artykuły

Skąd u ciebie fascynacja drewnem? Masz w rodzinie tradycje stolarskie?

Kasia Sawko:

- Mój tata chrzestny był rzeźbiarzem. Pracował w Kolonii w Niemczech przy restauracji katedry. Kiedy przyjeżdżał do Polski, pokazywał nam różne swoje dzieła. W czasach PRL-u wszystko było siermiężne i podobne do siebie, a on miał rzeźbione schody i półki, z których wystawały anioły. Dla mnie to było magiczne. Ale tak naprawdę stolarką zainteresowałam się, kiedy w moim życiu pojawił się mój partner Michał.

Michał zawodowo zajmował się stolarką?

- Nie do końca. Jako młody chłopak założył z kumplami szkutnię nad Zegrzem i robili tam łodzie. Sporo się wtedy dowiedział o drewnie. Potem przez wiele lat pracował w Teatrze Wielkim przy budowaniu scenografii, gdzie miał do czynienia z drewnem i innymi materiałami. Nabył wtedy takiej zaradności, że kiedy trzeba coś zmontować, nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Kasia Sawko i Michał Malikowski (fot. archiwum prywatne)

Ja natomiast jestem typem entuzjastki, łatwo się zachwycam. Myślę, że gdyby Michał był szklarzem albo kowalem, to bardzo możliwe, że zapaliłabym się do spawania albo dmuchania szkła. Na początku tylko mu pomagałam. Lubiłam zapach, fakturę drewna, ale nie mogę powiedzieć, że to była moja pasja. Dopiero kiedy ruszyliśmy z Wiórami, okazało się, że to najlepsza rzecz, jaka nam się przydarzyła przez ostatnią dekadę.

Od czego zaczęły się Wióry?

- Z Michałem mamy wspólnie trzy córki. Zorganizowaliśmy dla nich zajęcia z drewnem - miały robić mebelki dla lalek. One są zupełnie różne, więc trudno było znaleźć coś, co by je wszystkie zainteresowało. A praca z drewnem okazała się strzałem w dziesiątkę. Trzy dziewczynki siedziały, piłowały, przybijały. Pomyślałam, że skoro one tak się wkręcają, to moje koleżanki tym bardziej by się wkręciły. Założyliśmy wydarzenie na Facebooku - piknik stolarski dla kobiet. W zamyśle miało to być prywatne spotkanie, dla znajomych. Po kilku dniach okazało się, że zgłosiło się ponad 300 dziewczyn. Dostawaliśmy wiadomości typu: Ekstra! Nareszcie! Czekaliśmy na to! A ja sobie pomyślałam: Boże, mamy jedną piłę...

Uczestniczki warsztatów (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Jak sobie poradziliście?

- Zorganizowaliśmy zbiórkę pieniędzy w serwisie crowdfundingowym PolakPotrafi.pl. Udało nam się zebrać dwa razy więcej pieniędzy, niż potrzebowaliśmy - prawie 13 tys. zł.

Chcieliśmy pokazać kobietom w różnym wieku, że stolarka to nic trudnego. Wspierała nas w tym Sylwia Chutnik - została mecenasem naszego projektu. Zresztą potem wzięła udział w warsztatach i bardzo jej się podobały.

Uczestniczki warsztatów (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Na początku była "stolarka dla kobiet", od niedawna dopisaliście "i nie tylko". Jakie różnice dostrzegasz na warsztatach między kobietami a mężczyznami?

- Spodziewałam się, że takie różnice będą, ale w praktyce płeć nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Przychodzą do nas osoby początkujące, więc tok nauczania i kobiet, i mężczyzn jest taki sam. Różnice są subtelne. Zauważyłam na przykład, że mężczyźni rzadziej porzucają projekty. Są bardziej zawzięci, zwykle kończą swoją pracę, nawet jeśli to długo trwa.

Od roku stoi u nas komoda, przez swojego autora nazywana Golgotą, pieszczotliwie Golcią. On od trzech miesięcy się nie pojawia, bo ma problemy ze zdrowiem. Już kilka razy mówiłam: - Przyjedź po tę komodę, bo nam zajmuje miejsce , ale on prosi, żeby dać mu jeszcze tydzień, że dokończy. Kobiety częściej zmieniają zdanie i łatwiej się poddają.

Grupa zaawansowana (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

A nie boją się chwycić za piłę?

- Na naszych warsztatach - nie. W życiu codziennym często nawet nie próbują. Kobiety dyskryminują się na poziomie wyobrażeń. Do pewnego momentu sama tak miałam. Kiedy coś się zepsuło, trzeba było coś przykręcić, dzwoniło się po kolegę.

Zresztą na początku warsztatów też wahaliśmy się, czy dać dziewczynom elektronarzędzia do ręki. Myśleliśmy, że nie będą wiedziały, jak ich używać, będą się bały. I na początku rzeczywiście tak było. Kiedy włączyliśmy piłę elektryczną, zaczęło się popiskiwanie. To było najgorsze. Pomyślałam sobie: O nie, błagam, babki, nie róbmy tego . Nie panikujmy, nie popiskujmy. Najbardziej nie lubię, kiedy kobiety tak radzą sobie z napięciem: udają bezbronne i słodziutkie. Szlag mnie trafia. I zmieniliśmy taktykę. Mówiliśmy: - Słuchajcie, tu jest wiertarka, tu trzeba nacisnąć guzik i wywiercić dziurę . I one zaczęły to robić. Teraz nie ma żadnego popiskiwania.

(fot. Tomek Kaczor)

Co kobietom dają takie zajęcia?

- Większość z nich wcześniej nie miała w ręku piły, a z warsztatów wychodzą jako samodzielne majsterkowiczki. To daje im taką codzienną pewność siebie. Są kobiety, które łączą z tym zawodowe plany. Przychodzi dużo dziewczyn, które zajmują się wnętrzami, projektowaniem. Myślą o własnych biznesikach renowacyjnych. Tu chcą nabyć konkretne umiejętności.

Jest też sporo historii osobistych, na przykład ktoś zrobił stół dla siostry. Inne dziewczyny odkrywają swoje rzemieślnicze korzenie. Jest sporo osób, które urządzają mieszkania i chcą mieć oryginalne, własnoręcznie zrobione sprzęty. Bardzo często się zdarza, że ludzie szukają pasji, tęsknią za czymś, co sprawi im frajdę i jakoś ich nakręci. Tęsknią za spełnieniem.

Czasem odkrywamy talenty. Przychodzi ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z drewnem, i okazuje się, że jest świetny. Bywa też odwrotnie - ktoś czuje, że renowacja mebli to jest to, czym się chce zająć w życiu, a potem okazuje się, że ni w ząb, że się męczy. Są też takie osoby, którym idzie bardzo słabo, ale nie przejmują się tym, bo po prostu sprawia im frajdę taka forma spędzania czasu.

Kobiety często mówią, że udaje im się tu zostawić wszystkie sprawy. Że mogą tu pobyć, bez towarzyszącej im na co dzień gonitwy myśli. Łapią kontakt między sobą. To też jest ważne, że mogą pogadać inaczej niż w biurze. Umawiają się po warsztatach. Odkąd zajęcia są koedukacyjne, jest nawet jeden związek, który swoje początki miał właśnie na warsztatach.

Prace uczestników warsztatów (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Kto najczęściej przychodzi na wasze zajęcia?

- Chcieliśmy, żeby te kursy nie były bardzo drogie. Zależało nam, żeby spotykali się tu różni ludzie. Na przykład przedział wiekowy jest szeroki - od dzieci przez studentów do emerytów. Mamy fajną grupę młodych emerytek, takich zadziornych. One są jeszcze z pokolenia, kiedy kobiety sobie radziły, bo musiały. Dla nich nie ma sytuacji, że nie można czegoś zrobić. Czuć w nich innego ducha.

Kobiety często przysyłają swoich facetów. Raz zrobiliśmy też rodzinne warsztaty. Okazały się fajne, ale emocjonalnie nie byłam na nie gotowa. Między ich uczestnikami działo się tyle rzeczy... Od razu wyszło, kto tu trzyma władzę, kto się wkurza, ale boi się powiedzieć, kto się wycofuje.

Często przychodzą do nas programiści, którzy chcą sobie zrobić biurko. Już nawet śmiejemy się, kiedy ktoś mówi, że jest programistą, i od razu go pytamy, czy w planach ma ten konkretny mebel. Oni twierdzą, że na dłuższą metę nie da się żyć i czerpać zadowolenia z tego, że zrobiło się coś, co zostaje tylko w Internecie. Można czuć satysfakcję przez chwilę, można zarabiać na tym duże pieniądze, ale to nie jest prawdziwe życie. Często nie widzą efektów swojej pracy. Nie mogą tego, co zrobili, przynieść do domu, pomacać, pochwalić się. Czują się oderwani od rzeczywistości.

(fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Jakie przedmioty powstają na warsztatach?

- Na zajęciach pojedynczych, które trwają kilka godzin, robimy proste rzeczy: wieszak na klucze, skrzynkę, stojak na gazety, taboret, świecznik. Zdarza się, że ktoś przychodzi z własnym pomysłem. Zawsze prosimy, żeby się z nami skonsultował wcześniej, czy da się to wykonać w ciągu tych kilku godzin.

Jedną z trudniejszych rzeczy, jakie u nas powstały, jest gięte krzesło. Krzesła w ogóle niełatwo zrobić, są wymagające technicznie. Trudniejsze przedmioty - sekretarzyk z szufladami, szachy, stoły rozkładane, łóżka ze szlachetnego drewna, regały - powstają w czasie dwu- oraz trzymiesięcznych warsztatów. Z naszego kursu można wyjść z własnym regałem, biurkiem albo szafą...

...i umeblować mieszkanie.

- Niektórzy rzeczywiście tak robią. Jak sobie skalkulują, ile musieliby zapłacić za biurko ze szlachetnego drewna, to im się opłaca przyjść na kurs, zapłacić dodatkowo za transport i materiał. Te meble, które tu zrobili, stoją potem na honorowym miejscu w domu. Inaczej też patrzy się na pozostałe sprzęty. Docenia się trud, który trzeba włożyć w ich wykonanie.

Meble wykonane przez uczestników warsztatów (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Jakimi narzędziami ty lubisz pracować?

- Lubię piłę ręczną. Bardzo podoba mi się też praca dłutem i pobijakiem stolarskim. Lubię, kiedy trzeba użyć siły, mocno tym młotkiem walnąć. Czasem jesteśmy pytani, czy można przyjść do nas porąbać drewno i się wyżyć. Rzadko na co dzień mamy taką możliwość. Ludzie tęsknią za prostymi manualnymi czynnościami. Są tego spragnieni, a tu dodatkowo owocem jest konkretny produkt. Ważne, że można spędzić czas inaczej niż zwykle, popracować dłońmi, popatrzeć na drewno, powąchać je, a przy tym zrobić własny stół.

To się też wpisuje w tendencje minimalistyczne. Ludzie wolą mieć jeden mebel wykonany przez siebie niż cały zestaw ze sklepu.

Projekty uczestników warsztatów (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Wióry lecą to dla was źródło dochodu. Angażujecie się też w projekty niekomercyjne?

- Jeśli tylko nam czas pozwala. Dorywczo, kiedy mamy chwilę, organizujemy zajęcia dla dzieciaków z Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. To właśnie Towarzystwo dzierżawi nam drewniany domek, w którym działa nasza miejska stolarnia. Jest niesamowity. Ponieważ na Mokotowie mieszkam od urodzenia, przez wiele lat przechodziłam obok i zastanawiałam się, co to za drewniany dom w sercu miasta. Okazało się, że został zbudowany z myślą o siedzibie Kapituły Orderu Uśmiechu, ale dopóki się nim nie zainteresowaliśmy, stał pusty.

Miejska stolarnia. Można ją znaleźć na warszawskim Mokotowie przy Skwerze "Gwiazda Polski"(fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Malowniczość tego miejsca urzekła nas od razu. A przez pół roku pracujemy na pobliskim skwerku. Po sąsiedzku tworzy się tu mokotowski ogród społecznościowy, z którym współpracujemy. Przychodzą też do nas organizacje pozarządowe ze swoimi podopiecznymi, np. stowarzyszenie Mierz Wysoko.

Wnętrze miejskiej stolarni (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Największą satysfakcję dają mi jednak zajęcia, które prowadzimy w więzieniu dla kobiet na Grochowie. Kiedy pierwszy raz tam pojechałam, poczułam się jak w domu.

Dlaczego?

- Nie wiem, to irracjonalne. Jestem tam po prostu na swoim miejscu. Od początku bardzo dobrze się czułam w kontakcie z tymi dziewczynami. Zostałam uprzedzona, że one będą agresywne, będą mnie testować, a było tak bardzo normalnie.

Pracuję z kobietami, które przebywają na najcięższym oddziale, tzw. Zamku. Odsiadują długoletnie wyroki więzienia. One bardzo na te zajęcia czekają, wszystko chłoną. Nie wychodzą z celi nawet na posiłki, więc warsztaty są dla nich jedyną formą kontaktu ze światem i ze sobą nawzajem. Kiedy się spotykamy, rytuał powitania trwa 15 minut. Każdy z każdym się całuje i przytula. One są bardzo spragnione fizycznego kontaktu. Po jakimś czasie dowiedziałam się, za co siedzą. Wtedy miałam kryzys. Staram się już nie myśleć o ich wyrokach, wtedy jest łatwiej.

Teraz robimy regał ze skrzynek po jabłkach. Nie mogę do więzienia wwieźć za dużo drewna, więc skrzynki to kompromis. Robimy też siedziska do poczekalni, gdzie przed widzeniem zatrzymują się ich rodziny. Dziewczyny są dumne, że bliscy czekają na pufach, które same zrobiły.

Są jakieś minusy pracy w Wiórach?

- Przeżywamy mocno sytuacje konfliktowe. A jak się przewija dużo ludzi, to zawsze znajdzie się ktoś skłonny do konfrontacji. Na jedne warsztaty wyjazdowe, które zorganizowaliśmy na Mazurach, przyjechała pani z psem. Wcześniej się na to zgodziliśmy, ale okazało się, że pies jest agresywny. Musieliśmy ją poprosić, żeby odwiozła go do domu lub zostawiła w jakimś psim hotelu. Wyjechała obrażona i już nie wróciła. Ale nasz "przeciętny" uczestnik warsztatów to osoba bardzo fajna. Nie przychodzą do nas ludzie roszczeniowi.

Najtrudniej oddzielić pracę od życia osobistego. Wióry funkcjonują w tych godzinach, kiedy normalnie ludzie wracają z pracy. Od dawna nie mieliśmy wolnego weekendu, ale liczymy, że to przejściowe. Działamy dopiero dwa lata. Na początku próbowaliśmy łączyć nasze dotychczasowe zajęcia z Wiórami, ale tak się nie dało.

(fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

To była trudna decyzja, żeby rzucić pracę i zająć się tylko stolarnią?

- Michał pracował jako freelancer, organizując koncerty. Całe dnie nie było go w domu, więc nie miał wielkiego dylematu. Ja już od jakiegoś czasu miałam dość, bo zajmowałam się wirtualnymi projektami, tabelkami, Excelami. Trochę też byłam rozczarowana pracą w organizacjach pozarządowych.

Często zdarzają się wydumane projekty, wymyślone przez entuzjastów, którzy wkładają wiele wysiłku, żeby je zrealizować. Nierzadko wykorzystując do tego publiczne środki, a potem okazuje się, że tym, co robią, poza nimi samymi interesują się trzy osoby. Brałam udział w takich projektach i strasznie mnie to wkurzało. W przypadku Wiórów było odwrotnie. Nie mieliśmy właściwie niczego, ledwie jedną piłę i pojawiło się mnóstwo osób.

Uczestniczka warsztatów (fot. materiały prasowe / Wióry lecą)

Macie ponad 15 tysięcy fanów na Facebooku , własną firmę. Jak myślisz, dlaczego pomysł z Wiórami wypalił?

- Dla wielu ludzi praca z drewnem to namiastka kontaktu z naturą. Możliwość powrotu do korzeni, od których jesteśmy odcięci. Taką potrzebę widać zwłaszcza wśród mieszkańców dużych miast. Drewno jest bliskie codzienności. Można z niego zrobić coś, co służy na co dzień.

Łączymy z Michałem umiejętności, które trudno jednej osobie w sobie zawrzeć. Ja mam doświadczenie animacyjne, pedagogiczne. Pracowałam przez 10 lat jako nauczycielka francuskiego, a potem prowadziłam organizację pozarządową na Pradze. Tam nauczyłam się na przykład, jak koordynować projekty. Łatwo też sobie radzę z ludźmi. A takie warsztaty to żywioł. Trzeba wiedzieć, co zrobić, kiedy przyjdzie ktoś wycofany albo ktoś, kto dominuje. Mamy do czynienia z wieloma różnymi ludźmi o różnych wymaganiach, a przy tym musimy nauczyć ich trudnej sztuki tapicerowania czy obróbki drewna. Jest to możliwe, bo Michał ma bardzo duże umiejętności techniczne. Reprezentujemy zupełnie różne obszary, jednak tak samo ważne dla sprawnego funkcjonowania Wiórów. Gdybyśmy nie pracowali razem, nic by z tego nie wyszło.

Kasia Sawko . Współzałożycielka Wiórów , lingwistka z wykształcenia, nauczycielka francuskiego, animatorka kultury i trenerka edukacji medialnej. Ostatnimi laty zajmowała się otwartością i dostępnością wiedzy w sieci. Wcześniej prowadziła projekt InfoPraga oraz zajęcia w dziale edukacyjnym "Zachęty". Współpracuje z TIT "ę" jako latająca animatorka kultury.

Aneta Szeliga. Dziennikarka, redaktorka, skończyła polonistykę i dziennikarstwo na UW. Lubi rozmawiać z ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy parają się literaturą. Kiedy sama ma coś napisać, towarzyszy jej myśl Czechowa: Sztuka pisania jest sztuką skracania, a zwięzłość siostrą talentu. Współpracowała z dziennikiem "Metro", "Wysokimi Obcasami", portalem ngo.pl, Muzeum Polin. Od słów odpoczywa fotografią.

(fot. Publio.pl)