Początek Voo Voo to...*
-
Bardzo łatwo zlokalizować ten moment. A właściwie płytę. Nagrał ją w 1985 roku zespół efemeryda z własnym składem w nazwie: Waglewski, Morawski, Nowicki, Hołdys. Nosiła tytuł "Świnie". Wojtek Morawski nazwał to rockowym kabaretem. Poniekąd słusznie. (...)
Problemem było to, że tworzyły go cztery osobowości, które nie do końca były przekonane, że wiedzą, w którą stronę idą. Hołdys chciał wymyślić coś, czego nikt jeszcze na świecie nie wymyślił, i ja mu w tym sekundowałem troszkę. Z Karakułem, czyli Andrzejem Nowickim, udawało się dogadać. Ale Morawiec - Wojciech Morawski, nasz perkusista - jest typem człowieka, który najpierw musi wszystko przemyśleć, potem dopiero zagra.
Powolutku zgrywaliśmy się, to dawało nawet dobre rezultaty, ale jednocześnie każdy z nas zaczął ciągnąć w swoją stronę. Tym bardziej że mieliśmy też inny stosunek do grania. Ja miałem na przykład zawsze nabożnie entuzjastyczne podejście do koncertów, bardzo emocjonalne. Do tej pory nie jestem w stanie analizować po występie, jak poszło. Dopiero po jakimś czasie pojawiają mi się w głowie jakieś uwagi, co tu zmienić, co poprawić. Ale wtedy grałem z ludźmi, którzy już zjedli zęby na rockowej robocie. Więc oni od razu komentowali, jak poszło, wyrażali swoje to i śmo. Bez patyczkowania się. I to mnie paraliżowało. Widziałem, że jestem z troszkę innego świata i nie uda mi się tak bezboleśnie wkleić w to wszystko. Ale podstawowy problem nazywał się The Police.
Jak to?
- Zbyszek Hołdys zapatrzył się na Stinga i kolegów. Zdaje się, był wtedy w Stanach, kiedy oni zagrali za darmo w słynnym nowojorskim klubie CBGB i - jak twierdził Zbyszek - po prostu wszystkich wbili w ziemię. Tak się zaczęła ich kariera. Nie wiem, na ile to prawdziwa historia, ale Hołdys też tak chciał. Wielki skok. A ja po podróżach z Osjanem po zachodniej Europie miałem tam wielu przyjaciół, znajomych i wejścia w różnych klubach. Więc wolałem po prostu grać, a nie tylko szykować się na podbój świata. Powątpiewałem, mówiąc delikatnie, że to się może udać.
(...) Był taki fajny Szwajcar Johanes Bader, który bardzo zakochał się w Polsce i polskiej muzyce. Bardzo chciał ściągnąć Republikę, pchnąć ją na Zachód. Ale akurat Grześka Ciechowskiego wzięli do wojska. Tymczasem Bader już kupę kasy w Republikę zainwestował, trasa była przygotowana... No i takie historie, które były od nas niezależne, ale kompletnie nas ubezwłasnowolniały.
Z Voo Voo i tak mieliśmy szczęście, udało się jednak parę razy wyjechać, bo szufladkowano nas jako zespół raczej jazzujący. Chyba dlatego, że byliśmy zespołem improwizującym. Pomagało też to, że w Holandii czy w Berlinie przy pomocy Mateusza i jego wymyślonego języka robiliśmy z ludźmi to, co chcieliśmy. Przyjmowano nas naprawdę dobrze. Ale polski zespół rockowy? Nie było szans.
U nas zadęcie było na porządku dziennym, dorabiano do wyjazdów polskich kapel na Zachód opowieści, że one tam zwojowały nie wiadomo co. Do tej pory się dorabia opowiastki o jakichś niesamowitych sukcesach naszych artystów za granicą.
- To jakaś totalna bzdura, wynik kompleksów. Wciąż musimy sobie udowadniać, nawet za cenę ściemy, że Polak "umi", Polak potrafi. A festiwale na Zachodzie to nie konkursy piękności, nie zawody sportowe. Tam ludzie po prostu przychodzą słuchać muzyki. Jak coś się im spodoba, kupują płyty, jak nie, wychodzą z koncertu i nie kupują nic. A u nas? Nie znam drugiego takiego kraju jak Polska, gdzie jest koncert na 20 tys. ludzi i stoi pięć osób, pokazuje fucka i wrzeszczy: "Wyp***dalaj!". I są w stanie spacyfikować całą imprezę.
Nigdzie się też nie spotykałem z taką ilością agresji na koncertach. Akurat Voo Voo to mniej dotykało, ale czasami się zdarza. Wydaje mi się, że to jest wynik takiej naszej już słynnej niewiary w siebie, a co za tym idzie - wzajemnej niechęci. Wciąż wydaje się nam, że jesteśmy punkami. Bardziej punkowymi punkami niż sami punkowcy. To znów w gruncie rzeczy jest dosyć Kafkowskie. Chyba jeszcze długo będziemy się z tej przypadłości leczyć. A tymczasem artystów mamy wspaniałych, język cudnej urody.
Na przykład w Holandii prosił nas menago, żebyśmy śpiewali po polsku. To mnie zaskoczyło, bo ja tę angielszczyznę troszkę jednak znam, ale od znania angielskiego do śpiewania jest daleka droga. A jeszcze tłumaczenie tych tekstów zwykle słabe... Ale jemu nie o to chodziło, tylko że polszczyzna tak fantastycznie brzmi, że fajnie się jej słucha.
Kiedyś w Grecji, jeszcze z Osjanem, rozmawialiśmy z tamtejszymi muzykami, ale coś nas odciągnęło i rozgadaliśmy się troszkę po polsku. Złapaliśmy się na tym, ale Grecy prosili nas, żebyśmy kontynuowali, bo im pięknie brzmiał ten język. (...)
Ale to, że śpiewam po polsku, głównie wynika z tego, że pochodzę z Nowego Sącza.
I?
- I jakbym coś tam zaczął po angielsku gadać czy śpiewać, to już bym nie żył.
Pamiętam, jak widziałem na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu pewien zespół w którymś momencie pokrzykujący do publiczności "Clap your hand!". Dość, mówiąc delikatnie, groteskowe.
Żyjemy w kraju, w którym angielski nie jest jeszcze elementem naszej kultury, ze wszystkich obcych on jest nadal jeszcze najbardziej obcy, więc namawiam wszystkie zaprzyjaźnione zespoły, żeby choć jeden utwór na płytach zamieściły w języku polskim. Bo nawet po dobrych recenzjach i poklepywaniu po plecach za rok wylądują w najlepszym wypadku, pracując w jakiejś korporacji. Przecież bodaj poza jedną piosenką zespołu Wilki nie ma w kulturze polskiej żadnego anglojęzycznego przeboju. Więc właściwie nad czym się rozwodzić? A taka argumentacja, że musimy po angielsku, bo bez tego nie zrobimy kariery na Zachodzie... Nie zrobią. A poza tym, jeśli ktoś język traktuje poważnie, chce, by jego tekst był czymś więcej niż tylko zdawkowym dodatkiem do muzyki, to nawet znając nieźle angielski, nie jest w stanie wniknąć w ten język równie głęboko, jak w polski. Nie dotrze do tych idiomów, regionalizmów, które z topornego narzędzia komunikacji zmieniają język w fantastyczną przygodę. A poza tym polski jest po prostu piękny, bo jest inny.
(...) Mówiłeś, że na początku lat 90. ludzie kultury stracili grunt pod nogami. Wy też?
- 1989 rok to z jednej strony był jeden z najwspanialszych momentów, jakie w życiu przeżyłem, ale jednocześnie rok, w którym się wszystko popsuło. Nagle wszyscy zrobiliśmy się tacy "międzyświatowi", że kompletnie zgasło zainteresowanie rodzimym rynkiem muzycznym. Ludzie wypożyczali na maksa filmy wideo, w osiedlowych kablówkach pojawiło się MTV, a na rozkładanych łóżkach pirackie kasety wśród kolorowych ciuszków.
I nagle ta polska muzyka zaczęła kucać. Koncertów było coraz mniej, a my mieliśmy olbrzymie kłopoty z menedżerami. Na przykład mieliśmy przemiłą menedżerkę, która organizowała nam jakieś cztery koncerty w roku, a potem przyznawała się nam, że ona w ogóle nie lubi jeździć. Więc myśmy tak siedzieli, i niby było fajnie, ale utrzymać rodziny się z tego nie dało. Całe szczęście coraz lepiej zaczęło się powodzić kompozytorom. No bo powstała masa prywatnych radiostacji, w związku z tym gdzieś w połowie lat 90. ZAiKS zaczął wypłacać pieniądze, które dawały szansę na w miarę spokojny byt. Jeszcze może nie na bogato, ale na spokojnie.
Natomiast muzykantom, którzy żyli tylko z grania, wciąż powodziło się słabo. To całe szczęście nie odbiło się szczególnie na naszych relacjach w zespole, nie było większych konfliktów między nami. No ale z kasą naprawdę było krucho. W związku z tym każdy z nas brał wszystko, co podleci. Janek miał swój przemysł bławatny, Stopek grał w Armii, Moskwie, Izraelu. Mateo miał i Tie Break, i Maanam w międzyczasie. Nawet ja też z Osjanem gdzieś na boku grywałem.
Ale w 1994, rok po "Łobi jabi", wydaliście płytę "Zapłacono".
- Jak sama nazwa wskazuje, to była pierwsza nasza płyta, na której coś realnie zarobiliśmy, choć nie były to jakieś straszne pieniądze. Podpisaliśmy kontrakt z Warnerem i od razu dostaliśmy dość pokaźną zaliczkę - bo wtedy jeszcze dostawało się zaliczki. Ucieszyliśmy się, poczuliśmy wręcz komfortowo, bo w końcu nas doceniono.
W tym czasie pracowaliśmy już z Mirkiem Olszówką, on nas trochę postawił na nogi i wkręcił w swoje teatralne ekspedycje. Pojawiało się też coraz więcej ludzi na naszych koncertach, no a skoro zainwestowała w nas duża wytwórnia, oznaczało to, że coś znaczymy. Mieliśmy pieniądze na studio, na dość ekstrawagancki projekt okładki, na listek miłorzębu w środku drewnianego pudełka zaprojektowanego przez Koziarę i takie różne ekscesy. No i rzuciłem palenie, co też świadczy o pewnym spokoju wewnętrznym. W każdym razie to był moment, kiedy poczuliśmy, że jesteśmy już jakimś tam przedsiębiorstwem, że rzeczywiście tworzymy zespół.
Ale z drugiej strony wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, czym taka inwestycja w zespół jest i czym taki kontrakt może grozić. W każdym razie trzeba było te zaliczki jakoś spłacić, zwrócić dwiema kolejnymi płytami. I to już nie było takie wesołe. Na szczęście podpisaliśmy kontrakt tylko na trzy płyty. Drugą była "Rapatapa-to-ja", trzecią w tym tryptyku stanowi "Flota zjednoczonych sił. Najlepsi śpiewają Voo Voo", co, nieskromnie powiem, było makiawelistycznym mistrzostwem świata.
Żeby wypełnić kontrakt?
- Z jednej strony, żeby wypełnić kontrakt, a z drugiej strony to była płyta, która miała nam "załatwić" dobre recenzje. I rzeczywiście załatwiła, bo większość tak zwanych krytyków pisała, że jest świetna, bo nareszcie ktoś z głosem na niej śpiewa. Nosowska, Maleńczuk, Turnau, Steczkowska, Janerka, Staszewski, Soyka... Ale były i takie recenzje, że beznadziejny album, bo trzy razy bardziej wolą, kiedy na wokalu jest Waglewski, mimo że coś tam mruczy po swojemu, a nie śpiewa. (...)
A nie chodzi ci po głowie, żeby teraz, korzystając z dobrego momentu, zamknąć etap zwany Voo Voo?
- Nie, nie, nie. Czuję raczej, jakbyśmy otworzyli na nowo tę naszą opowieść. Teraz dopiero możemy zaczynać.
*Fragment książki "VOO VOO. Dzień dobry wieczór".
Książka ''VOO VOO. Dzień dobry wieczór'' jest dostępna w promocyjnej cenie w Publio.pl>> Spotkanie autorskie z zespołem VOO VOO odbędzie się w piątek, 16 grudnia, w warszawskiej kawiarni MiTo. W czasie spotkania można będzie kupić książkę "VOO VOO Dzień dobry wieczór" w promocyjnej cenie. Autografy oczywiście przewidziane.
Wojciech Waglewski. Wokalista, gitarzysta, kompozytor. Współpracował z takimi artystami jak Raz, Dwa, Trzy, Kazik, T.Love, Edyta Bartosiewicz czy Maria Peszek. Z VOO VOO, który powstał w 1985 r. wydał 25 albumów. Najnowszy to ''Placówka '44'' z 2015 r.
Piotr Metz . Dziennikarz radiowy i muzyczny, jeden z twórców i do 2001 roku dyrektor muzyczny RMF FM. Tworzył również muzyczny profil Radiostacji, Eski Kraków i kanału MTV Polska. Od 2006 do 2012 roku redaktor naczelny miesięcznika "Machina". W latach 2006-2009 był również dyrektorem muzycznym Sopot Festival. Jego kariera radiowca zaczęła się na początku lat 80., kiedy współpracował z radiową Jedynką. Jednak na dobre zainicjowały ją w 1982 roku audycje o The Beatles w radiowej Trójce. Powrócił do niej w 2005 roku - prowadzi m.in. audycję "Lista osobista", a od 2016 roku jest jej dyrektorem muzycznym.