Przychodzi grupa obywateli do urzędu gminy. Zgłasza chęć zorganizowania zgromadzenia w miejscowości X. A tu odmowa. Dlaczego? Bo rok wcześniej wojewoda zgodził się, żeby w tym konkretnym dniu, a następnie dokładnie rok i dwa lata później odbywało się tu inne zgromadzenie. Cykliczne.
Cykliczne, czyli - zgodnie z projektem firmowanym przez ponad 80 posłów PiS - takie, które z góry będzie mogło odbyć się przez 3 lata w tym samym miejscu, niejako na ten cel "zarezerwowanym". Cykliczne, czyli także takie, które jest - w myśl projektu - organizowane przez ten sam podmiot, na tej samej trasie, co najmniej cztery razy w roku.
Kojarzycie takie zgromadzenia? No jasne.
A teraz pytanie: kto będzie wydawał na to zgodę? Otóż już nie samorząd, ale administracja rządowa - właśnie wspomniany wojewoda. Czym się ma kierować? Patrzymy do uzasadnienia projektu. Wojewoda ma mianowicie brać pod uwagę:
"okoliczność wcześniejszego organizowania zgromadzeń przez wnioskodawcę oraz przyczynę i cel cyklicznego organizowania zgromadzeń".
O co chodzi z tym celem? Przyjrzyjmy się drugiemu warunkowi, który kwalifikuje nasze zgromadzenie jako cykliczne. Może się ono odbywać choćby tylko raz w roku, za to w święta państwowe i narodowe. No i musi mieć na celu "w szczególności uczczenie doniosłych i istotnych dla historii Rzeczypospolitej Polskiej wydarzeń" .
Dlaczego objęte prawem do cykliczności zgromadzenia miałyby dotyczyć wyłącznie "uczczenia doniosłych i istotnych dla historii RP wydarzeń"? Dlaczego organem właściwym do rozpoznania wniosku o organizację zgromadzeń cyklicznych jest wojewoda, a nie organ gminy? Zadaliśmy te dwa pytania posłowi reprezentującemu wnioskodawców, Arkadiuszowi Czartoryskiemu z PiS.
- Byłem samorządowcem. Samorządy nie chcą być wciągane w tego typu sytuacje, że wykreślają jakąś manifestację, bo była zgłoszona inna. Wojewoda jako przedstawiciel administracji rządowej byłby tu właściwym organem - mówi Czartoryski. Jego zdaniem niewiele jest takich zgromadzeń, które odbywają się regularnie, a nie mają związku z historią Polski. Poseł PiS uważa, że protest w sprawach społecznych, przez wiele lat, co roku w tym samym miejscu i czasie, to sprawa czysto hipotetyczna.
Po co w takim razie preferencja dla określonego profilu?
- W Polsce mamy wolność zgromadzeń i wolność protestowania. Wartością jest, że na manifestacjach nikomu się nic nie stało. Dlaczego zgłaszający swoje protesty na trasie Marszu Niepodległości nie mogą protestować na sąsiedniej ulicy? Telewizja to i tak zobaczy i pokaże - stwierdza poseł Czartoryski. I dodaje, że jego zdaniem "celem takiej kontrmanifestacji jest doprowadzenie do konfrontacji ulicznej".
Gdy dopytuję, dlaczego zakłada takie intencje kontrdemonstrantów, odpowiada: - Jaki może być cel manifestacji, którą ktoś specjalnie rejestruje w tym samym czasie, co taka odbywająca się od lat?
Mówię, że chyba chodzi o to właśnie, żeby pokazać tym cyklicznie demonstrującym, że są ludzie, którzy myślą inaczej niż oni. - A nie mogą pokazywać 100 metrów dalej? - pyta Czartoryski.
I dokładnie te 100 metrów jest w projekcie. Czyli jeżeli reprezentujesz stabilną organizację, np. partię, z tradycjami organizowania zgromadzeń, to dobrze dla ciebie. Gorzej, jeżeli jesteś członkiem spontanicznego ruchu obywatelskiego, skrzykniętego naprędce w reakcji na to, co rządzący planują zrobić lub już zrobili. Pamiętacie taki przypadek? Ostatnio zgromadził w polskich miastach tysiące kobiet na ulicach.
Opozycyjne Razem, które zorganizowało wiele protestów w ostatnim roku, uważa, że projekt PiS to "dalsze ograniczenie podstawowych praw, które gwarantuje nie tylko Konstytucja, lecz także Europejska Konwencja Praw Człowieka i Obywatela".
- Wprowadzenie hierarchii zgromadzeń i umieszczenie na jej końcu zgromadzeń spontanicznych, będących najczęściej reakcją na posunięcia władzy, to próba zamykania ust Polkom i Polakom niezadowolonym z rządów PiS-u - mówi Dorota Olko, rzeczniczka Razem. Podkreśla, że uliczne demonstracje są dziś "sposobem wyrażenia sprzeciwu naturalnym dla szerokich rzesz zwykłych obywateli". Jej zdaniem rząd PiS "tego obywatelskiego gniewu się boi", ale nowymi przepisami może go tylko spotęgować.
- Weźmy KOD, weźmy Marsz Niepodległości, weźmy narodowców, weźmy miesięcznice smoleńskie. Każdy ma swoje, bliskie mu manifestacje. Ja też. To jest kluczowe: nie możemy tworzyć prawa, w którym z góry zakładamy możliwość ulicznej konfrontacji, blokowania przeciwnika. Jeśli państwo polskie zezwala na zgodną z prawem manifestację, to powinno to manifestowanie umożliwić - twierdzi Czartoryski. - My mówimy tak: każdy ma prawo manifestować, ale te demonstracje, które mają cykliczny przebieg, mają pierwszeństwo, a te, które takimi nie są - prosimy bardzo, 100 metrów dalej - dodaje.
Gdy zwracam uwagę, że np. spontaniczne protesty przeciwko ACTA za czasów rządu Donalda Tuska mogłyby mieć kłopot, Czartoryski podkreśla, że przecież gdyby kolidowały one z jakimś protestem cyklicznym, to mogłyby się odbyć, tylko po prostu 100 metrów od tego miejsca. - To będzie umożliwienie dwóm grupom demonstrowania w sposób cywilizowany. Dziś jest wyścig między organizacjami, kto pierwszy zarejestruje zgromadzenie. To jest głupota - mówi.
Według pomysłu PiS, jeżeli chcesz zrobić swój protest w tym samym miejscu, albo na tej samej trasie przemarszu, co demonstracja cykliczna, to nie zrobisz. Zgodnie z proponowanymi zmianami twój wniosek gmina będzie musiała odrzucić. Co więcej, to zgromadzenie cykliczne ma mieć pierwszeństwo wyboru miejsca i czasu demonstracji.
A teraz wisienka na torcie. W uzasadnieniu posłowie zapisali, że przyznali "pierwszeństwo zgromadzeniom organizowanym przez organy władzy publicznej oraz zgromadzeniom odbywanym w ramach działalności kościołów i innych związków wyznaniowych". Skąd ta preferencja? Według posła Czartoryskiego:
- Mamy np. obchody 11 listopada, pod Grobem Nieznanego Żołnierza, czy Bożego Ciała, czy Święta Wojska Polskiego, o wieloletniej tradycji. Jeżeli ktoś będzie chciał zorganizować kontrmanifestację, to nic mu nie zaszkodzi być o 100 metrów od tego Grobu Nieznanego Żołnierza. Czy władze państwowe mają ścigać się, kto o północy zarejestruje zgromadzenie? - odpowiada poseł.
Aha, zgłosiliście swoją demonstrację przed hipotetycznym wejściem w życie niniejszego projektu? Też możecie mieć problem. Otóż jeśli pechowo podaliście termin, w którym odbywa się zgromadzenie cykliczne:
Organ gminy będzie zobowiązany do wydania decyzji o zakazie zgromadzenia.
Żeby było jasne: waszego, nie cyklicznego. Gmina nie wyda zakazu? Nie szkodzi, zrobi to wojewoda. Czyli rząd.
"Każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. Ograniczenie tej wolności może określać ustawa" - tak art. 57 Konstytucji RP odnosi się do całej sprawy. Czy projekt PiS nie idzie tu za daleko?
Poprosiliśmy Helsińską Fundację Praw Człowieka o opinię. Zdaniem HFHR pomysł PiS "jest bardzo wątpliwy z punktu widzenia Konstytucji RP", ogranicza wolność pokojowego manifestowania i stanowi "poważny krok wstecz". Zdaniem prawników Fundacji wolność zgromadzeń jest przede wszystkim wolnością "obywatelską", a nie "państwową", trudno też "wskazać na dotychczasowe sytuacje, w których wolność zgromadzeń państwowych byłaby naruszana przez inne zgromadzenia":
"Na gruncie Konstytucji trudno wskazać na wartości, które uzasadniałyby tak odmienne regulowanie różnych rodzajów zgromadzeń i przyznawały uprzywilejowane traktowanie zgromadzeń państwowych czy religijnych.
A według HFHR projekt takie "wyraźne pierwszeństwo" zgromadzeniom cyklicznym przyznaje.
Tymczasem zarówno Trybunał Konstytucyjny, jak i Europejski Trybunał Praw Człowieka uznaje zgromadzenia spontaniczne jako "pełnoprawne" zgromadzenia. Kluczowym czynnikiem dla oceny legalności zgromadzenia jest jego pokojowy charakter, a nie znaczna częstotliwość czy charakter organizatora (organ państwa lub związek wyznaniowy).
Fundacja argumentuje też, że celem przyznania kompetencji ws. zgromadzeń gminom było od początku to, że "organy gminy są w stanie lepiej ocenić np. kwestie bezpieczeństwa związane z organizacją danego zgromadzenia" w danym miejscu niż wojewoda rezydujący w mieście wojewódzkim. I dodaje, że jeśli to prawo przejdzie przez Sejm, "do Trybunału w Strasburgu będą wpływać skargi na naruszenie wolności zgromadzeń, które Polska z całą pewnością przegra", a zapłacą za to polscy obywatele.
Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze i Instagramie .