artykuły

#TLDR - ten akronim na całym świecie miał dotąd jedno znaczenie: z ang. too long, didn't read . Czyli: za długie, nie przeczytałem. Ale za sprawą dywersyjnej akcji, której Weekend z pełnym zaangażowaniem kibicuje i patronuje, skrót ten będzie niebawem odczytywany również tak: this literature deserves reading. W wolnym tłumaczeniu: ten tekst warto przeczytać. A wszystko to w ramach społecznej akcji, zorganizowanej z okazji Światowego Dnia Książki (23 kwietnia) przez Kraków - Miasto Literatury UNESCO .

Bądźcie czujni, bo już jutro sieć zaleją posty ze specjalnym oznaczeniem; ci, którzy je umieszczą, dadzą sygnał, że ich zdaniem chwalenie się niechęcią do przyswajania dłuższych tekstów (w internecie, ale nie tylko) jest co najmniej dyskusyjne. Cel akcji jest prosty: pokazać, że na lektury nigdy nie szkoda czasu. Bo może i żyjemy w kulturze obrazkowej, ale wciąż nie zatraciliśmy umiejętności czytania. A obcowanie ze słowem pisanym jest jedną z najbardziej rozwijających umysłowo i emocjonalnie czynności, jakiej możemy się oddać. Dlatego ci, którzy przechwalają się, że nie przeczytali żadnej książki od czasów szkoły podstawowej, powinni się głęboko zastanowić. Nad sobą. Ten ostatni wątek dodałam już od siebie i biorę za niego pełną odpowiedzialność.

Podobnie jak za to, że w Weekendzie ukazuje się tak wiele długich wywiadów czy reportaży. To, co dwa lata temu - kiedy startował nasz magazyn - wydawało się ekstrawagancją, ryzykownym posunięciem, dzisiaj nikogo już nie dziwi. Wręcz przeciwnie, eksperci z branży dziennikarskiej podkreślają, że długie formy mają w internecie przyszłość. Potwierdzają to opublikowane właśnie przez Amerykański Instytut Prasy badania, które wskazują na to, że teksty składające się z więcej niż 1200 słów budują znacznie większe zaangażowanie internetowych odbiorców, zachęcają ich do interakcji w mediach społecznościowych oraz prowadzą do wzrostu liczby odsłon. Co ciekawe, długie formy są chętnie konsumowane także na urządzeniach mobilnych - a udział tych urządzeń w rynku, jak wiadomo, sukcesywnie rośnie. Amerykańscy badacze przeanalizowali ponad 400 tysięcy artykułów, więc raczej wiedzą, co mówią.

Długie formy są chętnie konsumowane także na urządzeniach mobilnych (fot. istockphoto.com)

Oczywiście objętość tekstu nie świadczy o jego jakości. Napisać obszerny tekst - zachowując dyscyplinę formy i logiczność wywodu, dbając o narracyjne zwroty akcji, nie gubiąc wątku - jest trudno. Bardzo trudno. Podobnie jak przygotować pogłębioną rozmowę, która nie ma nic wspólnego z odklepaniem pytań z kartki, a potem spisaniem odpowiedzi "jak leci". Tym bardziej jednak warto do takich tekstów podchodzić z szacunkiem. I czytać je wnikliwie, krytycznie, a potem o nich dyskutować. Do tego Was nieustannie w Weekendzie zachęcamy. I podsuwamy Wam wybrane przez nas, naszym zdaniem cenne, lektury. Bo świat bez książek byłby nie do zniesienia.

A w Weekend Gazeta.pl m.in.:

- Krzysztof Kowalewski. Świetny aktor i wymarzony rozmówca. Miała się przyjemność o tym przekonać Angelika Swoboda , która zapytała go między innymi o to, czy zdarza mu się czasem ugryźć w język. W końcu szczerość kilka razy przysporzyła mu kłopotów. Kowalewski nie jest jednak zwolennikiem autocenzury. I podkreśla w wywiadzie, którym otwieramy jutrzejsze wydanie: - Nie boję się mówić tego, co myślę. Nie bałem się i za komunizmu. Na naszych łamach także się nie ogranicza. Efekt? Ciężko było nam się zdecydować, jaki tytuł tekstu wybrać. Właściwie każde wypowiedziane przez Kowalewskiego zdanie zasługiwało na wybicie.

Krzysztof Kowalewski (fot. Tomasz Urbanek/East News)

- Życie w akademiku. Nasz reporter Mateusz Witkowski , który dla Weekendu zwiedzał ostatnio Rzeszów oraz Nowy Sącz , tym razem wybrał się do Miasteczka. To kompleks akademików należących do Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, w obrębie którego mieszka aż osiem tysięcy osób. Mateusz zebrał tam bogaty materiał poglądowy, na podstawie którego opisał, jak żyje się dziś studentom w akademiku. Tekst wzbogacił historiami z innych domów studenckich. Wnioski? Mimo że czasy wszechobecnego chaosu panującego w akademikach, za sprawą modernizacji i zaostrzenia przepisów, odchodzą powoli w niepamięć, nic nie jest w stanie poskromić temperamentu studentów.

Juwenalia w Krakowie (fot. Jacek Smoter / Agencja Gazeta)

- Stewardesy w PRL. Iłami trzęsło jak samochodem na wybojach. Pasażerowie palili i dokazywali. W tle czaiła się Służba Bezpieczeństwa. Żeby zarobić, trzeba było przemycać towary. A jednak zazdrościli im wszyscy. Anna Sulińska , autorka książki "Wniebowzięte. O stewardesach w PRL", sprawdziła, czy było czego. Aleksandrze Boćkowskiej opowiada na przykład: - Kawior podawano zawsze na lotach z Moskwy i na trasach do Nowego Jorku. Tylko na początku wszystkim, potem już jedynie w pierwszej klasie. Pasażerowie nie wiedzieli, co to jest i ogólnie nie doceniali. Stewardesy więc z każdej porcji zbierały odrobinkę i uzyskiwały w ten sposób pięć kubeczków na swoje kanapki. Ta rozmowa skrzy się od anegdot. Gwarantuję, że Was wciągnie.

Rok 1975 (fot. archiwum prywatne Małgorzaty Nowotnik)

- Psałterz floriański. Księga religijna z końca XIV wieku. A zarazem najbardziej tajemnicza polska księga, jak zaznacza Anna Budyńska w rozmowie z Łukaszem Kozakiem , mediewistą, redaktorem biblioteki cyfrowej Polona . Biblioteka Narodowa zachęca nas do lektury Psałterza floriańskiego - w sobotę (23 kwietnia) będzie go można zobaczyć na żywo w Pałacu Krasińskich w Warszawie. Cóż fascynującego jest w tym dziele? Jak wynika z opowieści Kozaka, mnóstwo wątków, na przykład miniatura zielonego stwora, która znalazła się na marginesie księgi: - Wystarczyło raz pokazać tę miniaturę w sieci, by od razu wszyscy stwierdzili, że to Mistrz Yoda .

Na karcie 28v widnieje półpostać w różowawym płaszczu. Przywołuje ona dwa skojarzenia z wielkich dzieł filmowych XX wieku. Pierwszym z nich jest - jak w przypadku Yody brytyjskiego - bohater "Gwiezdnych Wojen". Drugi to Nosferatu - hrabia Orlok w kreacji Maxa Schrecka z filmu "Murnaua Nosferatu - symfonia grozy" (źródło: Polona.pl)

- Historia Bez Cenzury. - Rosjanie jadą na taktyce oswobodziciela już prawie 500 lat, a my nadal nie możemy tego zrozumieć - mówi Wojtek Drewniak , youtuber, który na kanale Historia Bez Cenzury nie przebiera w słowach i opowiada o tym, o czym nikt raczej nie powiedział nam na lekcjach historii. Według niego Władysław II Jagiełło był "Władkiem - Niedźwiadkiem", a Bolesław Chrobry "Władcą z jajami". Więcej Wam nie powiem - zajrzyjcie do wywiadu, który przygotowała Patrycja Marszałek .

(fot. Historia bez cenzury)

- Mapaya. Moda to coś więcej niż ubranie. To filozofia, która pchnęła projektanta do stworzenia danej marki. To sposób komunikacji między ludźmi. Czasem to także narzędzie do naprawiania rzeczywistości. I taka moda - ze społeczną misją, wykreowana na transparentnych zasadach - interesuje bohaterkę weekendowego wywiadu, Martynę Wilde , założycielkę konceptu Mapaya . Właśnie przygotowała w Kambodży kolekcję kimon, sukienek i torebek. To efekt współpracy z organizacją, którą współtworzą osoby niepełnosprawne - ofiary min przeciwpiechotnych i polio. Marcinowi Różycowi Wilde mówi: - Z założenia nie pracuję z zakładami, których nie jestem w stanie sprawdzić. Robię, co mogę, żeby dobrze spać w nocy.

Pierwsza od lewej: Martyna Wilde, założycielka konceptu Mapaya (fot. Daz Wilde)

- #stopmodnejdepresji. Trzynastoletnia Amelia z powodu depresji spędziła wakacje w szpitalu psychiatrycznym. U szesnastoletniej Toni depresja rozwinęła się w gimnazjum, gdzie takie problemy miało wielu uczniów. Dziś Amelia i Tonia wspólnie starają się pomóc innym chorym dzieciakom i przeciwdziałać "modzie na depresję" szerzącej się wśród rówieśników. Opisuje to dla nas, w mocnym reportażu, Małgorzata Gołota .

Po młodych ludziach czasem nie widać depresji. Dzieci między sobą wyłapują dyskretne sygnały, dorośli - nie (fot. Pixabay.com)

- Stefan Starzyński. Grzegorz Piątek , autor książki "Sanator. Kariera Stefana Starzyńskiego" , w szalenie ciekawym wywiadzie relacjonuje Mike'owi Urbaniakowi , jak "Ciepciuś" (tak przezywali Starzyńskiego w szkole koledzy) został "warszawiakiem stulecia".

Stefan Starzyński (fot. nac.gov.pl)

Oto okazuje się, że słynny prezydent stolicy nie był wcale wielkim wizjonerem, ale sprawnym wykonawcą planów poprzedników. W dodatku: był politycznym bulterierem (potrafił być naprawdę bezwzględny wobec swoich oponentów) oraz opanował do perfekcji narzędzia autopromocji (dziś byśmy powiedzieli, że był wirtuozem PR-u). Piątek odbrązawia Starzyńskiego, ale wcale nie strąca go z cokołu. Pokazuje po prostu człowieka - z pełnym wachlarzem jego przymiotów i słabości.

Hanna Rydlewska . Redaktorka naczelna Weekend.gazeta.pl