilę kołował. Za nim przyziemiła kolejna CASA. I kolejna. I kolejna. Wszystkie, niczym stado ważek, bucząc silnikami, podjechały do terminali pasażerskich. Przez otwarte włazy wysypali się żołnierze. Setki żołnierzy. W ciągu kilku minut otoczyli stojące na płycie lotniska samoloty, zablokowali wyjścia. W tym samym czasie lotniskowi antyterroryści wykonali rozkaz - zablokowali korytarze prowadzące do rękawów i wyjść na płytę.
Minęła 6.00. Ekrany na lotnisku pokazały twarz Ważnego Polityka. Agnieszka nagle przypomniała sobie pewną opowieść matki.
Ośnieżone samoloty na płycie lotniska, nie mniej ośnieżonej, pilnowane przez uzbrojonych żołnierzy w kożuchach. I rzecz niewyobrażalna na lotnisku - cisza. Nic nie startowało, nic nie lądowało. Nikt pasów startowych nie odśnieżał. Nie było ludzi. Takie dziwne zawieszenie.
Kiedy zdała sobie sprawę, że nie poleci do Londynu ani dziś, ani jeszcze długo, i że nie wie, kiedy będzie mogła dać znać Pawłowi, co się dzieje, zaczęła płakać.
Paweł ocknął się nagle i w bladym świetle lampki zobaczył, że siedzi przy zawalonym papierami biurku, a zegarek wskazuje 7:45 rano. Przypomniał sobie ślęczenie nad papierami do późnej nocy i zrozumiał, że po prostu spędził noc w swoim gabinecie w budynku londyńskiej giełdy. Za 15 minut zaczynie się tu kolejny pracowity dzień.
Na ekranach rozbłysły liczby. Zamarł.
Wszystko, co z Polski, było na minusie. Ogromnym minusie. I spadało. Kilka szybkich telefonów i po chwili już wiedział. Wiedział, że będzie katastrofa. Wiedział, że jeśli Europa zareaguje tak, jak wtedy, to polski rynek walutowy właśnie przestaje istnieć. Przecież 80 proc. obrotów na tym rynku to zagranica! A teraz nie można handlować złotym, stał się niewymienialny. Wiedział, że kraj właśnie przestał być wiarygodnym pożyczkobiorcą. - A tylko w tym roku musieliśmy pożyczyć prawie 200 mld zł, nie tylko na dziurę w budżecie - mówili mu koledzy bankierzy, gdy bawił w rodzinnym mieście. Do tego finansowanie firm na eurorynku. "Jak to może wyglądać?" - zastanawiał się gorączkowo. Z gorzką rezygnacją przypomniał sobie Rosję. Gdy wprowadzano sankcje gospodarcze, ludzie mówili: "co to za sankcje". A tu okazało się, że jednym z kluczowych elementów tych sankcji było odcięcie rosyjskich spółek od finansowania na rynkach światowych. To spowodowało bardzo poważne problemy.
A teraz te problemy staną się częścią życia jego rodziny. I Agnieszki. Wyliczał w głowie: czarny rynek złotego, giełda leży, ale przede wszystkim leży wzrost gospodarczy. Jeżeli dzisiaj 45 proc. polskiego PKB to jest eksport, i ten eksport ma problem, to przy takim udziale w PKB będzie po prostu gospodarcza katastrofa, załamanie wzrostu dochodu na mieszkańca i kłopoty z kupnem surowców. Pensje już tracą na wartości. I nie tylko one. Nieruchomości. Mieszkania. Działki. Majątek każdego Polaka. I bankomaty już pewnie też zablokowali.
Jeśli szacowaliśmy, że wyjście Greków z UE oznaczałoby ich zubożenie o co najmniej 60 - 70 procent, to spokojnie na tyle możemy szacować spadek wartości majątku przeciętnego Polaka, gdyby wprowadzono stan wojenny. Właściwie gospodarczo cofnęlibyśmy się do 1981 roku
- Marek Zuber, ekonomista, analityk rynków finansowych.
"Co ci Polacy wymyślili?"- pomyślał Günther Lutz. Zdumiony patrzył, jak na graniczny most na Odrze zajeżdżają pędem polskie wojskowe ciężarówki. Wysypali się z nich żołnierze i natychmiast zablokowali nitkę autostrady A2 prowadzącej do Berlina. Dygocąc z zimna, rozpalili koksowniki i rozpoczęli pracę. Ruch musiał być od dłuższego czasu zablokowany gdzieś w głębi kraju, bo bez problemów ustawili zasieki z drutu kolczastego i zaimprowizowany posterunek graniczny. Gorzej było na nitce prowadzącej z Niemiec do Polski. Tam na początku utworzył się korek.
A potem samochody na polskich blachach zaczęły zawracać. Po prostu zawracać na autostradzie. Ludzie z narażeniem życia pędzili jak najdalej od zablokowanej granicy, tak, jakby miała ich pochwycić, zassać, wciągnąć i zatrzymać samą swoją obecnością. Lutz wiedział, dlaczego. Doświadczony niemiecki pogranicznik przez lata służył na tej granicy, gdy jeszcze fizycznie istniała. Teraz ze swojego punktu obserwacyjnego po drugiej stronie Odry, mógł tylko zameldować przełożonym, że informacje od kilku miesięcy przesyłane przez wywiad Bundesnachrichtendienst, przez które oderwali ich od spokojnej służby za biurkiem i wysłali na patrole nad Odrą, zaczynają się potwierdzać.
Co gorsza, Günther Lutz zdawał sobie sprawę, że spektakl, który rozegrał się przed jego oczami, powtórzył się tej nocy na wszystkich granicach sąsiedniego państwa.
Straż Graniczna w rozmowie z nami podkreśla, że zgodnie z obowiązującym prawem wprowadzenie stanu wojennego odbywa się na wniosek Rady Ministrów. Wniosek rozpatruje prezydent RP. Ma dwie opcje: wydać rozporządzenie o wprowadzeniu stanu wojennego albo odmówić. I to właśnie prezydenckie rozporządzenie byłoby kluczowe, bo to właśnie ono każdorazowo określa, czy ruch przez przejścia graniczne zostałby w danym przypadku ograniczony lub zamknięty. Także w tym rozporządzeniu ustalone zostałyby zasady dotyczące paszportów i innych dokumentów uprawniających Polaków do przekraczania granicy. A co, jeśli zaistniałaby potrzeba wprowadzenia ponownie kontroli na zachodniej i południowej granicy RP? Rzeczniczka SG ppor. Agnieszka Golias podkreśla, że Polska już trzykrotnie - z powodzeniem - tymczasowo przywracała kontrolę na granicy wewnętrznej. Ponadto, na granicy południowej odtworzone zostały struktury zlikwidowane w poprzednich latach, tj. 16 maja 2016 roku rozpoczął funkcjonowanie Karpacki Oddział Straży Granicznej, wcześniej zniesiony z dniem 31 grudnia 2013.
***
Ważny Polityk obudził się wcześnie. Była 4.00 w nocy. Był dziwnie spokojny. Jeżeli nikt nie zaalarmował go wcześniej, to znaczy, że wszystko szło zgodnie z planem.
Plan zakładał, że o północy siły liczące około 90 tysięcy żołnierzy, 70 tysięcy policjantów, 1000 czołgów, drugie tyle wozów opancerzonych, wszystkie dostępne śmigłowce i kilka tysięcy samochodów cywilnych i wojskowych opanują lokalizacje infrastruktury krytycznej w całym kraju. W zbrojne ramiona państwa miały trafić instalacje kluczowe dla zaopatrzenia w energię, surowce i paliwa, centra łączności, sieci teleinformatyczne, systemy finansowe i systemy zaopatrzenia w żywność i wodę, placówki ochrony zdrowia, systemy transportowe i ratownicze i wszystko, co zapewniało ciągłość działania administracji. No i oczywiście infrastruktura i budynki służące do produkcji i przechowywania wszelkich substancji chemicznych. Również o północy szlag miał trafić internet i telefonię komórkową. Portale, które publikowały tyle niewygodnych informacji na temat rządu, będą bezbronne. Straż Graniczna i wojsko miały zapobiec masowym ucieczkom. I nie wątpił, że wypełnią skutecznie swoje zadanie. Pozostawał ostatni cel - telewizja. Gdy otrzymał meldunek z centrali państwowej TV, wiedział, że operacja się udała.
Ważny Polityk uśmiechnął się. Plan musiał zadziałać. Był szlifowany od wielu miesięcy w sztabach wojska i policji, w najwyższych gremiach partyjnych i rządowych. Dziś przyszedł czas decyzji. A właściwie jej wykonania, bo decyzja została podjęta dwa miesiące temu i od tego czasu prowadzono gorączkowe przygotowania. Listy tych, którzy mieli się o niej dowiedzieć jako pierwsi - od wojska lub policji - pęczniały. Wojskowych i policjantów starannie weryfikowano przed przekazaniem kluczowych informacji. Jak dotąd nikt się nie wyłamał. Nic nie przeciekło do prasy, telewizji, internetu. Opracowane przez Amerykanów programy, które ujawnił Snowden, rzeczywiście działały bezbłędnie. A te, których nie ujawnił, działały jeszcze lepiej.
Wstał, wziął prysznic i starannie się ubrał. Garnitur leżał jak ulał. Dopasowana koszula, krawat i drogie spinki do mankietów dopełniły całości. Nienawidził występować na żywo w telewizji, ale jak już występował, musiał to zrobić dobrze. Wyszedł z rządowej willi na dwór, odetchnął porannym powietrzem warszawskiego Mokotowa. Samochód już czekał. W kilka minut dotarł do telewizji. Zerknął na telefon. 5.45. Jego smartfon działał. Jako jeden z nielicznych w kraju. Wyrwana w trybie pilnym ze snu wizażystka pospiesznie zrobiła makijaż. Punktualnie o 5.57 wszedł do studia. Gdy na zegarku wyświetliła się 6.00, podniósł głowę. Jeżeli ktoś w Polsce miał w tej chwili w domu włączony telewizor, zobaczy na nim jego twarz. Skierował wzrok do kamery i spokojnie powiedział:
"Ogłaszam stan wojenny na obszarze całego kraju".
Od redakcji: Powyższy tekst to oczywiście political fiction . W 35. rocznicę wprowadzenia przez komunistów stanu wojennego postanowiliśmy sprawdzić, jakie mogłyby być skutki wprowadzenia go dzisiaj - w kompletnie innej rzeczywistości politycznej, gospodarczej i społecznej. W tym celu opisaliśmy kilka hipotetycznych wydarzeń, jakie mogłyby stać się udziałem Polaków - młodych i starych, zwykłych cywili i funkcjonariuszy państwa. Zasięgnęliśmy też opinii ekspertów - wojskowych, policjantów, ekonomistów, informatyków, specjalistów z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, Instytutu Ekonomii i Gospodarki Żywnościowej oraz Straży Granicznej. I to, do czego doszliśmy, bardzo nas ucieszyło.
Wszyscy nasi rozmówcy podkreślali bowiem zgodnie, że
wprowadzenie dzisiaj takich ograniczeń i przeprowadzenie takich operacji siłowych oraz odcięcie państwa od krwiobiegu światowej polityki i gospodarki w taki sposób, jak 35 lat temu, byłoby niezwykle trudne, jeżeli nie niemożliwe
. Polska wrosła niezwykle mocno w międzynarodowe struktury i władza, która zdecydowałaby się na tak desperacki krok, borykałaby się z gigantycznymi problemami. Zaczynając choćby od tego, że w myśl obowiązującego w Polsce prawa jej działania byłyby nielegalne, co wyraża art. 229 Konstytucji.
W razie zewnętrznego zagrożenia państwa, zbrojnej napaści na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub gdy z umowy międzynarodowej wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji, Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów może wprowadzić stan wojenny na części albo na całym terytorium państwa
Co więcej, niemożliwe byłoby przeprowadzenie operacji policyjno-wojskowej na taką skalę. Zabezpieczenie granic byłoby arcytrudną operacją. Po pierwsze armia, która w 1989 roku liczyła 347 tys. żołnierzy, obecnie liczy ich około 100 tys. W 1989 r. mieliśmy prawie 2500 czołgów, obecnie mniej niż 700. Mniejsza jest też marynarka wojenna i lotnictwo. Wojsku po prostu mogłoby zabraknąć ludzi i sprzętu. Po drugie - nie ma armii z poboru. A ci, którzy pracują w armii, to zawodowi żołnierze. Nie byłoby tak łatwo wysłać ich do kontrolowania własnego społeczeństwa. Wtedy, w 1981 roku, nikt z młodych poborowych nie pomyślał, jak widać, o buncie.
Po trzecie, obecne siły zbrojne i formacje wojskowo-policyjne naszego państwa są nie tylko mniej liczne niż w 1981 r., ale również od lat szkolone do innych celów. Mamy doświadczonych żołnierzy po misjach za granicą, wyspecjalizowanych w wojnie na pustyni i w tropikach. Mamy 20 000 żołnierzy Narodowych Sił Rezerwowych, mamy znakomite jednostki specjalne (m.in. GROM). Liczebność polskiej policji to dziś około 100 tysięcy ludzi, ale nie ma już tego, co stanowiło o skuteczności operacji wprowadzenia stanu wojennego: ZOMO. W końcu lat 80. oddziały Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej liczyły blisko 13 tys. funkcjonariuszy.
- Nie mam najnowszych danych, ale wcale nie jest pewne, czy dziś udałoby się wyposażyć całą policję w długą broń. Wydaje mi się, że nie. Nie ma dziś okrytych złą sławą transporterów SKOT. Dawna Milicja Obywatelska była formacją pod wieloma względami bliższą wojsku niż policji. Obecna policja jest zresztą szkolona do zupełnie innych zadań - kwituje Mariusz Sokołowski, b. rzecznik KGP. - Wprowadzenie stanu wojennego w ten sam sposób, co 35 lat temu, byłoby nieprawdopodobnie trudne.
Sprawdź też słynny reportaż "Noc generała" na temat wprowadzenia w Polsce stanu wojennego >>
Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze .