Cały dzień siedzę w bibliotece, może spotkajmy się gdzieś w pobliżu - nie zliczę ile razy to zdanie sprowadziło na mnie kłopoty i komplikacje. Bo pod pojęciem biblioteki rozumiem zwykle tę na Powiślu, czyli BUW. A przecież bibliotek jest w Warszawie więcej. Do umówionych spotkań więc nie dochodziło, ktoś jechał pod Narodową, bo dla niego to był naturalny wybór, ktoś inny w rejon placu Konstytucji, bo jak biblioteka, to tylko ta na Koszykowej. A ja tkwiłem w BUW-ie.
Nie wiem dlaczego upodobałem sobie akurat ten gmach zaprojektowany przez Marka Budzyńskiego. Gdy zamieszkałem w Warszawie, wcale nie miałem do niego najbliżej, także zasoby w interesujących mnie tematach ustępują niekiedy innym warszawskim książnicom. Już logiczniej byłoby jeździć metrem do Narodowej. Jej budynek jednak zawsze mnie onieśmielał i odpychał. Doceniam jego architekturę, ale jakoś nie wyobrażałem sobie, że mógłbym tam spędzać więcej czasu niż to konieczne. Zwykle gdy chcę posiedzieć w bibliotece i poczytać w spokoju, nadkładam drogi i jadę na Powiśle.
Nie tylko ja rzecz jasna tak mam. Mole książkowe w każdym mieście dzielą się na osobne sekty. Ich świątyniami są biblioteki i ich czytelnie. W Warszawie jest podobnie. Nie do końca umieją wytłumaczyć, dlaczego wolą tę czytelnię od jakiejś innej. Podejrzewam, że nie wszędzie architektura odgrywa tam rolę czynnika wiodącego.
- W Narodowej najlepiej fotografuje się śpiących nad książkami ludzi - mówi mi A., gdy robię szybkie rozpytanie wśród znajomych.
- W BUW-ie jest najlepiej wyregulowana klimatyzacja - dodaje B.
- Kurz i rewersy - nie wyobrażam sobie biblioteki bez tego - wyjaśnia J.
- Jedno i drugie w nadmiarze występowało na Koszykowej.
Czas przeszły jest tu jak najbardziej uzasadniony. Bo w ostatnim czasie Główna Biblioteka Województwa Mazowieckiego przy ulicy Koszykowej w Warszawie przeszła spektakularną wręcz przemianę. Klasycystycznemu gmachowi, ufundowanemu przez rodzinę Kierbedziów, stuknęło już sto lat. Jednak jeszcze na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych znajdująca się tu książnica przestała się mieścić w jego murach. To wtedy dostawiono do niej przeszkloną plombę, która zestarzała się tak, jak starzało się niemal wszystko wybudowane w tamtych latach, czyli źle. To jednak właśnie przez nią wchodziło się do tej biblioteki, to ona stanowiła bramę i budowała pierwsze wrażenie obcowania z tym gmachem. Z roku na rok wrażenie to było coraz gorsze - paździerzowe, szarobure i zakurzone wnętrza tworzyły specyficzną atmosferę, nieznaną w innych warszawskich bibliotekach. Miał ten gmach swój urok, ale polegał on raczej na obcowaniu z kapsułą zatęchłego czasu. To złe pierwsze wrażenie rozpływało się dopiero wówczas, gdy wkraczało się do spektakularnej czytelni głównej z równo ustawionymi stolikami i trzeszczącym parkietem. Dopiero tutaj nabierało się odpowiedniego szacunku dla miejsca.
Pomysł na przebudowę i modernizację biblioteki przy Koszykowej pojawił się już w pierwszych latach XXI wieku. Konkurs architektoniczny na tę inwestycję rozstrzygnięto w 2005 roku. Wygrało go uznane biuro Bulanda Mucha Architekci, które w 2015 roku zostało otrzymało Honorową Nagrodę SARP za całokształt twórczości.
Roboty budowlane przy Koszykowej ruszyły w 2013 roku. Dwa lata później pierwszy etap inwestycji został zakończony. W planach jest jeszcze wyburzenie szpetnej plomby i zastąpienie jej nowym budynkiem, na razie jednak nie wiadomo, czy znajdą się na to pieniądze. Na przebudowę biblioteki już wydano 60 milionów złotych.
Ten, kto tu bywał wcześniej, z trudem rozpozna to miejsce po przemianie. Kto nie bywał, niech nie próbuje sobie nawet wyobrażać, jak wyglądało. Klasycystyczna elewacja widoczna od strony ulicy nie zdradza choćby ułamka tego, co znajduje się za nią. A właściwie za całym głównym gmachem biblioteki. Ten pozostał właściwie nienaruszony, inwestycja objęła bowiem jego zaplecze. Wyburzono tu oficyny, a cały kompleks przykryto szklanym dachem (niestety, całkowicie transparentnym, co może być problematyczne w upalne dni i kosztochłonne, jeśli chodzi o klimatyzację). Trzy znajdujące się tu niegdyś podwórka stały się podstawą dla urządzenia nowoczesnej przestrzeni służącej książkom i czytelnikom. Pierwsze z nich przekształcono w hol z recepcją i szatniami. Drugie podwórze, największe, przeobrażono w wielką, spektakularną czytelnię z otwartym księgozbiorem, na trzecim powstał pionowy ogród. Stanowi on miejsce odpoczynku, stąd też prowadzi droga do sali wystawowej i Muzeum Książki Dziecięcej. Pomiędzy nimi wszystkimi na dwóch piętrach rozmieszczono czytelnie tematyczne, katalogi, pracownie komputerowe i biura dla pracowników.
To, co zwraca tu szczególną uwagę, to umiar i oszczędne gospodarowanie kolorem. Architekci wiedzieli, że już sama aranżacja oficyn i przykrycie całego zespołu szklanym dachem będą robiły dostatecznie mocne wrażenie. Nie trzeba go było niczym podbijać, wystarczyło dać tej architekturze oddech. Jedynym akcentem kolorystycznym w holu jest sgraffito - kompozycja Marcina Bogusławskiego przedstawiająca ułożone na sobie grube księgi. Pną się one aż pod sam dach i to właśnie tam, na ostatniej kondygnacji, stanowiącej jakby dach jednej z wewnętrznych kamienic zespołu, urządzono taras z wygodnymi kanapami, na których można zalec z komputerem bądź lekturą. Dopiero tutaj jest kolorowo, nieformalnie, młodzieżowo, swobodnie. Wszędzie indziej obowiązuje raczej sterylna biel przełamana jasnym drewnem.
Szklane ściany tu i ówdzie zaopatrzono w cytaty z książek, jakby dodatkowo chciano wskazać, że w bibliotece nie architekt i jego ambicje, a właśnie książki są najważniejsze. Zalewające cały zespół światło słoneczne zostało tu sprytnie wprowadzone nawet do najmniejszych zakamarków za pomocą klasycznych okien, odwołujących się wprost do historii tego miejsca. Przy okazji architekci wykreowali w tej przestrzeni serię żywych obrazów, w których główną rolę odgrywają pochyleni nad książkami ludzie. Ma się tu wrażenie, że chodzi się między podwórkami dziewiętnastowiecznych kamienic i przez okna zagląda do mieszkań.
Wszystko udało się znakomicie. Nowa biblioteka dopracowana jest w najdrobniejszych nawet detalach - włączając w to meble, wykładziny, kroje czcionek, system informacji wizualnej czy nawet kosze na śmieci. Nic tu nie jest przesadzone, ani przegadane, przestrzenie wykreowane przez architektów służą skupieniu, są kameralne i ciche. Mnóstwo tu kątów, w których można się po prostu zaszyć i zapomnieć o bożym świecie. A przecież właśnie o to chodzi w bibliotece.
Można się spodziewać, że "sekcie" skupionej wokół Koszykowej lawinowo zacznie przybywać wyznawców.
Filip Springer. Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), "13 Pięter" (Czarne) i "Księgi zachwytów" (Agora SA). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.