artykuły
Hillary Clinton poprawia makijaż w Niebieskim Pokoju (fot. materiały prasowe / 'Rezydencja. Sekretne życie Białego Domu')
Hillary Clinton poprawia makijaż w Niebieskim Pokoju (fot. materiały prasowe / 'Rezydencja. Sekretne życie Białego Domu')

Całe łóżko prezydenta i pierwszej damy było poplamione krwią. Pracownik personelu odebrał telefon od przerażonej pokojówki, która to zobaczyła jako pierwsza. Trzeba było, aby ktoś szybko poszedł sprawdzić, co się stało. To była krew Billa Clintona. Prezydentowi założono kilka szwów. Jak sam stwierdził, uderzył się, wpadając po ciemku w nocy na drzwi od łazienki. Jednak jego wyjaśnienia nie przekonały wszystkich. - Byliśmy niemal pewni, że uderzyła go książką - powiedział jeden z pracowników.

Czy ktoś mógł być lepiej poinformowany niż personel rezydencji? Zdarzenie miało miejsce wkrótce po ujawnieniu romansu prezydenta ze stażystką, który na pewno przyczynił się do małżeńskiego kryzysu Clintonów. Na stoliku nocnym stało przynajmniej dwadzieścia książek, w tym Pismo Święte, toteż zdradzona żona miała w czym wybierać.

W listopadzie 1995 roku Clinton wdał się w romans z Monicą Lewinsky, dwudziestodwuletnią stażystką w Białym Domu. W ciągu roku doszło między nimi do około dwunastu zbliżeń o charakterze seksualnym, z czego połowa miała miejsce w Gabinecie Owalnym. Kiedy ich romans, dwa lata po jego rozpoczęciu, ujrzał światło dzienne, wywołał medialną burzę, która nie ucichła aż do końca prezydentury Clintona. Szczegóły sprawy wyszły na jaw podczas czteroletniego dochodzenia prowadzonego przez niezależnego prokuratora Kennetha Starra, który badał także inne zarzuty, w tym dotyczące tak zwanych afer Whitewater oraz Travelgate, podczas której pracę straciło kilku długoletnich pracowników Białego Domu z biura ds. wyjazdów. Choć nie wchodzili oni w skład personelu, to wielu członków obsługi, według odźwiernego Skipa Allena, zaniepokoiło się tymi zwolnieniami. Bo przecież większość personelu poświęciła życie pracy w Białym Domu i niektórzy poczuli się zagrożeni.

Zaprzysiężenie Billa Clintona na prezydenta USA. Towarzyszą mu żona i córka (fot. Official White House photograph / wikimedia.org / domena publiczna)

- Atmosfera panująca w rezydencji była bardzo napięta, bo choć każdy był na etacie, to nigdy nie wiadomo, jaki będzie finał podobnej sprawy i kogo jeszcze wyrzucą. Allen przypomina, że pracownicy rządowi, podobnie jak wykładowcy uniwersyteccy, są zatrudniani na etat i bardzo trudno jest ich zwolnić, dlatego tak szokujące było, kiedy tamci ludzie odeszli w trybie przyspieszonym. Krytykowano także Clintonów za wykorzystywanie Balkonu Lincolna do zalecania się zamożnym sponsorom.

Siedemnastego sierpnia 1998 roku Clinton jako pierwszy prezydent zeznawał przed Wielką Ławą Przysięgłych. Główny elektryk Bill Cliber, który pomagał podpiąć zasilanie potrzebne do transmisji długiego, czteroipółgodzinnego zeznania Clintona wygłoszonego przed kamerami, pamięta, że prezydent był tamtego dnia "w bardzo kiepskim nastroju". Tego samego dnia Clinton przyznał się w studiu telewizji ogólnokrajowej do "niewłaściwego zachowania" wobec Lewinsky. Cztery miesiące później zdominowana przez Partię Republikańską Izba Reprezentantów doprowadziła do głosowania za jego impeachmentem, jednak po upływie pięciu tygodni Clinton został uniewinniony przez głosowanie Senatu.

Bill Cliber (fot. materiały prasowe wydawnictwa Znak)

Opinia publiczna o sprawie Lewinsky usłyszała po raz pierwszy w styczniu 1998 roku. Jednak niektórzy pracownicy rezydencji wiedzieli wcześniej o romansie, który trwał między listopadem 1995 a marcem 1997 roku. Kamerdynerzy widzieli prezydenta z Lewinsky w domowym kinie, a ponieważ pokazywali się razem bardzo często, członkowie personelu często opowiadali sobie, gdzie i kiedy zobaczyli stażystkę. Kamerdynerzy, którzy są najbliżej rodziny, zapamiętale strzegą podobnych sekretów, ale od czasu do czasu dzielą się z kolegami okruchami informacji, które mogą się okazać potrzebne, albo zwyczajnie chełpią się posiadaną wiedzą. Jedna z pracownic personelu, pragnąca zachować anonimowość, pamięta, jak stała w głównym korytarzu za kuchnią, którego używali urzędnicy zatrudnieni we Wschodnim i Zachodnim Skrzydle. - To ona, to ta dziewczyna - szepnął kamerdyner, trącając ją łokciem, kiedy zauważył przechodzącą Lewinsky. - Nie mogę się mylić. To właśnie ona była wtedy w kinie.

Prawie dwadzieścia lat później wielu pracowników rezydencji niechętnie dzieli się wspomnieniami dotyczącymi małżeńskich scen Clintonów, których byli świadkami. Każdy jednak był świadom przygnębienia, które zapanowało na drugim i trzecim piętrze, kiedy sprawa ciągnęła się przez cały 1998 rok.

Personel był świadkiem przykrych następstw romansu i ofiary, jaką przyszło zapłacić Hillary Clinton, ale urzędnicy Zachodniego Skrzydła od dawna podejrzewali, że na drugim piętrze Rezydencji Wykonawczej rozgrywa się prawdziwy dramat. - Zdzieliłaby go patelnią, gdyby miała ją pod ręką - powiedziała podczas wywiadu udzielonego w Centrum Millera na Uniwersytecie Wirginii w ramach projektu nagrywania ustnych świadectw na temat prezydentury Clintona bliska przyjaciółka i doradca polityczny pierwszej damy Susan Thomases. - Ona nigdy, nawet w myślach, nie zakładała, że mogłaby od niego odejść czy się z nim rozwieść.

Monica Lewinsky w 1997 r. (po lewej - fot.: Helene C. Stikkel / wikimedia.org / domena publiczna) i w 2015 r. (fot. Steve Jurvetson / flickr.com / CC BY 2.0)

Obecnie siedemdziesięcioośmioletnia Betty Finney zaczęła pracę w Białym Domu w 1993 roku na stanowisku pokojówki. Większość czasu spędzała w prywatnych pokojach rodziny prezydenckiej i dobrze pamięta, jak bardzo się tam zmieniło w ostatnich latach urzędowania Clintona. - Napięcie było zdecydowanie większe. Żal było ich wszystkich, że przechodzili przez to jako rodzina - powiedziała. - Przede wszystkim dominował smutek. Prawie nikt się nie uśmiechał.

Florysta Bob Scanlan nie przebiera w słowach, charakteryzując panującą atmosferę. - Po wejściu na drugie piętro miało się wrażenie, jakby człowiek znalazł się w kostnicy. Pani Clinton się ukrywała.

Chwile nienaturalnej ciszy przerywały gorączkowe kłótnie i sceny. Jedna awantura wybuchła około świąt Bożego Narodzenia w 1996 roku, kiedy romans prezydenta z Lewinsky już kwitł.

W zakładzie gospodarstwa domowego zajmowano się, jak zazwyczaj o tej porze roku, pakowaniem prezentów od pierwszej rodziny. (...)

Jedna z pracownic pamięta, że tamtego roku jej uwagę przykuł dość nietypowy prezent, który miała zapakować. Był to tomik poezji Walta Whitmana "Źdźbła trawy". Po zawinięciu książki w ozdobny papier odłożyła ją na stół i zapomniała o niej. Kilka miesięcy później, w lutym 1997 roku, prezydent dał Lewinsky egzemplarz "Źdźbeł trawy". Dopiero później pracownica dowiedziała się, że upominek, który zapakowała, był najprawdopodobniej tym samym, który Clinton podarował swojej kochance.

Po świętach, jak opowiedziała mi ta pracownica, prezydent rozpaczliwie pragnął zabrać książkę z sypialni Clintonów, ale pierwsza dama nie była jeszcze ubrana i nikt nie chciał jej przeszkadzać. - Betty Currie, sekretarka prezydenta, zadzwoniła do lokaja, który zwrócił się do mnie z prośbą, żebym weszła do środka, ale powiedziałam mu, że nie ma mowy - relacjonuje pracownica. Zamknięte drzwi do małżeńskiej sypialni prezydenckiej pary są równoznaczne z hotelową wywieszką "Nie przeszkadzać". - W końcu Betty Currie chyba zadzwoniła wprost do pani Clinton.

Chwilę później książka wyleciała przez drzwi sypialni. Hillary wyrzuciła ją na korytarz. Lokaj prezydenta podniósł ją i zaniósł do Currie. Nie ma pewności, czy książka, którą pierwsza dama wyrzuciła z sypialni, była tą samą, którą prezydent podarował Lewinsky, ale wspomnienia pracownicy dają nam wyobrażenie o panującej wtedy napiętej atmosferze.

Biały Dom (fot. PHC C.M. Fitzpatrick / wikimedia.org / domena publiczna)

Florysta Ronn Payne pamięta, jak pewnego dnia, gdy służbową windą przyjechał z wózkiem zabrać stare bukiety, zobaczył, że dwóch kamerdynerów stoi przed drzwiami do Zachodniej Bawialni, przysłuchując się zażartej kłótni Clintonów. Kiwnęli na niego i z palcem przytkniętym do ust kazali mu być cicho. Nagle usłyszał, jak pierwsza dama wyzywa prezydenta od "cholernych łajdaków!", a potem ktoś rzucił ciężkim przedmiotem. Wśród personelu chodziła plotka, że Hillary cisnęła w męża lampką. Payne wspomina, że kazano kamerdynerom posprzątać bałagan. W wywiadzie udzielonym Barbarze Walters pani Clinton zbagatelizowała historię, która trafiła do plotkarskich kolumn. - Jestem silna, nie przeczę - oświadczyła. - Ale gdybym rzuciła w kogoś lampką, na pewno bym o tym pamiętała. Wybuch nie zaskoczył Payne'a. - W Białym Domu za urzędowania Clintona słyszało się wiele przekleństw - powiedział. - Personel zawsze wie, co się dzieje.

Podczas pracy w Białym Domu Payne zrobił test na wirusa HIV i jego wynik okazał się pozytywny. Bardzo się rozchorował, w pewnym momencie stracił prawie dwadzieścia kilogramów. Chciał wziąć dłuższy urlop, ale powiedziano mu, że ma tylko dwie opcje: albo się zwolni, albo przejdzie na wcześniejszą emeryturę. Zdecydował się na drugą opcję. Miał nadzieję, że jeszcze wróci, gdy dojdzie do siebie, bo wiedział, że niektórzy z emerytowanych pracowników wracali czasem do pracy. - Można sobie wyobrazić, jak wyglądałem. Wiedziałem, że na górze nie chcieli mnie oglądać - przyznał. - Chciałem wrócić do sił, nabrać ciała.

Kiedy poczuł się na tyle dobrze, żeby znów pracować, powiedziano mu, że to niemożliwe, bo odchodząc na emeryturę, dostał orzeczenie o niezdolności do pracy. Nigdy nikt nie powiedział mu wprost, że stracił posadę, bo był nosicielem wirusa HIV. Nie wiedział, kto tak naprawdę stał za tą decyzją - Clintonowie raczej nie byli na bieżąco - dlatego nie rozgrzebywał sprawy. Ale przez kilka lat kierowano się twardą zasadą, także podczas poprzednich administracji, że osoba z wirusem HIV nie może stykać się bezpośrednio z członkami pierwszej rodziny. - Innym nosicielom wirusa HIV bardzo utrudniano życie - opowiada Payne. - Niektórych przeniesiono do pracy w znajdującej się w piwnicy pralni. Inni mieli zajmować się ogrodem. Floryści jednak wchodzą do każdego pokoju Rezydencji Wykonawczej, w tym do rodzinnych sypialni, dlatego powrót na dawne stanowisko był dla niego niemożliwy. Serce mu pękło, kiedy jego praca w Białym Domu dobiegła do tak bolesnego końca. Wielu kolegów serdecznie go wspomina.

*

W apogeum skandalu Hillary odwoływała umówione na popołudnia spotkania. Szczegóły zarządzania rezydencją, bez dwóch zdań, zeszły na dalszy plan w obliczu konieczności ratowania małżeństwa i reputacji męża. Przez trzy, cztery miesiące w 1998 roku prezydent spał na sofie w swojej pracowni przylegającej do małżeńskiej sypialni na drugim piętrze. Większość kobiecego personelu uznała, że dostał to, na co zasłużył. Nawet kamerdyner James Ramsey, który sam siebie uważał za kobieciarza, był wyraźnie zmieszany, kiedy poruszano ten temat. Twierdził, że Clinton to: - Równy gość, ale... doprawdy... Zresztą podczas skandalu z Lewinsky Ramsey, jak zawsze, trzymał "język za zębami".

James Ramsey (fot. materiały prasowe wydawnictwa Znak)

Niektórzy pracownicy uważali, że Hillary wiedziała o Lewinsky dużo wcześniej, nim sprawa ujrzała światło dzienne, i pierwszą damę rozzłościł nie tyle romans prezydenta, ile jego ujawnienie oraz wynikła w konsekwencji tego nagonka medialna.

W tych trudnych miesiącach wybuchowy temperament pani Clinton dał się wszystkim we znaki. Kamerdyner James Hall wspomina, jak serwował kawę i herbatę podczas przyjęcia na cześć zagranicznej głowy państwa. Nagle, kiedy stał za kontuarem, podeszła do niego pierwsza dama. - Gdzie ty masz oczy?! - zbeształa go. - Sama musiałam zabrać pustą filiżankę od żony premiera, bo nie wiedziała, gdzie powinna ją odłożyć. Hall oniemiał, jego rolą było podawanie napojów, a pozostali kamerdynerzy z tacami zbierali od gości naczynia. Wiedział jednak, że nie ma najmniejszego sensu się tłumaczyć. Pani Clinton poskarżyła się w biurze mistrza ceremonii i przez cały kolejny miesiąc nie angażowano go do pomocy.

- W czasie impeachmentu nie było wcale tak źle - powiedział były główny magazynier Bill Hamilton, jednocześnie przyznając, że praca z panią Clinton w tych trudnych miesiącach stanowiła duże wyzwanie. - Zwyczajnie ją to przytłoczyło i kiedy człowiek się do niej odzywał, to odpowiadała krzykiem. Przy tych słowach Hamilton pokręcił głową. Przyznał, że mimo to uwielbiał pracować dla Clintonów. Choć odszedł na emeryturę w 2013 roku, to czasem żałował, że nie mógł już dłużej zostać w Białym Domu, bo przecież Hillary Clinton prawdopodobnie może powrócić jako pierwsza w historii kobieta na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych. Dodał, że z przyjemnością znów by dla niej pracował, niepomny na rejwach, który panował podczas ośmioletniego pobytu Clintonów w rezydencji. Dziś szczerze współczuje pierwszej damie niespokojnych dni, które były jej udziałem. - Stało się, ona o tym wiedziała, a wszyscy na nią patrzyli - dorzucił Hamilton. (...)

*

W pewien słoneczny sierpniowy weekend w 1998 roku, tuż przed wyznaniem prezydenta skierowanym do całego narodu, pierwsza dama zwróciła się do odźwiernego Worthingtona White'a z niecodzienną prośbą. - Worthingtonie, potrzebuję posiedzieć przy basenie, ale nie chciałabym widzieć nikogo oprócz ciebie - oznajmiła. - Oczywiście, proszę pani, rozumiem - odpowiedział z pełną wyrozumiałością. White doskonale wiedział, co miała na myśli. Nie chciała widzieć swoich ochroniarzy z Secret Service ani ludzi kręcących się po ogrodach Białego Domu i zdecydowanie nie miała ochoty na spotkanie z turystami zwiedzającymi Zachodnie Skrzydło. - W takim właśnie była nastroju - wspomina. Hillary Clinton pragnęła kilku godzin spokoju.

Hillary Clinton poprawia makijaż w Niebieskim Pokoju przed kolacją dla krajowej rady gubernatorów, z tyłu stoi długoletni kamerdyner James Jeffries. Clintonowie, podobnie jak Kennedy i Johnsonowie, uwielbiali przyjęcia, co odbiło się na personelu. Jeffries pamięta, jak poradził zmęczonemu Billowi Clintonowi: "Musi pan odpocząć" (fot. materiały prasowe / "Rezydencja. Sekretne życie Białego Domu")

White poinformował ją, że potrzebuje pięciu minut na przygotowania. Popędził do szefa ochrony pierwszej damy i powiedział, że muszą razem dołożyć starań, żeby spełnić jej prośbę. Czas naglił. - Nasza rozmowa trwała może dwadzieścia sekund, ale wiedziałem, o co jej chodziło. Jeśli ktokolwiek ją zobaczy albo ona zobaczy kogokolwiek, zostanę zwolniony - powiedział White agentowi, dodając jeszcze: - Ty prawdopodobnie też. Agenci z Secret Service wyznaczeni do ochrony pierwszej damy zgodzili się ją tylko obserwować, mimo że protokół nakazywał, aby zawsze u jej boku było dwóch ochroniarzy, jeden z przodu, drugi z tyłu. (...)

[White] Spotkał się z panią Clinton przy windzie, odprowadził ją do basenu, za nimi szli ochroniarze, ale wokół nie było żywej duszy. Hillary założyła okulary do czytania w czerwonych oprawkach, miała ze sobą kilka książek. Była nieumalowana i nieuczesana. Według White'a wyglądała na załamaną. W drodze na basen nie zamienili ani słowa. - Czy mam zawołać kamerdynera? - zapytał White, kiedy dotarli na miejsce. - Nie. - Czy będzie pani czegoś potrzebować? - Nie, jest dziś pięknie, dlatego posiedzę tu, żeby nacieszyć się słońcem. Zawołam cię, kiedy będę chciała wrócić. - W porządku, proszę pani - odpowiedział White. - Jest dwunasta, a dziś kończę pracę o pierwszej, mój zmiennik będzie w pobliżu. Clinton posłała mu długie spojrzenie. - Zawołam cię, gdy skończę. - Oczywiście, proszę pani - powiedział White, uświadamiając sobie, że musi zostać tak długo, jak będzie sobie życzyła.

Zawołała go do siebie dopiero o wpół do czwartej po południu. (...)

Niektórzy z pracowników personelu zostali nawet wciągnięci w skandal. Konserwator Linsey Little pamięta, że w pewnym momencie został wezwany na drugie piętro, aby odpowiedzieć na pytania dotyczące romansu. Kiedy stawił się na miejscu, czekał tam na niego groźny agent federalny, który zapytał, czy już wcześniej widział Lewinsky. Little nerwowo zaprzeczył. - Chcą sprawić, żeby człowiek poczuł, że oni sądzą, iż coś się wie - skomentował. Powtórzył, że nie zauważył niczego niewłaściwego, ale nawet jakby tak było, to przyznaje, nie byłby skory do ryzykowania utraty pracy i wylądowania na pierwszych stronach gazet. - Moje nazwisko znalazłoby się wtedy w świetle reflektorów - dodał.

Według Mesniera rok 1998 należał do "wyjątkowo smutnych", bo w szponach skandalu znalazło się dwoje wspaniałych ludzi. Ponadto, podobnie jak wielu innych, bardzo współczuł córce Clintonów Chelsea. Na słynnym zdjęciu zrobionym osiemnastego sierpnia 1998 roku, dzień po zawstydzającym wyznaniu jej ojca, Chelsea trzyma oboje rodziców za ręce w czasie drogi przez południowy trawnik do śmigłowca. Mesnier pokręcił głową na samą myśl, przez co musiała przejść ta dziewczyna. - Chelsea bezdyskusyjnie należała do najbardziej uroczych osób, jakie się spotyka w życiu, a jak tu znieść to, że spadła na nich ta durna afera? Durna. Wszystkim było niesamowicie trudno.

Rodzina Clintonów (fot. Office of the President of the United States / wikimedia.org / domena publiczna)

Odźwierny Skip Allen przyznaje, że łatwiej mu się obsługiwało rodziny, które darzył szczerą, nieudawaną sympatią. - Jesteśmy jednak mistrzami pozorów - zapewnia. Allen nie potrafi ukryć rezerwy, którą żywi wobec Clintonów. Podczas lunchu nad brzegiem basenu w jego ogromnym domu w sielskiej Pensylwanii z dumą wspominał, jak pani Clinton zawsze zwracała się do niego z prośbą o zawiązanie kokard przy jej strojach, bo sama sobie z tym nie radziła. Ale dodał, że Clintonowie nigdy w pełni nie zaufali personelowi, a szczególnie podejrzliwie podchodzili do biura mistrza ceremonii. - Należeli do największych paranoików, jakich w życiu spotkałem - stwierdza.

Allen nie jest wyjątkiem, inni mają równie gorzkie wspomnienia z pobytu Clintonów w Białym Domu. Odźwierny Chris Emery, blisko związany z rodziną Bushów, miał wrażenie, że Clintonowie zbyt często poddawali go różnym testom. Pracował dla nich przez czternaście miesięcy i w tym czasie wysłano go na trzy kontrole antynarkotykowe, poza tym przyspieszono termin badania środowiskowego, które planowo miało go czekać dopiero za kilka lat. Uważa, że niektóre pytania, które mu postawiono - na przykład o to, do jakiego Kościoła należy - były bardzo osobiste, odmówił więc udzielenia odpowiedzi. - Wydaje mi się, że chcieli znaleźć na mnie haka, żeby mogli łatwiej mnie zwolnić. Westchnął. I faktycznie, kiedy Emery dostał wypowiedzenie w 1994 roku, jego powodem była częściowo przysługa, którą oddał byłej pierwszej damie Barbarze Bush. Podczas pierwszej kadencji Busha Emery okazał się bardzo pomocny dla jego żony. - Byliśmy bardzo blisko związani. Chris nauczył mnie obsługiwać komputer - przyznała pani Bush.

Po opuszczeniu Białego Domu Barbara Bush zaczęła spisywać wspomnienia i kiedy zgubiła jeden z rozdziałów, zwróciła się ze swoim problemem do Emery'ego. Ten z przyjemnością pospieszył jej z pomocą, jednak przysługa była niczym woda na młyn podejrzeń Clintonów, że personel zbytnio spoufalił się z rodziną Bushów. Kiedy Clintonowie zobaczyli rejestr rozmów odźwiernych, według Emery'ego: - Doszli do wniosku, że zadzwoniłem do Houston i zdradziłem Bushom jakieś ciemne i brudne sekrety. Nie było to prawdą. Niedługo później mistrz ceremonii Gary Walters wezwał Emery'ego do swojego biura. - Pani Clinton nie jest z ciebie zadowolona - usłyszał od Waltersa. - Jak mam to rozumieć? - zapytał zaskoczony Emery. - Tak, że jutro przychodzisz do pracy ostatni raz.

Clintonowie z córką. Rok 1997 (fot. White House / wikimedia.org / domena publiczna)

Barbara Bush przyznaje, że jej telefony do Chrisa "wpędziły go w tarapaty". Emery został publicznie zrugany za, cytując słowa rzecznika prasowego Hillary Neela Lattimore'a, "zdumiewający brak dyskrecji". - Wierzymy, że praca, którą wykonywał jako członek personelu rezydencji, wymaga szczególnego poszanowania prywatności pierwszej rodziny. Emery wyznaje, że był zdruzgotany, gdy stracił pracę i pensję w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie. - Przez rok nie pracowałem - mówi. - Nagle zostałem na lodzie bez środków do życia. Ciekawe, co by zrobili komuś, kto naprawdę ma coś do powiedzenia. (...)

Teraz, po latach, Emery ze smutkiem przyznaje, że rozumie, dlaczego stracił pracę. - Naciskali na nią ze wszystkich stron - mówi o pani Clinton - i niestety, zostałem kozłem ofiarnym.

Ale przynajmniej jeden z byłych kolegów kwestionuje pretensje Emery'ego. Osoba, która pragnęła zachować anonimowość, powiedziała mi, że paranoja Clintonów w stosunku do personelu była uzasadniona, bo przecież wielu pracowników przez dwanaście lat służyło prezydentom z Partii Republikańskiej. Usłyszałam także, że "każdy w biurze mistrza ceremonii był rozczarowany, kiedy nie wybrano prezydenta George'a H.W. Busha na drugą kadencję... i nikt się z tym nie krył przed Clintonami". Szczególnie Emery był, cytując moje anonimowe źródło, "republikaninem z krwi i kości", sam zresztą mi powiedział, że gdyby Reaganowie, składając urząd, poprosili go, toby z nimi pojechał do Kalifornii. (...)

Clintonowie mieli też dobry powód, aby obawiać się o kwestie bezpieczeństwa. Wciąż byli wstrząśnięci po pomówieniach policjantów stanu Arkansas, wyznaczonych do ochrony gubernatora Clintona, którzy później powiedzieli dziennikarzom, że pomagali politykowi w nawiązywaniu romansów, co zyskało medialną nazwę afery Troopergate. Szczególnie jedno wydarzenie wzbudziło niepokój prezydenckiej pary. W 1994 roku, kiedy Clintonowie podczas Wielkanocy przebywali w Camp David, była niania Chelsea i asystentka ds. personelu Białego Domu Helen Dickey była w swoim pokoju na trzecim piętrze rezydencji. W późnych godzinach nocnych dobiegły ją hałasy z położonych piętro niżej prywatnych pomieszczeń rodziny prezydenckiej. Zeszła, aby sprawdzić, co się dzieje, i zobaczyła grupę ubranych na czarno uzbrojonych mężczyzn przeglądających rzeczy Clintonów. - Co tu robicie? Nie macie prawa tu być! - wrzasnęła. - Jesteśmy z Secret Service i robimy to, co do nas należy. Proszę wyjść - odpowiedzieli jej. Po powrocie Hillary zwróciła się o wyjaśnienia do mistrza ceremonii Gary'ego Waltersa. Przeprosił ją, tłumacząc, że zapomniał uprzedzić, iż agenci przeczesywali drugie piętro w poszukiwaniu urządzeń podsłuchowych. Pierwsza dama aż posiniała z gniewu. (...)

Wiele osób przyznało, że Chelsea Clinton odnosiła się z szacunkiem do pracowników personelu. Ale Ronn Payne uważa, że podobnie jak rodzice była wrogo nastawiona do agentów Secret Service. (...) Według Payne'a, kiedy pewnego dnia przechodził przez prywatną kuchnię na drugim piętrze, za nim wszedł agent, aby odprowadzić Chelsea do Sidwell Friends, prywatnej szkoły w północno-zachodnim Waszyngtonie, do której uczęszczała. Dziewczyna rozmawiała przez telefon. - Och, muszę kończyć - powiedziała do słuchawki. - Przyszedł pies. Payne pamięta, że agent "spalił raka" i zwrócił się do dziewczyny: - Panno Clinton, chciałbym coś wyjaśnić. Moja praca polega na tym, że mam stanąć między kulą zamachowca a panienką i jej rodzicami. Czy to jest jasne? Odpowiedziała mu: - Jednak tak was nazywają moi rodzice.

Fragment pochodzi z książki Kate Anderson Brower "Rezydencja. Sekretne życie Białego Domu" w tłumaczeniu Adrianny Celińskiej, która ukazała się nakładem wyd. Znak

Kate Anderson Brower, "Rezydencja. Sekretne życie Białego Domu" (fot. Pete Williams / materiały promocyjne)

Kate Anderson Brower . Dziennikarka Bloomberg News, CBS News, Fox News. Spędziła cztery lata w Białym Domu jako akredytowany korespondent. Mieszka w Waszyngtonie z mężem i dwójką dzieci. Jej książka "Rezydencja. Sekretne życie Białego domu", która została światowy bestsellerem, powstała dzięki godzinom rozmów z byłymi członkami personelu, pierwszymi damami i rodzinami prezydentów. Na podstawie książki powstaje nowy serial producentów "House of Cards".

(fot. Publio.pl)