artykuły
(fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Ma lekko znoszone palto z pelisą, wełniany beret na głowie, laseczkę z polerowanego drewna w dłoni. W oczach coś jakby obawę. Dookoła niej huczy najnowsze warszawskie marzenie, które oto i w końcu stało się ciałem. Tak długo na nie czekaliśmy! Ona też czekała, teraz patrzy w milczeniu. Na te raki i sumy w głębokim lodzie, na misternie przystrzyżone brody, na staranną niedbałość tych, co przy stolikach. Patrzy na wołowinę od szalonych rzeźników, na antyoksydacyjne soki po 18 złotych za butelkę, na te deserki "musi pani spróbować, zakocha się pani" - 17 złotych za słoiczek. Na zapisane białą kredą tablice pełne nazw, których nie umie nawet wymówić. Patrzy i coraz bardziej się dziwi. Sprawia wrażenie, jakby bała się zrobić choć krok, jakby chcąc gdzieś dojść, pomyliła drogę i trafiła w zupełnie inne miejsce. I teraz obmyśla ucieczkę.

Jest niedzielne popołudnie, nowe Koszyki przeżywają oblężenie. Poza nią nikt nie przyszedł tego miejsca obejrzeć, wszyscy są bardzo staranni w sprawianiu tego wrażenia, że po prostu na chwilę tu wpadli. Ona patrzy na nich cierpliwie, w końcu mówi: - Ja znałam Koszyki, tu była taka hala targowa. Można było ziemniaki kupić, czasem mięso - kręci głową. - Myślałam, że coś podobnego otworzą. Chciałoby się jej powiedzieć, że trochę inaczej to poszło. Ale przecież sama widzi.

(fot. Filip Springer) ()

No ale też z drugiej strony nie sposób się nie zachwycić. To architektura najwyższej próby. Historia hali na Koszykowej to historia kolejnych zmian. Od samego początku. Już jej pierwszy projekt autorstwa Juliusza Dzierżanowskiego został w czasie realizacji znacznie zmieniony (czytaj: uproszczony). Do wojny działał tu zadaszony bazar spożywczy. Właśnie - bazar, warto zapamiętać to słowo, przyda się za chwilę.

Z wojennych zniszczeń podniosły się Koszyki w roku 1949 - działały jako dom handlowy, "wzorcowy socjalistyczny supermarket". Od 1965 r. są zabytkiem, od 1989 r. podupadały. W 2006 r. trafiły w ręce prywatnego inwestora, który ogłosił, że ze względu na fatalny stan techniczny obiektu chce go rozebrać. Miłośnicy architektury i varsavianiści podnieśli larum. Stanęło na demontażu konstrukcji i wzniesieniu jej ponownie w otoczeniu nowych budynków. Prace ruszyły w 2012 r., skończyły się niedawno. Koszyki zatętniły znów życiem. Ale innym życiem.

(fot. Filip Springer) ()

Ale wróćmy do architektury. Tak, ona zachwyca. Znać tu rękę projektantów z uznanej pracowni JEMS Architekci. Już od samego początku, gdy stoi się na przytulnym skwerze z niewielkimi drzewami, flankowanym dwoma historycznymi budynkami bramnymi. Odrestaurowano je, odarto z szyldów i brudu. Można podziwiać dekoracje rzeźbiarskie Zygmunta Otto. Sam plac wyłożono tłumiącymi dźwięki płytami przetkanymi delikatnymi, świetlnymi panelami. Kierują one wzrok ku efektownie podświetlonej głównej bryle hali. Tło dla niej stanowią trzy nowe budynki biurowo-usługowe, które są całkowicie współczesne i noszą wyraźny znak projektujących je architektów, znany z innych ich realizacji. To silne w wyrazie, modernistyczne fasady z prefabrykatów betonowych, które uzupełniają pierzeję po obu stronach hali i wypełniają przestrzeń za nią. Na tyłach hali znajduje się też dodatkowy, klimatyczny i trochę zaskakujący pasaż wraz z odrestaurowanym dawnym domem dyrektora hali.

(fot. Filip Springer) ()

Ten obiekt został zaprojektowany z dbałością o najdrobniejsze szczegóły. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. W dzisiejszych Koszykach bez trudu można znaleźć ślady ich oryginalnego projektu: to przede wszystkim wejściowe budynki bramne, gabaryty, detale (posadzki i wyeksponowana stalowa konstrukcja wspomagana współczesnymi elementami spełniającymi dzisiejsze normy).

Architekci zrezygnowali jednak z wiernej rekonstrukcji zabytku (stąd protesty), nie mieli do tego niezbędnych materiałów źródłowych, wyszli też z założenia, że hala, choć zabytkowa, nigdy wybitnym dziełem architektonicznym nie była. Wskazywali przy tym, że to, co powstało na początku XX wieku, było uproszczoną formą projektu Dzierżanowskiego. Także podniesiona ze zniszczeń wojennych hala w niewielkim stopniu do niego nawiązywała.

(fot. Filip Springer) ()

Zrezygnowali też z zaznaczania granicy między tym, co nowe, współczesne, i tym, co stare, historyczne i zabytkowe. Chodząc po hali, musimy się pogodzić, że obcujemy z dziełem współczesnym, które historycznymi cytatami jedynie się bawi.

To podejście odważne, bo z rozmachem otwiera nowy rozdział w dyskusji o roli zabytków w polskiej architekturze współczesnej. Mało kto ma mandat do takiego działania - JEMS-om z pewnością nie można go odmówić. A z zabytkami często bywa tak, że gdy stają na drodze dochodowym inwestycjom, to w niewyjaśnionych okolicznościach płoną lub same z siebie się zawalają. Tutaj stało się inaczej. Budowa Koszyków uruchomiła społeczną dyskusję o ich ochronie. Architekci wraz z inwestorem wzięli w niej udział - ich głosem jest realizacja, w której zabytek został potraktowany krytycznie. Kult tego, co stare, zastąpiono refleksją, że hala - choć zabytkowa w rozumieniu ustawy - nie była dziełem udanym i skończonym. I że w takiej sytuacji rolą architekta jest dzieło dokończyć, korzystając ze współczesnego języka architektonicznego. Ta część zabudowy ulicy Koszykowej została uzupełniona, co do tego nie ma wątpliwości, w harmonijny i kompleksowy sposób. Wyrwa w mieście została załatana.

(fot. Filip Springer) ()

Kto chce się wczytać w proces projektowy architektów, może obejrzeć niewielką wystawę poświęconą inwestycji, którą zorganizowano na antresoli Koszyków. Inwestor nie omieszkał udostępnić tutaj także artykułów prasowych zawierających głosy krytyczne o inwestycji i informujących o kontrowersjach z nią związanych. Oddał też głos samym JEMS-om, którzy zwięźle wykładają filozofię swojego projektu. Zrobiono tu wiele, by odbiorcom tej architektury objaśnić jej założenia.

Na poziomie samej architektury Koszyki są więc przede wszystkim niezwykle pouczającą i świeżą lekcją o zabytku. Wyznaczają w polskiej debacie trzecią drogę - tę, która nie jest ani bezkrytyczną rekonstrukcją, ani też tym amalgamatem, w którym nowe składa hołd staremu i zrujnowanemu, otulając je nową architektoniczną formą. "Sądzimy, że nie musimy być zdeterminowani do wyboru pomiędzy neutralnością współczesnych interwencji a różnymi formami rekonstrukcji czy pastiszu" - piszą architekci. Ich dzieło broni tych słów. Na tym jednak nie koniec.

- Nie o domy z futra chodzi, nie o domy ze śliny, nie o domy z mchu, tylko o architektoniczną odpowiedź na XXI wiek. To zarzut do nas, architektów, myśmy ten czas przespali - mówił wrocławski architekt Zbigniew Maćków podczas niedawnej debaty o współczesnej polskiej architekturze zorganizowanej podczas festiwalu Łódź Design.

- Potrzeba nam zwykłych domów tworzących ramy dla miasta - dodawał Maćków. - Pomiędzy którymi będzie toczyło się normalne życie. Ważne, by pracować nie tyle nad spektakularną bryłą budynku, lecz nad połączeniami między budynkami, nad strukturą miasta. To niezwykle żmudna praca polegająca na nawarstwianiu, cerowaniu, przywracaniu tożsamości miejsca, co nie znaczy, że można się od niej uchylać.

(fot. Filip Springer) ()

Przyglądałem się Koszykom i słowa Maćkowa ciągle do mnie powracały. Bo z jednej strony nie jest to architektura spektakularna (i chwała Bogu), nie jest to realizacja nastawiona na zaskoczenie. Koszyki nie zaznaczają się nachalnie w przestrzeni, po prostu wypełniają lukę. Trudno im też odmówić ambicji miastotwórczych - to jedna z tych realizacji, która rzeczywiście może wzmocnić "ramy miasta", o których mówił wrocławski architekt. Pytanie, jaki obraz miasta zostanie tymi ramami objęty. I co (oraz kto) znajdzie się poza nimi.

Hala nie powinna być pomnikiem zniszczenia - piszą JEMSi o swoim projekcie. Powinna przywoływać raczej dawną atmosferę, specyfikę miejsca jako przestrzeni społecznie znaczącej. I tu właśnie zaczynają się schody. Bo problem z Koszykami polega nie na "prawdziwości" materii architektonicznej i nie na zabawie historycznymi cytatami, ale na prawdziwości i społecznym znaczeniu tego, czym owa materia została wypełniona. I rzecz nie tylko w wielkopowierzchniowych sklepach wielkich sieci wciśniętych w ich podziemia, które okolicznym sklepikom na pewno się nie przysłużą. Chodzi też o to, co powstało nad nimi - pełne restauracji i sklepów z drogą żywnością pasaże, których klientela została dokładnie opisana w arkuszach kalkulacyjnych i stanowi tylko wycinek społecznej tkanki tej części Warszawy.

(fot. Filip Springer) ()

Konfuzja starszej pani, zagubionej w huczących blichtrem pasażach Koszyków w niedzielne popołudnie, najlepiej ten problem opisuje. Ona w Koszykach już nie ma czego szukać. Jeśli powstał tu bowiem jakiś bazar, to jest to jedynie bazar próżności. Nowa-stara hala odwołuje się też do czegoś, co nigdy w tym miejscu nie istniało. Co więcej - podobnego obiektu nie znajdziemy w całej Polsce! Koszyki, choć zapierają dech w piersiach swoją architekturą, dopracowaną w najmniejszych szczegółach, wyrażają wizję miasta projektowanego przez bogatych i dla bogatych. Dla starszych pań z głodowymi emeryturami nie ma w tym mieście miejsca.

Idea stojąca za programem Koszyków (świetnie zrealizowanym przez JEMS-ów) to kolejny przejaw tej choroby polskiej przestrzeni, którą doskonale opisał w swojej książce "Jak przestałem kochać design" Marcin Wicha. Zauważył on, że dobre projektowanie staje się zagadnieniem coraz bardziej elitarnym. Koszyki to świetnie zaprojektowane miejsce, ale tylko dla zamożnych. Jeśli to ma być rama i tło miasta, to znaczy, że godzimy się na wykluczenie z jego obrazu tych, dla których niewielka butelka soczku antyoksydacyjnego kosztująca 18 złotych jest nadal czystą abstrakcją.

Zobacz wideo

Książki Filipa Springera są dostępne w Publio.pl>>>

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego. Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach " (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne), "Księgi zachwytów " (Agora SA), "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast" (Karakter).

Polub Weekend Gazeta.pl na Facebooku