artykuły
Składowisko materiałów rozszczepialnych, Majak, Rosja (fot. Carl Anderson, US Army Corps of Engineers/Wikimedia Commons/public domain)
Składowisko materiałów rozszczepialnych, Majak, Rosja (fot. Carl Anderson, US Army Corps of Engineers/Wikimedia Commons/public domain)

29 września 1957 r. [w Kysztymie] było pogodnie, słonecznie i ciepło. Tłum kibiców oglądał mecz, kiedy o godzinie 16.20 stadionem zatrzęsła eksplozja. Nikt nie wpadł w panikę i tylko nieliczni odwrócili wzrok od boiska. Widzowie byli przekonani, że więźniowie wysadzają skały pod fundamenty jakiegoś nowego obiektu przemysłowego [w leżącym nieopodal tajnym mieście Oziorsk - red. ]. Chwilę po eksplozji nuklearnej [Według większości ekspertów był to wybuch chemiczny, nie nuklearny - przyp. tłumacza książki ] o mocy megatony trotylu [inne źródła podają znacznie mniejszą liczbę 75 - 100 ton TNT - przyp. red. ] kibice dalej oglądali, piłkarze grali, barmani nalewali piwo.

Źródłem wybuchu był podziemny zbiornik ze skażonymi odpadami radioaktywnymi, które się przegrzały i spowodowały eksplozję, wyrzucając położoną siedem metrów pod powierzchnią stusześćdziesięciotonową betonową pokrywę na wysokość dwudziestu trzech metrów. W pobliskich barakach popękały szyby, a żelazne bramy w ogrodzeniu wyrwało z zawiasów.

Centrum wentylacyjne składowiska, Majak, Rosja, zdjęcie współczesne (fot. Carl Anderson, US Army Corps of Engineers/Wikimedia Commons/public domain)

Kolumna radioaktywnego pyłu i dymu wzniosła się na wysokości kilkuset metrów i przybrała charakterystyczny kształt grzyba. Więźniowie i żołnierze, oszołomieni, niektórzy krwawiący, wyszli na zewnątrz i patrzyli, jak szary obłok oddala się od miasta nad terenem kombinatu. Po niecałej godzinie na ziemię zaczęły spadać dziwne drobiny podobne do sadzy. Ktoś napomknął o sabotażu, a inni spekulowali, że to atak Amerykanów. Oficerowie w garnizonach postawili ludzi w stan gotowości bojowej, wzmocnili straże wokół strefy zakazanej i zamknęli żołnierzy i więźniów w barakach. Tylko nieliczni od razu zrozumieli, że padli ofiarą bratobójczego ognia.

Nikt nie wiedział, co robić. Nie istniała procedura na wypadek eksplozji nuklearnej: nie było rozdzielnika obowiązków, autobusów, karetek czy punktów opatrunkowych. Żołnierze i więźniowie oficjalnie nie wiedzieli, że pracują z materiałami promieniotwórczymi, toteż nie mieli wyznaczonych zasad postępowania, dozymetrów, pastylek jodu czy respiratorów. Kierownictwo zakładu wyjechało służbowo do Moskwy. Po wielu godzinach desperackich poszukiwań dyrektora i wicedyrektora fabryki nareszcie znaleziono w moskiewskim cyrku.

Bez sztabu kryzysowego i procedur awaryjnych sytuacja rozwijała się w zwolnionym tempie. Kilka tysięcy osób szwendało się po kombinacie, nie wiedząc, że są napromieniowywani. Po sześciu godzinach zjawili się dozymetryści i zmierzyli skażenie terenu i sprzętu, ale nie żołnierzy. Po dziesięciu godzinach przyszedł rozkaz ewakuacji żołnierzy i pracowników zlokalizowanych blisko eksplozji. W tym momencie wszystko pokrywała kilkucentymetrowa warstwa radioaktywnego popiołu i gruzu. (...)

Rozkład położenia zakładów atomowych Majak koło Oziorska (fot. NASA/Jan Rieke/Wikimedia Commons/public domain)

Tego dnia [Galinę Pietrową] wezwano do pomocy na pogotowiu. Kiedy pędziła do garnizonu, widziała szarą sadzę opadającą do jeziora Irtiasz, z którego miasto czerpało wodę pitną. Widok żołnierzy wzbudził w niej przerażenie. Młodzi ludzie byli bladzi, wymiotowali, krwawili, a niektórym już zaczynały wypadać włosy. Któryś z nich poprosił ją, żeby zadzwoniła do jego matki na Ukrainie i kazała jej przyjechać. - Przynajmniej zdążyła na czas - wspominała Pietrowa - i nie umarł sam. O więźniach najwyraźniej zapomniano i nie zostali ewakuowani wieczorem po katastrofie. Stołówka była w remoncie, więc zjedli obiad na nieheblowanych deskach pokrytych kilkoma centymetrami popiołu, który odgarniali rękami. (...)

Kiedy dyrektor kombinatu Michaił Demianowicz wrócił z Moskwy, w pierwszym odruchu chciał wykorzystać zamkniętą strefę przemysłową do ukrycia informacji o wypadku przed mieszkańcami Oziorska i kontynuować produkcję plutonu, tak jakby nic się nie wydarzyło. (...)

Trzy dni po wybuchu promieniotwórczość na tym obszarze wynosiła cztery tysiące - sześć tysięcy mikrorentgenów na sekundę, setki razy więcej od dopuszczalnej dawki. Na dachach notowano dziesięć tysięcy mikrorentgenów, a na krawędzi krateru sto tysięcy. Wychlapane płynne odpady zawierały osiemnaście milionów kiurów radioaktywności, w tym mniej więcej połowę od strontu-90 i cezu-137, niebezpiecznych izotopów, które umiejscawiają się w szpiku kostnym, a ich czas półtrwania wynosi trzydzieści lat.

Zakład T, rafineria plutonu w Hanford, wielkości transatlantyku (za zgodą Departamentu Energii USA)

Kierownictwo zakładu rozważało rezygnację z budowy zakładu radiochemicznego Dubl B i budowę nowego na bezpieczniejszym terenie, ale w ten strategicznie kluczowy obiekt zainwestowano już tyle milionów rubli i opóźnienie było tak ogromne, że ostatecznie postanowiono zlecić robotnikom i żołnierzom oczyszczenie placu budowy.

Przez kilka dni nic się nie działo. Oficerowie bali się wysyłać żołnierzy do skażonej strefy, a kiedy już to zrobili, poborowi początkowo odmawiali. Inżynierowie nadzoru trzymali się z dala od placu budowy ze strachu przed skażeniem. Sformowano straż, która miała pilnować, żeby robotnicy nie porzucali pracy. Nikt nie miał doświadczenia w oczyszczaniu napromieniowanych terenów. (...) "Likwidację" prowadzono dosłownie w biegu. Żołnierze, pracownicy kombinatu i robotnicy budowlani mieli kilka minut na wbiegnięcie z łopatą na skażony teren. Żołnierze najpierw usunęli popiół i gruz z drogi i polali ją wodą. Ciężkimi drucianymi szczotkami skrobali dachy i ściany kilkudziesięciometrowych budynków fabrycznych. Przekopywali grunt, żeby jego wierzchnia warstwa znalazła się pod spodem. Wynoszono skażone narzędzia i maszyny, z których część zakopano. W pierwszych tygodniach wielu robotników nie miało specjalnych kombinezonów, po zakończeniu swojej zmiany musieli więc wracać do miasta w brudnym ubraniu roboczym. (...)

Miasteczko Richland w USA miało identyczny cel, co rosyjski Oziorsk. Stworzyć społeczność, utopię, a właściwie "plutopię (fot U.S. Government/wikimedia commons/public domain)

Szef organizacji partyjnej N. P. Mardasow planował obchody 40. rocznicy Rewolucji Październikowej (...). Wiadomość o eksplozji na skalę Hiroszimy kiepsko wpisywała się w ten scenariusz. Pierwszym odruchem władz miasta było stłumienie wszelkiej dyskusji o katastrofie metodą zablokowania przepływu informacji przez granice stref. Produkty rozszczepienia nie uznawały jednak tych granic. Nie wiedząc, że są napromieniowani, pracownicy nieświadomie zanosili do domów radioaktywne izotopy na skórze, ubraniach i butach. Ciężarówki i autobusy rozwoziły po mieście skażenie na oponach. Ludzie myli skażone samochody w jeziorze, w którym inni łowili ryby i pływali. Tajemniczych i nieuchwytnych izotopów promieniotwórczych nie dało się powstrzymać. W ciągu tygodnia po eksplozji skażone kelnerki w miejskiej restauracji podawały skażone jedzenie, za które klienci płacili skażonymi pieniędzmi. Ale informacji również nie dało się zamknąć w granicach strefy.

Oficjalnie milczano na temat katastrofy, ale ludzie wymieniali się wiadomościami o niej na zatłoczonych przystankach autobusowych. Bojąc się o swoje zdrowie i zdrowie członków rodziny, pracownicy porzucali pracę i wyjeżdżali z Oziorska. (...) Obawy władz okazały się uzasadnione: wybuchła powszechna panika, której skutki mogły mieć ogromny wpływ na przyszłe losy miasta i kombinatu.

(...) Dozymetryści dokonali w mieście pomiarów i ustalili, że najbardziej skażone są ulice Lenina i Szkolna, przy których mieszkało kierownictwo kombinatu. Poinformowani o tym partyjni aparatczycy podjęli decyzję o przywróceniu miasta do stanu czystości sprzed wypadku.

Grupowy spacer dobrze opłacanych pracowników radzieckiego kombinatu (za zgodą OGACzO)

Zmierzono poziom skażenia w każdym mieszkaniu. Przy wjazdach do miasta na pracowników czekały czyste autobusy. Ludziom kazano zdejmować buty przed wejściem do mieszkania. Samochody należało myć co najmniej raz w tygodniu. Skażone narzędzia, ubrania i buty zniszczono. Zasieki wokół miasta, pierwotnie pomyślane jako bariera dla nuklearnych tajemnic, przydały się zatem do zatrzymywania na zewnątrz skażenia radioaktywnego. Podwójny pierścień płotów i wieżyczek strażniczych zagradzał drogę wielu nosicielom promieniotwórczych izotopów. Wiatr oczywiście bimbał sobie na te zabezpieczenia, ale na szczęście dla mieszkańców Oziorska najczęściej wiał w kierunku północno-wschodnim, więc oddalał, a nie przybliżał trujące substancje. Na posterunkach kontrolnych zawracano pojazdy, sprzęt i pracowników, jeśli zmierzono, że napromieniowanie jest za wysokie. Kwarantanna funkcjonowała niemal automatycznie, bo była wpisana w poszufladkowany nuklearny krajobraz. Żołnierze, więźniowie i robotnicy budowlani, z których większość pracowała na skażonym terenie, od dawna mieszkali w swoich garnizonach, obozach i wsiach oddalonych o wiele kilometrów od Oziorska. (...) Sztucznie stworzone strefy nagle stały się najzupełniej realnymi i ratującymi życie granicami między względnie czystym socjalistycznym miastem a coraz bardziej zatrutymi osiedlami dla napływowych robotników, których łatwo było wymienić na nowych.

W grudniu (...) G. W. Miszenkow, nowy dyrektor kombinatu, (...), ogłosił, że miasto jest oczyszczone. (...) Zakładowy naukowiec Dołgi podważył to stwierdzenie, mówiąc, że jego dzielnica jest silnie skażona: "Teraz wszystko jest przykryte lodem i śniegiem, ale co będzie po wiosennych roztopach?". Miszenkow zbagatelizował słowa naukowca i podkreślił, że poziom radiacji w mieście jest niższy od dopuszczalnej normy. "Przy takiej dawce moglibyśmy tutaj mieszkać przez sto pięćdziesiąt lat", przekonywał. (...)

Budynki kompleksu nuklearnego, Majak, Rosja (fot. Carl Anderson, US Army Corps of Engineers/Wikimedia Commons/public domain)

Aby powstrzymać ludzi od rezygnacji z pracy, władze zaproponowały lepsze warunki życia i usługi komunalne, ale także, po raz pierwszy, bezpieczniejsze warunki pracy. Kombinat otrzymał respiratory i ekwipunek ochronny. Podjęto plany automatyzacji niebezpiecznych czynności i remontu starzejących się, skażonych warsztatów. Pojawił się temat szkoleń dla pracowników. Zaproponowano również zbadanie wody w miejskich wodociągach i stworzenie w Oziorsku służby kontroli radiologicznej.

(...) Partyjne działania propagandowe, które miały zapewnić mieszkańców, że ich miasto jest czyste, zdały egzamin. Pracownicy stopniowo przestali odchodzić, a wiele rodzin, które uciekły, po czym doświadczyły znacznie biedniejszego życia w "szerokim świecie" za bramami miasta, otrzymało zgodę na powrót. Ludzie ci pisali listy, w których prosili o pozwolenie na przyjazd do zamkniętego miasta z dobrze zaopatrzonymi sklepami, znakomitą opieką medyczną i dużymi mieszkaniami. Woleli nieznane ryzyko radiacji od znanych zagrożeń związanych z życiem na sowieckiej prowincji. "Byliśmy głupi - pisali. - Prosimy, przyjmijcie nas z powrotem".

Rodzina pracowników kombinatu w Oziorsku, Boże Narodzenie 1959(za zgodą OGACzO)

Książkę Kate Brown "Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne" wydało wydawnictwo Czarne i można ją kupić >>>TUTAJ

Od redakcji: Skażenie w wyniku katastrofy kysztymskiej objęło obszar 23 000 km2, zamieszkany przez 270 000 ludzi. Ostateczny bilans ofiar to 200 zmarłych, 10.000 ewakuowanych, 470.000 narażonych na wysokie dawki promieniowania. Szczegóły katastrofy pozostały tajemnicą do 1979 r., gdy Żores Medwiediew, biogenetyk, wyjawił prawdę po ucieczce z ZSRR. Wypadek w Kysztymie otrzymał stopień "6" w siedmiostopniowej skali skutków wypadków jądrowych.

Kate Brown. Profesor historii na Uniwersytecie Maryland. Autorka książki "Biography of No Place" (Harvard 2004), która wygrała nagrodę Amerykańskiego Towarzystwa Historycznego na najlepszą książkę o historii Europy. W "Plutopii" Brown opisała historię dwóch pierwszych na świecie "miast plutonowych" - czyli ośrodków miejskich podporządkowanych celom kombinatów nuklearnych, przy których powstały - Richland w USA i Oziorska w b. ZSRR.

r e me de la cr e me