artykuły
Konie w stadninie w Janowie Podlaskim (fot. Agnieszka Sadowska/AG)
Konie w stadninie w Janowie Podlaskim (fot. Agnieszka Sadowska/AG)

Losy stadniny koni arabskich w Janowie Podlaskim nadają się na film. Taki z prawdziwymi bohaterami. W książce "Moje konie, moje życie" (wyd. Instytut Wydawniczy Erica) były szef stadniny, Marek Trela, opowiada jej historię. I swoją, bo spędził w Janowie 40 lat. Aż do lutego 2016 roku, gdy został odwołany po zmianach we władzach Agencji Nieruchomości Rolnych .

***

Konie pod bombardowaniem

Aby ratować cenne stado przed hitlerowską ofensywą z zachodu, ewakuowano je wedle rozkazu na wschód, w czym uczestniczył Andrzej Krzyształowicz, zastępca kierownika stadniny, Stanisława Pohoskiego. Marsz odbywał się nocami, a obsługa rekrutowała się w większości z przypadkowych osób, jako że wyszkoleni w opiece nad końmi masztalerze walczyli na froncie. Jeden z pomocników trzymał cztery spięte razem roczne ogierki. Byli to synowie Ofira, z którymi Pohoski wiązał ogromne nadzieje hodowlane. Spłoszone przez wojskową ciężarówkę, wyrwały się opiekunom w okolicy Białej Podlaskiej. Dzięki temu się uratowały.

Stadnina w Janowie Podlaskim (fot. Agnieszka Sadowska/AG)

Umęczone ponad tygodniową tułaczką stado dotarło do Janowa około czwartej nad ranem - niektóre konie poranione, ze zdartymi kopytami, inne - według relacji Andrzeja Krzyształowicza - chore, "prawie dowlekły się". A już o siódmej rano stadninę otoczyli żołnierze radzieccy.

Armia Czerwona zabrała Ofira, Dziwę, Gazellę II i jeszcze kilkadziesiąt najlepszych ogierów, matek i źrebiąt. Miały powędrować o własnych siłach do Tierska na Kaukazie. Niektóre po drodze zginęły. W stadninie dokonała się obfitująca w brutalne sceny grabież reszty koni, sprzętu i zapasów paszy, do czego podżegano również zabużańską ludność. W imię "dziejowej sprawiedliwości" rozkradziono lub zniszczono wszystko, co tylko dało się wynieść - próbowano nawet odrywać blachy z dachów stajen i ogołacaniem mieszkań pracowników. Z janowskiej hodowli uchowała się jedna klacz, Najada, która oparła się wyprowadzeniu z boksu. W okolicy odnaleziono jeszcze dwie roczne klaczki i osieroconego źrebaka.

Niemcy, którym bardzo zależało na przejęciu znanej już na Zachodzie stadniny, wkroczyli do Janowa i zastali puste, zniszczone stajnie. Zaczęli poszukiwać koni, głównie tych pogubionych w czasie ewakuacji, jak synowie Ofira. Skupowali je też, pod przymusem, od prywatnych hodowców. W ten sposób pozyskano od Bąkowskich z Kraśnicy klacz Bałałajkę, późniejszą matkę "królowej Janowa" - legendarnej klaczy Bandoli.

[Niemcy] doprowadzili teren do porządku, zachowując przedwojenny schemat organizacyjny hodowli, która wtedy dzieliła się na dwie zupełnie różne instytucje: stado i stadninę. Docelowo zatrudnili jeszcze więcej fachowego polskiego personelu, niż pracowało tu przed wojną, a kierownictwo nad sprawami hodowlanymi powierzyli również Polakom. Andrzej Krzyształowicz pełnił funkcję koniuszego stada ogierów. Stanisław Pohoski był konsultantem przy odrestaurowywaniu janowskiej hodowli, a jego sugestie niemiecki komendant, płk. Hans Fellgiebel, traktował jak święte słowo i natychmiast wcielał w życie.

Konie w stadninie w Janowie Podlaskim (fot. Agnieszka Sadowska/AG)

O tym, jak szybko i sprawnie okupanci zorganizowali całe przedsięwzięcie, świadczy fakt, że już w następnym roku, 1940, mogli urządzić w Janowie Podlaskim tradycyjną niemiecką Hengstparade - wielką paradę ogierów, prezentowanych także pod siodłem oraz we wszelkiego rodzaju zaprzęgach, której towarzyszył przegląd hodowlany. Co roku było to ważne wydarzenie, odbywające się na placu w centrum stadniny. Zjeżdżała się cała generalicja. W Białej Podlaskiej działało strategiczne lotnisko, a w samym Janowie ulokowano siedzibę wyższego dowództwa Wehrmachtu, toteż wielu oficerów regularnie brało udział również w gonitwach konnych. Bywali tutaj wszyscy ci, o których czytamy teraz w książkach historycznych. W tym grupa osób zaangażowanych w przygotowywanie zamachu na Hitlera, dokonanego 20 lipca 1944 roku w Wilczym Szańcu koło Rastenburga (obecnego Kętrzyna).

Jednym z głównych spiskowców był generał Erich Fellgiebel, rodzony brat komendanta stadniny. Tu właśnie omawiano plany.

- Zamachowcy spotykali się na tak zwanych polowaniach, o czym opowiadali mi jeszcze starzy masztalerze - wspomina Marek Trela. - W samym środku lasu gromadzili się wyżsi generałowie i oficerowie, a las był otoczony Wehrmachtem. Tak wyglądało to "polowanie", żeby oni mogli sobie spokojnie porozmawiać.

Większość z tych ludzi zginęła po nieudanym zamachu. Ale zanim tak się stało, płk Fellgiebel korzystał ze swoich koneksji rodzinnych, wyciągając z hitlerowskiego więzienia na zamku w Lublinie pięciu masztalerzy, skazanych przez gestapo na śmierć po wpadce podziemnej organizacji Armii Krajowej.

- To niesamowite, jakie Janów miał szczęście do ludzi, nawet pod okupacją. Fellgiebel bardzo dbał o to, żeby koniom i obsłudze niczego nie brakowało. Okazał się postacią na tyle pozytywną, że był oficjalnym gościem Ministerstwa Rolnictwa w 1956 roku! Przecież to brzmi nieprawdopodobnie. Pułkownik Wehrmachtu, komendant okupowanej stadniny, odwiedza świeżo po wojnie Polskę na zaproszenie władzy ludowej. Jeszcze w dodatku podejmowany [jest] z honorami.

Mistrz i następca - Andrzej Krzyształowicz i Marek Trela w 1997 r. (fot. archiwum prywatne/mat. wyd. IW Erica)

Wielokrotnie w opowieściach dyrektora przewijał się temat exodusu janowskiej hodowli, wywiezionej przez hitlerowców z końcem wojny do Niemiec. Do opieki nad stadem zabrano wtedy polską załogę, którą po śmierci Stanisława Pohoskiego kierował Andrzej Krzyształowicz. Towarzyszyła mu żona oraz dwuletnia córka Jadwiga, starsza siostra mającej się dopiero urodzić Barbary. Konie, ulokowane w Saksonii, musiały wkrótce, przed zbliżającym się frontem, znowu ewakuować się marszem pieszym.

Nieszczęściem, przechodząc przez ulice Drezna podczas pierwszego nalotu dywanowego aliantów, trafiły w środek bombardowania. Dwa z nich, Witraża i Wielkiego Szlema, uratował masztalerz Jan Ziniewicz, któremu powierzono je na czas przemarszu. Nie porzucił koni, szukając dla siebie schronienia, lecz siedział na jednym, a drugiego trzymał przy boku. Mimo wielkiej siły oszalałych ze strachu zwierząt - jedno miało już ogon osmolony od bomby, tak blisko wybuchały - Ziniewicz nie pozwolił im się wyrwać. Wolał z nimi zginąć, niż dopuścić do utracenia przez Polskę dwóch bezcennych ogierów.

- Trudno sobie wyobrazić współczesną hodowlę bez tych dwóch reproduktorów - ocenia Marek Trela. - Ich krew płynie w każdym koniu arabskim, jaki jest w tej chwili wyhodowany w naszym kraju.

***

Wie, co mówi. Zanim został dyrektorem stadniny w Janowie, przez wiele lat był tam lekarzem weterynarii. Specyfikę janowskiej stadniny, tajniki hodowli i same konie Trela, w młodości znakomity jeździec, poznawał pod okiem poprzedniego dyrektora, wybitnego znawcy i hodowcy koni arabskich, właśnie wspomnianego Andrzeja Krzyształowicza. Tak opisuje to jego biografia:

***

Lata nauki

(...) Co roku w stadninie przybywało około stu koni (włącznie z angloarabskimi) i około stu trzeba było się pozbyć, aby zachować optymalną wielkość stada, a doktor Trela zaczynał dostrzegać w tym przepływie pewne zasady.

Dyrektor Krzyształowicz okazał się utalentowanym nauczycielem. Wybrany przez niego słuchacz zapamiętywał wiele z tych wykładów, specjalnie się o to nie starając, bo przecież nigdy nie chciał być zootechnikiem i nie planował dla siebie takiej przyszłości. Teraz jednak zaczynał patrzeć na budowę i sposób poruszania się koni już nie tylko okiem doświadczonego jeźdźca i praktykującego weterynarza. Nauczył się zauważać i oceniać te cechy, na które zwracają uwagę hodowcy arabów, przede wszystkim typ - jak określają to, co składa się na rasowy "bukiet".

Miał do czynienia z jedną z najlepszych hodowli na świecie (której już w tamtym czasie deptała po piętach Stadnina Koni Michałów, zarządzana przez dyrektora Ignacego Jaworowskiego), więc często były to niuanse między pięknym i piękniejszym. Słuchając planów dyrektora co do przyszłych kojarzeń, uczył się zgadywać - na podstawie sylwetki, ruchu, wyników dzielności na torze wyścigowym, rodowodu i wielu innych danych - co wyniknie z połączenia takiego ogiera z taką klaczą, a co z inną. Prognozy te weryfikował przegląd hodowlany, który odbywał się w stadninie dwa razy do roku, wiosną i jesienią.

Marek Trela z koniem imieniem Eukaliptus (fot. Stuart Vesty/materiały wydawnictwa)

Fachowcy zbierają się wtedy, aby ocenić jakość i kondycję koni, a szczególnie urodzonych w danym roczniku źrebiąt. Można było dokładnie przyjrzeć się ogierom i klaczom, prezentowanym na tzw. płycie, nieruchomo, ale swobodnie, z wyciągniętą szyją, oraz ich potomstwu. Ocenić, ile źrebiąt odziedziczyło najlepsze cechy swoich rodziców, podnosząc rozwój rasy na wyższy poziom, a ile nie.

W wyniku tych obserwacji po przeglądach zapadały najważniejsze dla stadniny decyzje. Podejmował je dyrektor Krzyształowicz. Czy debiutujący w roli ojca młody ogier zapowiada się na czołowego reproduktora, czy korzystniej będzie wycofać go z hodowli jak najszybciej? Zastąpić innym, może nie tak oczywistym pod względem urody, ale jednak poprawnie zbudowanym i - jak widać na przykładzie większości urodzonych po nim źrebiąt - lepiej przekazującym cechy swoich rodziców, o wiele bardziej zbliżonych do ideału arabskiej urody niż on sam? A może przyczyna niepowodzenia tkwi w doborze nieodpowiednich dla danego ogiera klaczy i warto dać mu jeszcze jedną szansę, zostawiając go na następny sezon?

Niezliczone czynniki, poparte doświadczeniem, wpływały na ostateczną odpowiedź. Setki takich decyzji, dotyczących każdego ogiera i każdej klaczy z osobna, składały się co roku na plan stanówek, czyli kojarzeń koni - rzecz najważniejszą dla przyszłości hodowli. Jeżeli siedziało się w jednym miejscu wystarczająco długo, jak to określił Andrzej Krzyształowicz, można było w swoich przewidywaniach odnieść się również do przodków i krewnych konkretnego zwierzęcia, bo ich rozwój widziało się na własne oczy. Każde źrebię jest zagadką, po narodzinach tylko częściowo rozwiązaną, bo jeśli nawet urodzi się piękne i zdrowe, to dopiero wchodząc w życie, zaczyna zapisywać swoje losy. A wraz z nimi losy macierzystej stadniny. A nawet całej hodowli koni arabskich w Polsce i na świecie.

W rękach hodowcy - prawdziwego szefa stadniny - spoczywa odpowiedzialność za to, jak pokieruje życiem tej istoty, która na niepewnych jeszcze nóżkach niesie niepowtarzalny zestaw genów z unikatowej puli, nazywanej naszym dobrem narodowym.

Słynna klacz Pianissima (z lewej) i okładka książki "Moje konie, moje życie" o Marku Treli (fot. Stuart Vesty/materiały wydawnictwa)

Marek Trela. Lekarz weterynarii, hodowca koni arabskich. W 1978 roku jako lekarz weterynarii podjął pracę w Stadninie Koni w Janowie Podlaskim. W 1995 roku został hodowcą. Wiceprzewodniczący Światowej Federacji Konia Arabskiego (WAHO), w latach 2000-2016 prezes Stadniny Koni Janów Podlaski, odwołany ze stanowiska i zastąpiony człowiekiem, który nigdy w życiu nie miał do czynienia z koniem arabskim.

Ewa Bagłaj. Pisarka, autorka powieści dla młodzieży i biografii, dziennikarka prasowa. Publikowała m.in. w tytułach: "Dziennik Wschodni", "Słowo Podlasia", "Koń Polski", "Sukces", Polskiearaby.com. W swoich książkach najchętniej porusza tematykę psychologiczno-społeczną, a także kwestie ekologii i ochrony praw zwierząt, głównie koni.