artykuły
Władimir Putin, Hillary Clinton i Donald Trump (fot. Hannibal Hanschke/Reuters)
Władimir Putin, Hillary Clinton i Donald Trump (fot. Hannibal Hanschke/Reuters)

Amerykańską kampanię wyborczą zdominowali whistleblowerzy, czyli "sygnaliści", "donosiciele", ujawniający materiały, dokumenty i e-maile, a także nagrania audio, które mogły bardzo zaszkodzić Donaldowi Trumpowi i Hillary Clinton. Z perspektywy rozstrzygnięcia wyborów widać wyraźnie, komu to zaszkodziło, a komu pomogło. Kampania ujawniania miała wyraźny cel: kandydatkę Demokratów. I była skuteczna.

Kluczowe jest więc pytanie, kto dostarcza whistleblowerom takim jak Assange informacje. I tu sytuacja zaczyna się komplikować.

Przypomnijmy fakty:

22 czerwca Bloomberg informuje o włamaniu na serwery Fundacji Clintonów. To już trzeci taki włam - tydzień wcześniej hakerzy dostali się na konta Partii Demokratycznej i komitetu wyborczego Hillary Clinton.

26 lipca "New York Times", powołując się na źródła zbliżone do śledztwa, informuje, że amerykańskie służby są coraz bardziej pewne, że to rosyjski rząd stał za wykradnięciem Demokratom dokumentów. Skąd to przekonanie? Przez dwa "Misie". Konkretnie dwóch hakerów lub dwie ekipy hakerów znane jako "Miły Miś" (ang. Cozy Bear) i "Fajny Miś" (Fancy Bear). Oba kolektywy zostały zidentyfikowane przez amerykańskie służby jako autorzy włamania na serwery Demokratów.

Oba "Misie" mają trzy cechy wspólne - wskazuje "Guardian" . Pierwsza to drogie narzędzia cyfrowe, sugerujące obracanie gotówką na tyle dużą, że stać by było na to tylko jeden typ budżetu - budżet państwa. Bogatego państwa. Druga cecha to zdobywanie informacji, które niekoniecznie przysporzą komuś zysków w pieniądzu, za to z pewnością przyniosą strategiczne zyski poprzez osłabienie celu - przeciwnika politycznego. I cecha trzecia - wybieranie takich celów, które są również na celowniku rosyjskiej polityki zagranicznej.

Jeszcze w lipcu źródła w amerykańskim wywiadzie, do których dotarł "New York Times" , nie były jednak pewne, czy włam był jednym z wielu, do jakich dochodzi na świecie w ramach operacji wywiadowczych - również Waszyngtonu - czy też był specjalnie obliczony na zdobycie informacji istotnych dla amerykańskiej kampanii wyborczej.

Ale 7 października następuje przełom. Ustami szefów agend odpowiedzialnych za wywiad - w tym Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego - Waszyngton oficjalnie oskarża Rosję o próbę wywarcia wpływu na amerykańskie wybory prezydenckie poprzez włamania na komputery Demokratów. "Amerykańskie służby wywiadowcze są przekonane, że to rząd Rosji nadzorował niedawne ujawnienie e-maili amerykańskich instytucji i osób prywatnych, w tym organizacji politycznych " - głosi oświadczenie. I podkreśla: "Te kradzieże i publikacje mają na celu wpłynięcie na amerykański proces wyborczy" - cytuje "Washington Post" .

Czy miały? Na pewno w demokratycznym obozie poleciały głowy, i to z wysokich stołków - jak szefowej komitetu wyborczego Debbie Wasserman Schulz. A Donald Trump kpił ze swojej przeciwniczki.

- Rosjo, jeśli mnie słuchacie, mam nadzieję, że znajdziecie 30 tysięcy brakujących maili - mówił Trump, odnosząc się do ciągnącego się za Clinton od miesięcy skandalu. Jako sekretarz stanu obecna pretendentka do Białego Domu używała niezabezpieczonego konta mailowego do korespondencji, która zdecydowanie powinna być zabezpieczona. A potem usunęła te maile.

Dopiero w pierwszej połowie stycznia, jak podkreśla CNN, Trump uzna fakty - takie, że doszło do rosyjskiego ataku hakerskiego. Natomiast 7 października, natychmiast po amerykańskim oświadczeniu, Kreml zaprzecza oskarżeniom. - To jakiś nonsens - mówi rzecznik Władimira Putina Dmitrij Pieskow. - Każdego dnia strona Putina jest atakowana przez dziesiątki tysięcy hakerów. Wiele z tych ataków można prześledzić i umiejscowić na terytorium USA. Tylko my nie oskarżamy o nie Białego Domu ani Langley za każdym razem - dodał cytowany przez "Washington Post" Pieskow .

A parę godzin po rozpoczęciu dyplomatycznej kłótni (przypomnijmy: zhakowano Demokratów, a w Białym Domu też jeszcze rządził Demokrata) Wikileaks opublikowało prawie 2000 maili Johna Podesty. Kim jest ten człowiek? Nowym szefem komitetu wyborczego Demokratów. Tych Demokratów, których kandydatkę chce pognębić Julian Assange z Wikileaks.

Przypomnijmy: Wikileaks. Organizacja, której renoma została zbudowana na ujawnianiu dokumentów kompromitujących amerykański rząd. Organizacja, której szef, Julian Assange, jasno powiedział, że "ma nadzieję zmniejszyć szansę zwycięstwa Hillary Clinton" - podkreśla "NYT".

14 października: CNN informuje , że coraz więcej dowodów wskazuje na to, że rosyjski rząd dostarcza prosto do Wikileaks wykradzione materiały związane z wyborami w USA. Źródło? Wysoki rangą przedstawiciel amerykańskiej administracji zbliżony do śledztwa w tej sprawie. Takie anonimowe źródła w służbach bezpieczeństwa to norma w mediach w USA - i z reguły są nieźle poinformowane.

Dwa dni wcześniej, 12 października, prezydent Rosji Władimir Putin osobiście wyśmiewa amerykańskie oskarżenia jako "histerię". A Siergiej Ławrow, szef rosyjskiego MSZ, na zapowiedzi administracji Obamy o "proporcjonalnej odpowiedzi USA" odparł w programie Christiane Amanpour równie buńczucznie: - No to niech to udowodnią. Skoro chcą coś robić, niech robią. Ale twierdzenie, że Rosja miesza w wewnętrznej polityce USA, jest idiotyczne .

Skąd Assange, ukrywający się od kilku lat przed wymiarem sprawiedliwości w areszcie domowym w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, zdobył dokumenty Demokratów? Tropów jest kilka. Wskazówką może być to, że część z nich opublikował inny serwis - Guccifer 2.0, podejrzewany o bycie po prostu agenturą GRU. Ale bezpośrednich dowodów na to, że Kreml w jakikolwiek sposób działa na szkodę Clinton, na tamtym etapie kampanii nie było. Czy teraz są - wiedzą pewnie tylko w centrali CIA.

Jest jednak pewien schemat, który niepokoi. Schemat, który wygląda jak teoria spiskowa. Schemat, który brzmi absurdalnie. Ale potem skrawki informacji zaczynają do siebie pasować. Wychodzą na jaw powiązania, zbieżne interesy, historie wspólnych biznesów, wreszcie czas i miejsce ujawnienia kolejnych informacji. I jest pytanie, zadane już przez większość liczących się amerykańskich mediów:

Co ma putinowska Rosja wspólnego z wyborami w USA?

Wygląda na to, że bardzo wiele.

Czym konkretnie byli zainteresowani hakerzy poza informacjami stawiającymi Clinton w złym świetle? Ano materiałami, które Demokraci mogliby wykorzystać przeciwko Donaldowi Trumpowi - informuje "Guardian" .

Co mają ze sobą wspólnego Trump i Rosja? - pyta Vox. I wskazuje dwie kwestie. Po pierwsze, Kreml, jeśli rzeczywiście stoi za przeciekami, to działa tak, jakby chciał pomóc Trumpowi. Po drugie, sam Trump jest niebywale wręcz prorosyjski .

Ale jaki interes Rosja miałaby w tym, by w USA wygrał Donald Trump, a nie Hillary Clinton? Jak to lapidarnie ujął w rozmowie z "Guardianem" były asystent sekretarza stanu USA James Rubin: Jeśli uważasz, że USA poprzez rozszerzenie NATO i politykę w Europie Wschodniej wywierają presję na Moskwę, i jeśli przy okazji jesteś prezydentem Rosji i chcesz tę politykę ukrócić, to to ukrócenie jest celem twojej polityki zagranicznej.

"A potem patrzysz na USA i myślisz: 'hmmm, która partia ma politykę, która daje większe szanse na zrealizowanie moich celów'"?

Jeśli Władimir Putin miałby stworzyć idealnego kandydata na przywódcę USA, to ów kandydat wyglądałby bardzo podobnie do Trumpa - odpowiada na to Slate . "Trump naprawdę serio sugeruje, że polityka zagraniczna USA powinna ulec zmianie. Tyle że w taki sposób, aby uczynić ją przychylniejszą dla interesów Rosji - wtóruje Vox.

Cóż takiego mówił Trump, co dało mu etykietkę sprzyjającego celom Rosji? A choćby powątpiewał w sens bronienia małych krajów NATO na wschodniej flance Sojuszu - Litwy, Łotwy i Estonii. Sojusz musi się opłacać, uważa Trump. Tyle że to, co polityk rozumie jako "opłacać" - czyli dawać pewne strategiczne korzyści w zamian za określone zobowiązania - Trump, biznesmen, przelicza na pieniądze. Opłaca się to, na czym USA nie tracą. A NATO to wydatki. Osłabienie aktywnej i nastawionej na powstrzymywanie Rosji polityki Sojuszu? W to Kremlowi graj!

27 kwietnia 2016 r., Waszyngton. Trump wygłasza kluczowe przemówienie o polityce zagranicznej, którą USA miałyby prowadzić pod jego rządami. W pierwszym rzędzie siedzi rosyjski ambasador w Stanach Zjednoczonych. A sponsorowana przez Kreml angielskojęzyczna stacja RT (dawne Russia Today) zaczyna coraz bardziej interesować się kandydatem Grand Old Party do Białego Domu. Kim jest Hillary Clinton w przekazie tej stacji? Agresywnym "jastrzębiem" podżegającym do wojny. Bernie Sanders? Bohaterem ruchu oporu przeciw Hillary. A Trump? "Mędrcem polityki zagranicznej" - kpi "Politico". W innym tekście ten wpływowy serwis nazywa Trumpa po prostu "kandydatem Kremla".

Donald Trump i Hillary Clinton (fot. Rick Wilking/Reuters)

"Mędrzec polityki zagranicznej" w 2007 r. chwalił Putina za "odbudowanie Rosji". A w 2008 r. stwierdził, cytowany przez CNN, że rosyjski prezydent "dobrze robi swoją robotę, lepiej niż nasz [George W.] Bush". Niedawno nazwał Putina "silnym liderem, mocnym liderem", z którym zapewne "dobrze by się dogadali". Rosyjski prezydent odpowiedział kurtuazyjnie, że skoro Trump chce pogłębić relacje z Rosją, "no to jakże moglibyśmy na to pozytywnie nie odpowiedzieć?".

Trump zresztą pogłębia swoje relacje z Moskwą od wczesnych lat 90. Media wyliczają jego nigdy niezrealizowane projekty budowy nieruchomości w Moskwie, jego liczne wizyty w stolicy Rosji, jego brylowanie na przyjęciach z rosyjskimi oligarchami-nuworyszami, którym jego bombastyczny styl bardzo odpowiadał. Kandydat Republikanów, ochrzczony przez "Slate" "Pacynką Putina", został przez rosyjskiego prezydenta określony jako "bardzo utalentowany".

Gdy rosyjski prezydent w 2013 r. napisał słynny już komentarz dla "New York Timesa" , będący sprytną krytyką polityki administracji Baracka Obamy i otwartym sprzeciwem wobec "amerykańskiej wyjątkowości", kto pochwalił rosyjskiego prezydenta? Zgadliście:

Pochwał było więcej. Trump podkreślał, że udało mu się zbudować "relację" z Putinem, i że jest to ogólnie bardzo miły człowiek. W innej wypowiedzi dla mediów zaprzeczył sam sobie, stwierdzając, że nie dość, że Putina nie zna, to co miałby niby mieć z nim wspólnego?

Łączników jest co najmniej czterech.

Doradcy z Rosją w tle

30 sierpnia Demokraci oficjalnie proszą FBI o sprawdzenie rosyjskich powiązań doradców Trumpa . Lider Demokratów w Senacie Harry Reid wysyła trzy dni wcześniej list do szefa FBI Jamesa Comeya, w którym prosi, by Biuro przyjrzało się działaniom niejakiego Rogera Stone'a. Kim jest Stone? Doradcą Trumpa. Jednym z czterech kluczowych, którzy w CV powinni mieć wpisane w zainteresowaniach: "Rosja".

Pierwszym i najważniejszym jest Paul Manafort.

Paul Manafort (fot. Ida Mae Astute/Flickr/CC BY-SA 2.0)

Powiedzieć, że Manafort to zdolny i wpływowy, doświadczony lobbysta i strateg polityczny, to nic nie powiedzieć. Manafort to geniusz. Trzeba bowiem być geniuszem, żeby przywracać do życia politycznego takie polityczne trupy jak Wiktor Janukowycz.

Pamiętacie tego przegranego pomarańczowej rewolucji na Ukrainie? W 2005 roku był nikim. A pięć lat później był przywódcą Ukrainy, oszlifowanym, w lepszych garniturach, poważnym politykiem, w niczym nieprzypominającym na zewnątrz dawnego politycznego warchoła. A Ukraina, parę lat wcześniej zmierzająca do Europy, była krajem z polityczną wajchą przestawioną stabilnie w stronę Kremla. Było to w znacznej mierze zasługą Paula Manaforta.

Zasługa kosztowała, jak ujawnił "New York Times", 12,7 miliona dolarów . Skąd te pieniądze? Od oligarchów jak Dmytro Firtasz, powiązany z Kremlem bogacz, który zrobił fortunę na pośrednictwie w handlu gazem. Proceder był w skrócie następujący: Gazprom sprzedawał Firtaszowi gaz z dużym upustem. Firtasz sprzedawał go z dużym przebiciem ukraińskiemu rządowi. Zysk z transakcji szedł do kieszeni proputinowskich polityków, w tym samego Janukowycza. Trudno o "czyściejszy" sposób drenowania finansów własnego państwa.

Ale Janukowycz to niejedyny upadły autokrata na liście Manaforta. Są na niej też dyktator Zairu Mobutu Sese Seko czy prezydent Filipin Ferdinand Marcos. Wystarczy? To przyjrzyjmy się pozostałym trzem graczom.

I tak doradca Trumpa, Michael Flynn, został sfotografowany na raucie z okazji 10. rocznicy powstania telewizji RT. Siedział przy głównym stole z Putinem. Problem w tym, że Michael Flynn jeszcze niedawno był szefem Defense Intelligence Agency, jednej z agend bezpieczeństwa narodowego USA.

Kolejny, Carter Page, był doradcą Gazpromu. Wygląda na to, że z bogatej bazy doradców politycznych, jakich mogła dostarczyć Trumpowi Partia Republikańska, wybrał on tych najbardziej prorosyjskich. Trudno więc się dziwić, że jego linia polityczna wobec Rosji jest taka, jaka jest. Jak silny wpływ na tę linię ma fakt, przyznany przez jego syna, że Rosjanie na potęgę inwestują w biznesy Trumpa - nie wiadomo.

Kiedy Harry Reid prosi FBI o sprawdzenie Rogera Stone'a, nie wie jeszcze, że człowiek ten półtora miesiąca później oświadczy publicznie, że tak, ma swój kanał komunikacji z Julianem Assange'em. A lektura jego Twittera pozwala przypuszczać, że mógł wiedzieć sporo o tym, co znajduje się w wykradzionych mailach Demokratów .

Być może dlatego Ekwador zdecydował się na bezprecedensowy ruch:

Oświadczenie Ekwadorczyków mówi jasno: "Ekwador szanuje zasadę nieinterwencji w wewnętrzne sprawy innych krajów". Ambasada odcięła internet szefowi Wikileaks, ponieważ w ostatnich tygodniach "opublikował on dokumenty mające wpływ na kampanię w USA".

20 stycznia Trump złoży przysięgę prezydencką. Tydzień temu we wściekłym tweecie podkreślał, że Rosja nigdy nie próbowała na niego wpłynąć. "Nie mam nic wspólnego z Rosją - żadnych umów, żadnych pożyczek, nic!" - napisał Trump .

Napisał to mniej więcej w tym samym czasie, gdy amerykańskie media ujawniły istnienie potencjalnie kompromitujących materiałów dotyczących jego osoby, zebranych rzekomo przez rosyjskie służby. Materiały te są teraz weryfikowane. Niezależnie jednak od tego, czy amerykańskie agencje bezpieczeństwa potwierdzą ich autentyczność, czy nie, już sam fakt istnienia możliwości przygotowania takiego, z rosyjska mówiąc, "kompromatu", jest niepokojący. Start prezydentury Donalda Trumpa nie będzie łatwy.

(Od redakcji: Pierwsza wersja tego artykułu została opublikowana w dzień wyborów w USA. Od tego czasu pojawiło się w tej sprawie wiele nowych informacji, o które zaktualizowaliśmy niniejszą publikację).

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego "Dziennika" i działu społecznego "Newsweeka". Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Prowadzi bloga Realpolitik , bywa na Twitterze .

Zobacz wideo