Od redakcji: "Eksperyment społeczny" Betlejewskiego polegał na tym, że wynajęci aktorzy przeprowadzali w Radomiu rozmowy kwalifikacyjne z ludźmi szukającymi pracy. Proponowali im dobrze, a nawet bardzo dobrze płatne zajęcie, jeśli zgodzą się działać niezgodnie z prawem lub świadczyć usługi daleko wykraczające poza standardowe obowiązki służbowe. Więcej: >>>> CZYTAJ .
"Pierwszy sygnał nadszedł kwadrans po dziesiątej: do sklepu alkoholowego numer 20 wpadła grupka rozwydrzeńców, porwała kilka butelek. Aleksandra Adamczyk, prezes radomskiego "Społem" kazała natychmiast zamykać sklepy tej branży. To było proste, ale co z alkoholowymi stoiskami w sklepach ogólnych?".
"Dopiero gdzieś tak po drugiej, koło trzeciej, kiedy napięcie sięgało zenitu i już zaczęły się podpalenia - coraz liczniejsze, coraz bardziej agresywne watahy wyrostków rozbiegły się po sąsiednich ulicach. Wykipiała szumowina".
"Dyrektor Bohdan Wróblewski odesłał ekspedientki, zebrał kilku krzepkich mężczyzn z personelu i obwarował się jak w fortecy. Tylko paru złodziejaszków zdążyło na drugim piętrze obrobić stoisko radiowe, porwać magnetofon i aparaty tranzystorowe".
Powyższe cytaty pochodzą z tekstu Alfreda Łosia zatytułowanego "Płakały, a broniły". Opublikowano go w tygodniku "Polityka" 17 lipca 1976 roku. Trafiłem na niego, przeglądając archiwalne wydania prasy z połowy lat siedemdziesiątych. Jego wymowa jest jasna - oto w Radomiu doszło do rozruchów na tle rabunkowym. Rozwydrzeni młodzi, krewcy i leniwi postanowili sięgnąć po to, co nie należało do nich. W swym bezmyślnym bydlęcym pochodzie rozdeptali nawet stragan z Bogu ducha winnymi truskawkami.
Dopiero po dłuższej chwili czytania dotarło do mnie, że tekst odnosi się do wydarzeń radomskich, kiedy to robotnicy tamtejszych fabryk wystąpili przeciw władzy planującej wprowadzenie kolejnych podwyżek żywności. W samych rozruchach zginęły dwie osoby, w konsekwencji wydarzeń dwie następne. Ale to właśnie wtedy zaczęła się zła passa Radomia. Miasto będące przemysłowym prymusem zostało odcięte od łask i pieniędzy płynących z Warszawy. Wstrzymano inwestycje, o zaszczytach takich jak choćby organizacja centralnych dożynek mieszkańcy miasta mogli zapomnieć. Radom, za sprawą żądnych zemsty komunistycznych dygnitarzy, stał się chłopcem do bicia - miał być żulem wśród miast, "szumowiną, która ciągle wybija". Tekst w Polityce, jest jednym z pierwszych rozdziałów tej opowieści.
Ten wizerunek miasta przeżył komunizm. Upadek radomskiego przemysłu bardzo się temu przysłużył. Radom należy do tej grupy ośrodków, które przerobiły najbardziej bolesny wariant transformacji. Wśród nich są też górnicze miasta Górnego i Dolnego Śląska, jest Wałbrzych, jest także włókiennicza niegdyś Łódź. Upadek fabryk w Radomiu zostawił po sobie dziesiątki tysięcy poprzemysłowych sierot oraz złogi równie szczerej, co uzasadnionej frustracji. Na to wszystko nałożyła się reforma administracyjna roku 1998. Zniknęło województwo radomskie, a wraz z nim urzędnicy, którzy mieli na swoich biurkach telefony z bezpośrednim połączeniem do ministerstw. Radom, wbrew historycznym uwarunkowaniom, został włączony nie do Małopolski, której zawsze był częścią, a do Mazowsza. W ten sposób drugie miasto nowego hiperwojewództwa zostało tak naprawdę skazane na zmarnowanie w cieniu Warszawy.
Radomianie o swoim mieście: ''Tu ludzie są grzeczniejsi, a sprawy załatwiane szybciej niż w stolicy'' >>>> CZYTAJ .
Jak ten mechanizm działa można zrozumieć, przyglądając się tak prostej wydawałoby się sprawie jak modernizacja linii kolejowej łączącej Radom, drugie pod względem wielkości miasto tego województwa ze stolicą. Dziś dzielące je 103 kilometry pociąg pokonuje ze średnią prędkością nieprzekraczającą 50 kilometrów na godzinę. Jedzie w najlepszym wypadku 2 godziny i 25 minut. Remont torów ciągle spada z listy kolejowych priorytetów, jego ukończenie planowane jest gdzieś tak w okolicach roku 2022. Doświadczenie jednak uczy, że w tę datę nie należy wierzyć bezgranicznie.
W 1998 roku w mieście było 231,5 tysiąca mieszkańców. Dziś jest ich o 15 tysięcy mniej. Ale to tylko oficjalne dane, bo tych, którzy są zameldowani w Radomiu, a tak naprawdę żyją w Warszawie policzyć dokładnie właściwie się nie da. Jeśli miasto pojawiało się na dłużej w mediach, to tylko wówczas, gdy można było potwierdzić tę stereotypową figurę "chłopca do bicia".
To, co tam naprawdę się działo, interesowało niewielu. Nie interesowało to też Rafała Betlejewskiego, który swój kuriozalny pseudoeksperyment postanowił zorganizować właśnie w Radomiu - "zagłębiu polskiego smutku". W ten sposób wpisał się po prostu w stworzoną jeszcze w PRL-u narrację, w ogóle się nad nią nie zastanawiając. "W opustoszałej hurtowni po nie-wiadomo-czym" urządził mistyfikację naboru do pracy, podczas której nieświadomym niczego kandydatom proponował upokarzające zajęcia. W ten sposób chciał pokazać, do czego zdolni są ludzie, by zdobyć pracę. Zdefiniował w ten sposób na nowo dziennikarstwo zbudowane na narcyzmie, takie, którego horyzont i głębię wyznacza tylko i wyłącznie szerokość własnego lustra.
Właściwie nie warto zniżać się do oceny tego działania. Betlejewski dziś się z niego tłumaczy, i to w zasadzie jeszcze gorzej, bo wsłuchując się w te tłumaczenia trudno nie odnieść wrażenia, że obnażają one tylko intelektualną i moralną miałkość całego przedsięwzięcia. Na dno ciągnie za sobą Medium Publiczne, redakcję, której jest naczelnym i która na sztandarach wypisała sobie podnoszenie standardu dziennikarstwa w Polsce. Kto miał dość instynktu samozachowawczego, wypisał się z tego przedsięwzięcia w ciągu kilkudziesięciu ostatnich godzin, zaraz po tym, gdy stało się jasne, że nadzorująca Medium rada (której Betlejewski jest członkiem) nie zamierza zdecydowanie potępić publikacji.
Ważniejsze w całej sprawie jest to, że cel, jaki rzekomo postawił przed sobą Betlejewski, osiągalny jest przy pomocy narzędzi, których od lat używają reporterzy. Żeby zobaczyć, do czego zdolni są ludzie zagrożeni bezrobociem, wcale nie trzeba robić upokarzającego ich pseudoeksperymentu. Wystarczy pójść o świcie w roboczy dzień na radomski dworzec. Albo wyjść na wylotówkę i popatrzeć sobie na kawalkadę samochodów z zaspanymi ludźmi jadącymi do pracy w Warszawie.
Dobrze byłoby też przy tym poczytać, jak doskonale mamy opisane w polskim reportażu transformacyjne bóle i dramaty lat dziewięćdziesiątych. Teksty z tamtego czasu pisane przez Lidię Ostałowską, Irenę Morawską, Mariusza Szczygła, Wojciecha Tochmana, Jacka Hugo-Badera, Włodzimierza Nowaka czy Wojciecha Staszewskiego (żeby wymienić tylko kilkoro) wyznaczają wzorzec empatii wobec umęczonego życiem bohatera. Nie ma w nich cienia arogancji, na jakiej zbudowana jest prowokacja Betlejewskiego. Jest za to wielki wysiłek, tytaniczna reporterska robota, której nadrzędnym celem jest opowieść o wykluczonych i pominiętych, a nie prymitywna autokreacja.
Ale Betlejewski błądzi z jeszcze innego powodu. Szukając "zagłębia polskiego smutku" trafia do miejsca, które wcale nim nie jest. Są bowiem w Polsce miasta dotknięte o wiele większym bezrobociem, depopulacją i problemami niż Radom. Są ośrodki, którym choćby ze względu na wielkość i położenie trudniej idzie wygrzebywanie się z potransformacyjnych kłopotów, są takie, które nie mają nawet pofabrycznych ruin, na których mogłyby budować swój nowy rynek pracy (tak jak to dziś dzieje się w radomskiej Strefie Łucznika). Są wreszcie miasta, w których jakości życia nie można sobie stosunkowo łatwo podnieść dzięki względnej, ale jednak bliskości Warszawy. Ludzie zagrożeni bezrobociem w Radomiu często zaciskają zęby i wyjeżdżają do stolicy za chlebem.
W wielu miastach Polski takie codzienne czy cotygodniowe dojazdy nie są możliwe. Żadne z nich nie jest "zagłębiem polskiego smutku", bo takie miejsce nie istnieje. Wszystkie tworzą jednak prawdziwą mapę problemów, które z perspektywy Warszawy są niewidoczne i o których należy opowiadać. Ich znalezienie i podróż do nich wymagałyby jednak od Betlejewskiego wysiłku. On wolał zrobić swój show w Radomiu, bo Radom jest po prostu blisko i jakoś się tam kojarzy. Tyle jeśli chodzi o głębię tej prowokacji.
Książki Filipa Springera można kupić w dobrej cenie w Publio.pl
Projekt Filipa Springera "Miasto Archipelag" możesz odwiedzić >>>TUTAJ
A TERAZ PRZECZYTAJ >>> Nasz wywiad z Rafałem Betlejewskim
Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego. Jego najnowsza książka "Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast" opowiada o ośrodkach, które w 1998 roku utraciły status stolicy województwa.
r e me de la cr e me
Zapisz