Oto najnowszy odcinek "Ucha Prezesa". Jak zwykle nikt i nic się nie może obyć bez Pani Basi. Niezłomna sekretarka Prezesa jak lwica broni do niego dostępu, a dopuszcza do prezesowskiego ucha tych, których uzna za stosowne:
Jak przypomina "Polityka", pani Basia ma swój odpowiednik w prawdziwym życiu - Barbarę Skrzypek. To, jak podkreśla tygodnik , "ktoś więcej, niż szefowa sekretariatu" Jarosława Kaczyńskiego:
"Rocznik 1959, przy prezesie od zawsze. - Ona zwraca się do niego szefie, on do niej Basieńko - opowiada jeden ze współpracowników Kaczyńskiego. W sprawach organizacyjnych prezes ufa jej bezgranicznie. Na Nowogrodzkiej mówią, że jak do niej trafi jakiś dokument, to nigdy nie zginie.To ona ma prawo wejść do gabinetu szefa i przerwać nawet najważniejsze spotkanie tylko dlatego, że się przedłuża".
I chociaż twórcy serialu "Ucho Prezesa" nie deklarują, że przedstawione w nim postacie to bezpośrednie odwzorowanie polskiej rzeczywistości politycznej, to nawiązania do niektórych polityków są bardzo wyraźne. Rolę sekretarki Prezesa, postaci niewątpliwie charakterystycznej, gra Iza Dąbrowska. Przypominamy nasz wywiad z aktorką.
Tomasz Golonko: Zaczepiają panią na ulicy?
Iza Dąbrowska: - Czasami. Ostatnio pewna pani zadała mi sakramentalne pytanie: "Skąd ja panią znam?", po czym sama, uradowana, odpowiedziała po chwili skupienia: "Już wiem! Z odpustu w Piątnicy!". Nie wyprowadzałam jej z błędu.
A jak już rozpoznają, komentują jakoś pani role?
- Nie każdy ma taką odwagę, ale kiedyś mój sąsiad w przypływie szczerości podsumował: "Przecież pani całkiem do rzeczy jest. Dlaczego pani takie straszne baby gra? Jakieś zabiedzone, chore, generalnie margines".
I?
- Odpowiedziałam, że ktoś musi straszne baby grać.
Bo pani gra straszne baby. Jak na przykład w głośnym filmie "Galerianki". Epizodyczna rola matki, ale tak zagrana, że się ją pamięta. Albo w serialu "Na Wspólnej" - nauczycielka w liceum. Drugi plan, rola bardzo mała, ale tak wredna i złośliwa, że skojarzyć panią nietrudno. Szersza publiczność zna panią właśnie z seriali.
- Postaci, które dostaję do zagrania, faktycznie są mocno charakterystyczne. Jasiunia z serialu "Blondynka", Helka z filmu "Przybyli ułani", matka z "Białej sukienki", czy rola, również matki, we "Wszystko będzie dobrze". Jakoś dużo rzeczywiście tych matek toksycznych, bo jeszcze była w spektaklu Teatru Telewizji "W poszukiwaniu zgubionego buta".
Nie ma pani dosyć tego "marginesu"?
- "W Bożej podszewce" zagrałam Wandzię. Dziewczynę ograniczoną umysłowo. Duże, sepleniące dziecko, z sercem na dłoni. Szaleńczo zakochaną w swoim mężu, ale średnio domytą i ubraną. Izabella Cywińska, która reżyserowała ten serial, obiecała mi po zdjęciach, że w następnej produkcji zagram księżniczkę w koronkach. Od razu poprosiłam, żeby miała chociaż garb i była bez zęba, bo inaczej sobie nie poradzę.
Udało się?
- No, nie. Księżniczki mają jednak pełne uzębienie i prosty kręgosłup. To mi już chyba niepisane. Mam za to nadzieję, że gdzieś czeka na mnie mój "Nikifor". Krystyna Feldman - wspaniała aktorka, czekała na taką rolę długo. Na razie cieszę się z tego, co mi los przynosi. Dostałam przecież Oscara! Zagrałam kelnerkę w "Idzie".
A jak wygląda praca na planie dzisiaj i wtedy, kiedy pani zaczynała?
- Na początku wydawało mi się, że już od rana powinnam być skupiona. I w tym skupieniu jechałam na plan, skoncentrowana jadłam śniadanie w barobusie, a potem, ucharakteryzowana i przebrana, czekałam, czasami kilka godzin (bo słońce, bo chmura, bo deszcz), na pierwszy klaps! Wieczorem czułam się jakbym przewaliła tonę cegieł! Dzisiaj już chyba lepiej gospodaruję energią i skupieniem.
A teatr jakie ma miejsce w pani życiu?
- To jest początek i koniec wszystkiego, że tak powiem górnolotnie. To prawdziwy, żywy kontakt z drugim człowiekiem, z widzem. Nic tego nie zastąpi.
Gdzie się można teraz z panią "skontaktować"?
- Gram wciąż w "Naszej klasie" na Scenie na Woli Teatru Dramatycznego. Premiera tego dramatu wyróżnionego nagrodą Nike odbyła się w 2010 roku, a widzowie ciągle przychodzą. Mocny, emocjonalny spektakl o trudnych, sąsiedzkich relacjach. O historii, która przetoczyła się walcem po ludziach. O wyborach i cenie, jaką się za nie płaci. Najważniejszy, jak dotąd, dla mnie.
Poza tym znalazłam nową przystań w Och Teatrze, zaproszona przez Krystynę Jandę, co bardzo sobie cenię. Zagrałam tam w "Prapremierze dreszczowca". To szalona zabawa w amatorski teatr, który na pewnej politechnice założyli jej wykładowcy, i na których w czasie premiery spadają wszystkie nieszczęścia świata. Oprócz tego jest jeszcze nowy tytuł "Udając ofiarę". To z kolei przykład czarnego, rosyjskiego humoru. Bohaterem jest pewien 30-latek Wala, który bierze udział w rekonstrukcjach wydarzeń kryminalnych jako ofiara, aby oswoić strach przed śmiercią. Absurd, groteska, śmiech, ale gorzki.
Granie przez kilka lat jednego spektaklu nie męczy?
- Ale my się zmieniamy, zmienia się rzeczywistość, inaczej rozkładają akcenty, sensy. Poza tym za każdym razem są inni ludzie na widowni. Skupieni lub nie, i wtedy trzeba o ich uwagę zawalczyć.
A jak się walczy w kabarecie?
- Ostro. "Kabaret na koniec świata", który mieści się w naszej ukochanej piwniczce na warszawskim Mokotowie, przy Olesińskiej 21, to miejsce, gdzie od razu dostaje się recenzję. Jesteśmy blisko widzów. Jak trafiamy, śmiech jest natychmiast.
Lubi pani bawić ludzi?
- Bardzo. Śmiech to coś wspaniałego. Jak dobra sesja u psychoterapeuty. Dla obu stron. Czerpiemy z siebie. Dobry, pasożytniczy układ.
Film, serial, teatr, kabaret. Sporo tego, ale na okładkach pani nie ma, ani w telewizjach śniadaniowych. Nie opowiada pani o sobie... Nie lubi pani być na świeczniku?
- Niestabilne miejsce. Można spaść albo się poparzyć.
Teatr to dla pani dom?
- Dom to dom. Nie chcę do niego wszystkich zapraszać. Ale do teatru jak najbardziej! I skoro używamy porównań z domem, a widzów z gośćmi, niech będzie. Posprzątałam, ugotowałam, jak umiałam najlepiej, mogę przyjmować!
Nieźle pani gotuje.
- Cieszę się, że smakowało.
Izabela Dąbrowska (ur. 1966, w Białymstoku). Aktorka teatralna, filmowa oraz dubbingowa. Debiutowała w 1989 roku na deskach Teatru Lalka w Warszawie. Potem była aktorką takich scen jak Teatr Dramatyczny czy Teatr Na Woli w Warszawie. Dziś talent aktorki można podziwiać m.in. w sztuce "Udając Ofiarę" w reżyserii Krystyny Jandy w stołecznym Och-Teatrze. Szerszej publiczności znana z takich filmów jak "Galerianki" czy "Ida" oraz z seriali telewizyjnych m.in. "Boża Podszewka", "Plebania" oraz "Na Wspólnej". Ma na koncie dziesiątki ról w dubbingu. Lubi bawić ludzi, co z powodzeniem udaje jej się w "Kabarecie na koniec świata" na Scenie Przodownik Teatru Dramatycznego w Warszawie. O Izabeli Dąbrowskiej mówi się "aktorka charakterystyczna", choć bez cienia wątpliwości można nazwać ją "mistrzynią drugiego planu".
Tomasz Golonko (ur. 1987). Dziennikarz społeczny i kulturalny. Pracował dla "Malemen", Natemat.pl oraz "KMAG". Dziś jest dziennikarzem portalu Gazeta.pl, dla którego pisze o ludziach i kręci o nich reportaże. Kocha kino. W wolnych chwilach pływa i czyta książki. Uczeń Teresy Torańskiej.