artykuły
(fot. pexels.com)
(fot. pexels.com)

Niezależnie od branży, w której pracuje, freelancer musi być przedstawicielem handlowym, specjalistą od reklamy i mediów społecznościowych, windykatorem, finansistą, dyrektorem marketingu i technikiem informatykiem. Freelancer musi być wszystkim, bo za wszystko odpowiada. Sam spija śmietankę, ale i sam przełyka gorycz porażki. Niepowodzenia nie może wpisać sobie w koszta, nadmiaru obowiązków przerzucić na kolegę z open space'a i w przypadku procesu z klientem nie dostanie od korporacji najlepszego prawnika. Sprzętu nie naprawi mu chłopak z helpdesku, a PIT-ów nie rozliczy księgowa zza ściany.

- Dlaczego zostałem freelancerem? To proste. Miałem dość zarabiania na kogoś. W korpo większość zysków, które wypracowałem, trafiała do kieszeni przełożonych. Teraz jestem sam sobie kierownikiem, wykonawcą i kontrolerem. Nie mam co liczyć na wsparcie państwa czy instytucji, ale to mój świadomy wybór - wyznaje Michał, 30-latek z Gdyni zajmujący się PR i kreatywnym pisaniem. Michał jest jednym z wielu polskich freelancerów. Ilu ich jest? Dokładnie trudno oszacować - dla części freelancing jest sposobem na dorobienie, dla innych to jedyne źródło dochodu. Według branżowego portalu samozatrudnieni.pl poza etatem - na własny rachunek lub jako freelancer - może pracować nawet 2 miliony Polaków.

Gdyby wszyscy wstąpili do własnego związku zawodowego, byłoby ich więcej niż członków pozostałych związków, bo odsetek pracowników etatowych zapisanych do tego typu organizacji wynosi ok. 15 proc. [dane za: Przynależność do związków zawodowych, CBOS, Komunikat z badań (BS/21/2008) - przyp. autora]. Wynika to po części z prawa: aby założyć związek zawodowy, potrzeba minimum dziesięciu pracowników, co w sytuacji wielu mikroprzedsiębiorstw, w których licznie pracują Polacy, jest niemożliwe.

Najchętniej w związkach zrzeszają się górnicy i nauczyciele - w samej Kompanii Węglowej jest ponad 150 organizacji. Ich lobby jest najsilniejsze, nawet jeśli rzeczywista liczba zatrudnionych w tych zawodach wciąż spada. Z kolei freelancerzy są z roku na rok coraz liczniejsi i ważniejsi dla gospodarki w Polsce. Mimo to wciąż są sami. Na świecie z powodzeniem działają organizacje freelancerów, a tradycyjne związki zawodowe zwracają się w stronę pracujących poza etatami.

Zamiast palić opony, uczą Facebooka

W Stanach Zjednoczonych już od 1995 roku działa Freelancers Union, organizacja non profit zrzeszająca ponad 300 tysięcy członków. Tylko w ciągu ostatnich siedmiu lat ich liczba zwiększyła się czterokrotnie. Na czele FU stoi Sara Horowitz, prawniczka specjalizująca się w prawie pracy, która już ponad 20 lat temu przewidywała, że szeregi freelancerów oraz samozatrudnionych będą się powiększać i profesjonalny lobbing w walce o prawa nieetatowych pracowników stanie się potrzebny.

Sara Horowitz (fot. twitter.com/Sara_Horowitz). Obok strona internetowa kierowanej przez nią isntytucji - freelancersunion.org (fot. freelancersunion.org)

Trend wymusił zmiany także na tradycyjnych związkach zawodowych. W 1996 roku Szwedzki Związek Pracowników Przemysłu (Svenska Industritjänstemannaförbundet) jako pierwszy w Europie rozpoczął debatę nad włączeniem samozatrudnionych w swoje szeregi. Po dwóch latach dyskusji SIF otworzył się na "nowych", co dynamicznie wpłynęło na rozwój organizacji i poziom usług całej branży.

W ślady Szwedów poszła Holenderska Federacja Związków Zawodowych "Sojusznik" (Federatie Nederlandse Vakbeweging Bondgenoten), wciągając do związku pierwszych samozatrudnionych. Jako że decyzja spotkała się z dużym oporem, holenderscy aktywiści powołali osobną strukturę, blisko jednak współpracującą ze związkiem-matką. FNV Zelfstandige Bondgenoten zrzesza wyłącznie niezależnych pracowników, a jej powstanie stało się początkiem prawdziwej rewolucji w Niderlandach. Nowoczesne związki zawodowe obecnie rozwijają się szybciej niż tradycyjne, a obok pierwowzoru powstały kolejne, m.in. Alternatywny Związek Zawodowy (Alternatief voor Vakbond) czy Narodowa Federacja Chrześcijańskich Związków Zawodowych (Christelijk Nationaal Vakverbond).

Chociaż wolni strzelcy i samozatrudnieni nie mogą brać udziału w zbiorowych negocjacjach cenowych (zabrania tego prawo chroniące przed zmowami cenowymi), to związki opłacają pomoc prawną i socjalną dla pracowników oraz wypłacają świadczenia emerytalne - wszystko z solidarnych składek członkowskich. Australijski związek zawodowy APESMA utworzył nawet dział rekrutacji przeznaczony dla wolnych strzelców,

który nie tylko kojarzy chętnych do współpracy, ale również zabiega o korzystne warunki umów.

Unia Freelancerów i inne dynamiczne związki zawodowe bronią praw pracowników nowego pokolenia. Nie wyprowadzają ludzi na ulice, nie szkolą z podpalania opon, ale dają realną opiekę i wiedzę. Zamiast krzyczeć, uczą pytać, zamiast żądać, uczą szukać. Wiedza jest tutaj kluczowa, a internet jest narzędziem, które sprawia, że jej rozpowszechnienie stało się proste i zwyczajnie tanie.

Freelancerzy doceniają przede wszystkim fakt, że pracują dla siebie (fot. pexels.com)

Z możliwości, jakie daje wirtualna sieć, skorzystała Francuska Demokratyczna Konfederacja Pracy "Kadra" (Confédération Française Démocratique du Travail Cadres), która stworzyła Réseau des Professionnels Autonomes. To precyzyjnie zorganizowana wirtualna sieć wykwalifikowanych specjalistów, głównie grafików, artystów, programistów, dziennikarzy, projektantów.

Kolejny przykład wirtualnego związku zawodowego możemy znaleźć w Danii, gdzie działa Związek Handlowców i Pracowników Biurowych prowadzący stronę www.freelance.dk. W witrynie konto założyć może każdy szukający pracy lub oferujący zlecenie. Zarejestrowani użytkownicy mają możliwość tworzenia własnych baz kontaktów oraz biorą udział w wirtualnych targach umiejętności.

O krok dalej poszedł norweski Związek Zawodowy Pracowników Sektora Finansowego, tworząc organizację Rom, która nie tylko zapewnia opiekę socjalną i zdrowotną, ale organizuje także szkolenia i sesje z mentorem. Organizacja jest bardzo dynamiczna, a jej sposób funkcjonowania - przypominający płatne serwisy - jest kolejnym etapem rozwoju zrzeszeń pracowników.

Gosposie, opiekunki i cudzoziemcy w pochodzie majowym

Coraz częściej mówi się także o związkach zawodowych dla imigrantów - ich liczba stale rośnie i wciąż najczęściej zatrudniani są na czarno. Rękę w stronę tego nowego proletariatu wyciągają związki zawodowe Grecji, Włoch, Skandynawii i Niemiec. Blisko współpracują z instytucjami i organizacjami pozarządowymi, wierząc, że imigranci mogą stać się aktywnymi sojusznikami w ich działaniach.

W 2012 roku duński związek 3F pomógł odzyskać zaległe pieniądze polskim robotnikom. 3F zorganizował masowe protesty i odzyskał od nieuczciwych pracodawców 760 tys. zł. Podobne wsparcie dla imigrantów w Polsce jest wątpliwe - to nie tajemnica, że niektóre agencje pośrednictwa pracy zatrudniające Ukraińców pobierają prowizję w wysokości nawet połowy pensji pracownika. Wszystko legalnie. Tego typu sprawami zajmują się Ambasada Ukrainy w Polsce oraz Międzynarodowa Organizacja do spraw Migracji. Szefowa wydziału konsularnego Ambasady Ukrainy w Polsce Switlana Krysa apelowała do swoich rodaków, aby ci z każdym przypadkiem wykorzystywania zgłaszali się do jednostek dyplomatycznych lub do organizacji polskich i ukraińskich działających w Polsce, takich jak "Nasz Wybór" (Nasz Wybir). Pomimo wielu przypadków wykorzystywania większość Ukraińców z pomocy nie korzysta, najczęściej nie ufa ani urzędnikom, ani policji.

Coraz częściej mówi się o związkach zawodowych dla imigrantów - ich liczba stale rośnie i wciąż najczęściej zatrudniani są na czarno (fot. Pixabay.com)

O ile potrzeby nowego proletariatu i prekariatu zaczynają być zauważane, to wciąż w najgorszej sytuacji znajdują się osoby pracujące jako pomoc domowa - pokojówki, gosposie, ogrodnicy itp. Najczęściej są to kobiety. Są po prostu niewidoczne, nie pójdą na protesty i marsze, mają nikły dostęp do informacji - ich czas pracy w zasadzie nie jest regulowany i zawsze przekracza etatowe 8 godzin.

Użyj mnie

Rewolucja związkowa nad Wisłę jeszcze nie dotarła, ale widać pierwsze jaskółki zmian. Jedną z nich jest portal Useme.eu założony przez znajomych z Wrocławia, którym codzienność freelancera nie jest obca. Zasady działania platformy są proste - kojarzy freelancerów z potencjalnymi zleceniodawcami. Nie brakuje tam rekomendacji i poleceń, ale nie ma stawek za zlecenie. Wszystko po to, aby nie narzucać twardych kwot lub nie doprowadzać do licytacji, które wedle zasady kto da mniej doprowadziłby do patologii. Według współzałożycielki portalu Agaty Kołodziej-Dynaryńskiej negocjowanie stawek pomiędzy obiema stronami sprawia, że zarówno pracownicy, jak i pracodawcy są zadowoleni i nie dochodzi do sytuacji, że do naprawdę poważnego zlecenia bierze się student, który wykona zadanie taniej, ale i gorzej.

- Poznawanie nowych klientów i pozyskiwanie zleceń to cała sztuka w tej pracy - wyjaśnia Krzysiek, 30-letni programista z Warszawy. - Na jedną ofertę jest nawet kilkanaście zleceń i wygrywa ten, kto jest najlepszy, nie najtańszy. Rozmawiamy o konkretach, nie oglądamy się na propozycje innych. Pracodawcy szukający wykonawców na tym portalu to ludzie świadomi swoich potrzeb, nie chcą tandety. Te standardy mi się podobają - wyjaśnia. Dla Krzyśka życie freelancera to wybór, a nie przymus. W ZUS nigdy nie wierzył, jest przekonany, że odkładając samemu, lepiej zapewni sobie przyszłość.

Portal jest idealnym narzędziem dla drobnych wykonawców, którzy nie chcą tracić pieniędzy na obsługę. Useme.eu pozwala na wystawianie faktur bez zakładania firmy. Jest to możliwe między innymi dlatego, że cały projekt jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego.

Useme.eu to największa, ale niejedyna platforma pomocy dla nieetatowych pracowników. Szukający zleceń mogą zaglądać na serwisy takie jak: oferia.pl, elance.com, freelancer.com itd. Stowarzyszenie Samozatrudnieni, należące do Europejskiego Forum Niezależnych Profesjonalistów (EFIP), pomaga założyć firmę, łączy ze sobą pracowników w zgrane organizmy oraz wynajmuje biura do wspólnej pracy. Coworking, który jest standardem w Stanach Zjednoczonych, staje się coraz popularniejszy także w Polsce, choć wielu pytanych freelancerów wybiera jako miejsce do pracy ulubioną kawiarnię. Liczy się dostęp do internetu.

useme.eu (fot. useme.eu)

- Jestem jeszcze studentką i pracuję dorywczo, w wolnej chwili, pomiędzy zajęciami, przed treningiem fitnessu. Siadam sobie w mojej ulubionej Karmie [kawiarnia na warszawskim placu Zbawiciela - przyp. red.] na godzinę, dwie - opowiada Magdalena, 22-letnia studentka ASP i dodaje: - Nie opłaca mi się zakładanie działalności. Koszty byłyby po prostu większe niż zyski. Dzięki portalowi useme.eu moje stosunki z pracodawcą w końcu są sformalizowane. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy są potrzebne związki zawodowe dla freelancerów, przecież większość traktuje taką pracę jako tymczasową - podsumowuje.

W sens istnienia tego typu organizacji i zrzeszeń nie wierzy również Maciek, absolwent warszawskiej SGH. - Dla freelancera ważna jest kasa, a nie jakieś przywileje. Osoby wybierające takie życie kierują się logiką zysku - opowiada i wyjaśnia, że pracując jako wolny strzelec, zarabiał więcej. - Na etacie zawsze będziesz miał poczucie, że praca, którą wykonujesz, jest warta kilka razy więcej, a śmietankę finansową spija ktoś inny - podkreśla. Maciek większość zleceń załatwia sam lub działa z polecenia, uważa jednak, że serwisy dla freelancerów mogą być pomocne na starcie, gdy jeszcze nie ma się wyrobionych kontaktów i opinii w środowisku.

Michała, Maćka czy Magdalenę łączy nie tylko praca freelancera, ale również przekonanie, że sami muszą walczyć o pieniądze, swoją pozycję i bezpieczeństwo. Nie wierzą w związki zawodowe, opiekę państwa, a o pomysłach takich jak amerykańska Unia Freelancerów nawet nie słyszeli. - Umiesz liczyć? Licz na siebie. Tak mi kiedyś powiedział dziadek i tego się trzymam - przedstawia swoje motto Michał.

Mamo, tato, chcę być wolnym strzelcem

Biura Karier działające przy uczelniach wyższych nie doradzają, jak stać się freelancerem. Skostniałe uniwersytety zdają się nie dostrzegać zmian na rynku pracy i tego, że to właśnie wśród ich absolwentów jest najwięcej wolnych strzelców. Tak jakby na każdego świeżo upieczonego magistra czekał etat. Na pytanie rodziców i ciotek: Kim chcesz być w życiu? nikt nie odpowiada: freelancerem. To raczej konieczność, która wcale nie musi oznaczać wyłącznie trudności. Według badania przeprowadzonego przez serwis Infakt.pl zarobki freelancera wynoszą średnio 8700 zł. Wśród pracujących na własny rachunek najczęściej są osoby z wyższym wykształceniem, ambitne i pewne siebie.

Coworking cieszy się w Polsce coraz większą popularnością. Freelancerzy doceniają możliwość wynajęcia biurka (fot. pixabay / Eric Bailey)

- Kiedy opowiadam, że jestem freelancerką, ludzie myślą, że żywię się wyłącznie w barach mlecznych, a ubrania kupuję tylko w lumpeksach - opowiada Kaja, 33-letnia artystka produkująca oryginalną biżuterię. - Jako wolny strzelec pracuję od początku studiów na socjologii. To będzie już prawie 15 lat. Jestem wolna. Nic nie stoi na przeszkodzie, żebym wyjechała na pół roku gdzieś w świat - wyznaje. Na pytanie, czy myśli o przejściu na etat, odpowiada: - Może jak kogoś poznam, wyjdę za mąż i będę chciała mieć dzieci . Ale szybko dodaje: - No, ale teraz nawet chłopaka nie mam. W sumie dobrze, bo zaraz jadę na dwa miesiące do Tajlandii, a mój facet pewnie by nie mógł mi towarzyszyć, bo urlop jest krótki i trzeba odsiadywać dupogodziny w biurze.

Zagubieni w tłumaczeniu

Młodych freelancerów póki co nie interesuje nie tylko etat, ale i przynależność związkowa. Zamiast tworzyć własne organizacje, skupiają się po prostu na szukaniu zleceń. Sami też zdobywają wiedzę, bez pośredników - w otwartym świecie, z dostępem do Internetu, nie muszą prosić szefa czy prezesa związku, aby wysłał ich na szkolenia.

Freelancerzy wierzą w siebie. Jest to wymuszone niejako tym, że pozostają poza systemem. Jak zauważa doktor Julia Kubisa z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego wynika to poniekąd z zawężającego tłumaczenia konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy o prawie do zrzeszania się, w której ogólne pojęcie 'worker' przetłumaczono jako 'pracownik'. Określenie to dotyczy osób na umowie o pracę, co wyłącza wszystkich na zleceniu, samozatrudnieniu itp.

- Związki zawodowe nagłaśniały to od dawna. "Solidarność" napisała w tej sprawie do Międzynarodowej Organizacji Pracy, a OPZZ złożył wniosek do Trybunału Konstytucyjnego. Oba sposoby okazały się słuszne, bo i MOP przyznała rację "Solidarności", i Trybunał wypowiedział się w 2015 roku, że wszyscy mają prawo do zrzeszania się. Teraz jest to kwestia zmian prawnych w ustawie o związkach zawodowych - wyjaśnia dr Kubisa i dodaje, że Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza (OZZIP) jako pierwszy zaczął zrzeszać osoby na umowach cywilnoprawnych wykorzystując możliwość 'komisji środowiskowej'.

- W Polsce problemem jest treść umów, które zawierają z pracodawcam-zleceniodawcami, a w których można zapisać właściwie wszystko, z dużą niekorzyścią dla pracownika-zleceniobiorcy - dodaje Kubisa. Wyjaśnia, że rozwój dynamiczny związków zawodowych freelancerów możliwy będzie dopiero po zmianach prawnych. - Mam nadzieję, że za jakiś czas możliwości ich tworzenia będą jeszcze większe. Co więcej, biorąc pod uwagę ogólną sytuację na polskim rynku pracy, są to organizacje potrzebne - podsumowuje.

Pytanie, czy sami freelancerzy będą ich potrzebować.

Rafał Pikuła . Promotor kultury, copywriter i dziennikarz. Publikował m.in. w "Polityce", "Przeglądzie", Newsweek.pl, magazynie katolickim "Kontakt". Włóczy się po świecie, zbierając ciekawe opowieści. Chętnie napiłby się z Wieniediktem Jerofiejewem, Bohumilem Hrabalem i Thomasem Mannem.