artykuły

Ojciec Salvatore Perrella nie był w stanie usiedzieć zbyt długo w miejscu. W powszedni wieczór, napędzany częstymi dostawami espresso, przemierzał biuro jak kot, przemieszczając się od jednej półki do drugiej w poszukiwaniu konkretnego tomu, wykopując jedną ze swoich prac naukowych z rozmaitych kufrów lub podnosząc słuchawkę, by spytać studenta, czemu nie pojawił się tego dnia na zajęciach.

Niskiej postury i krępej budowy Perrella mówił z urywanym akcentem neapolitańskim, dostarczając dobitnych, precyzyjnych odpowiedzi na pytania o objawienia maryjne na przestrzeni wieków.

"Objawienia zawsze przemawiały do ludzi. Ponieważ ludzie - niezależnie, czy ich kultura jest prymitywna, racjonalna czy technologiczna - nie potrafią sobie radzić bez emocji. Musimy jako Kościół łączyć rozum z uczuciem. Objawienia mogą być w tym celu pomocne. Przypominają nam, że Bóg obecny jest w historii ludzkości, a robią to poprzez najlepszy wizerunek Kościoła, Maryję. Jeśli jednak chodzi o wiarę - a ludzie nie chcą tego słyszeć - objawienia nie są konieczne. Jeśli Maryja pojawia się, nie ma nam do powiedzenia nic nowego. I jeśli wyolbrzymiamy wagę maryjnych objawień, w rzeczywistości działamy na szkodę Bożego planu i godności Maryi".

Obraz Matki Bożej (fot. Jakub Ociepa/AG)

*

Nie ma większego watykańskiego autorytetu w dziedzinie Najświętszej Maryi Panny niż sześćdziesięciotrzyletni Perrella, członek zgromadzenia serwitów. Jako płodny autor prac poświęconych tematyce maryjnej, był doradcą Kongregacji Nauki Wiary i czołowym członkiem watykańskiej komisji badającej Medjugorie. Jest dziekanem Papieskiego Wydziału Teologicznego Marianum, instytucji, która z dumą sięga korzeniami siedemnastego wieku. Usytuowane na rzymskim wzgórzu Janikulum za niszczejącym ceglanym murem, wzdłuż którego stoją kubły na śmieci, Marianum widziało lepsze czasy. Studenci są nieliczni, wyposażenie przestarzałe, a na wystrój składają się donice ze sztucznymi paprotkami i stare mozaiki z Madonną. Jednak w biurze ojca Perrelli poziom energii nigdy nie spada. Kiedy spyta się go o rolę biskupów w ocenie wiarygodności objawień, natychmiast robi się gorąco.

- Przez lata wielu biskupów nie wiedziało, jak reagować na świadectwa objawień - mówi Perrella. - Dlatego Watykan postanowił opublikować normy. Biskupi muszą wiedzieć takie rzeczy! To problem dla nich, dla diecezji, dla całego Kościoła! Pierwszą zasadą jest rozwaga. Drugą cierpliwość - czekanie na właściwy moment. Zadaniem biskupa jest pozwolić, by śmietana zebrała się, a nie od razu ją ubijać! A to oznacza oparcie się wścibstwu i chorobliwej ciekawości mediów, które w kwestii objawień są z piekła rodem.

Historycznie rzecz biorąc, wizje maryjne były stosunkowo rzadkie, jednak od czasu kiedy na początku lat osiemdziesiątych Medjugorie nabrało rozgłosu, Watykan śledził około czterdziestu innych objawień Maryi na terenie Europy Wschodniej i Afryki. Eksperci nazywają ten obszar "korytarzem maryjnym" i zastanawiają się, czy to przypadek duchowej zarazy, czy autentyczna seria mistycznych wydarzeń.

Odtworzenie Ukrzyżowania (fot. Mahesh Kumar A./AP)

Dla części katolików macierzyńska, pocieszycielska natura Maryi sprawiła, że jest Ona bardziej przystępna niż Chrystus. Zdaje się zaspokajać istniejącą pośród wiernych potrzebę pośrednika, orędownika spraw ziemskich w niebie, pełnić funkcję, którą podkreślają Jej cudowne objawienia w różnych krajach i kulturach. Ponieważ jednak objawienia maryjne są zazwyczaj wydarzeniami oddolnymi, dla hierarchów stwarzają problemy. Władze kościelne muszą być otwarte na tradycyjne pojęcie sensus fidelium , wyczucia wierzących, które polega na zdolności "ludu Bożego" do intuicyjnego rozpoznawania boskich znaków - z akceptacją Rzymu lub bez niej.

Ale według ojca Perrelli współczesne świadectwa objawień maryjnych często pochodzą od "niewykształconych osób, u których emocje biorą górę" i które wierzą, że Maryja jest wszechmocna. W wielu wypadkach jego zdaniem to osoby, które nie chodzą do kościoła regularnie i mają niedojrzałe rozumienie wiary.

Watykan musi więc wykazywać ostrożność i unikać "grania pod wiernych" przez zatwierdzanie objawień tylko po to, by zadowolić rzesze katolików. - Należy pamiętać, że jeśli Kościół nie ogłosił autentyczności objawienia, nie będzie skandalu, kiedy okaże się ono fałszywe - powiedział i podał przykład. Pod koniec 2013 roku, w małym kościółku jakieś cztery przecznice od Marianum, w rzymskiej dzielnicy Monteverde Vecchio, wierni donieśli, że biała figura Maryi staje się wieczorami czerwonawa. "Cud z Monteverde" wkrótce trafił na pierwsze strony gazet i zaczął przyciągać spore tłumy. Ojciec Perrella, który pełni funkcję tamtejszego kapelana, przyjrzał się sprawie.

"Cud" okazał się wynikiem nowego oświetlenia wnętrza i miejscowi szybko stracili zainteresowanie. Jednak miesiąc później policzki figury nabrały zdecydowanych rumieńców i podniecenie wróciło. Tym razem badanie wykazało, że ktoś nasmarował figurę szminką, być może jako żart na Halloween. Ojciec Perrella potępił to jako akt wandalizmu lub przynajmniej żartu w złym guście. Prywatnie powiedział, że niesie to nauczkę: - W kwestii tego typu zjawisk urzędnicy kościelni nie mogą po prostu dać się ponieść entuzjazmowi podsycanemu przez media, w przeciwnym razie skończą u czubków.

Matka Boża z kościółka koło Medziugorie (fot. Mariusz Musiał/Wikimedia Commons)

Drobne "cuda" maryjne, w rodzaju płaczących figur czy krwawiących ikon, traktowane są jak zarzewie przez władze kościelne, które usiłują je stłumić, zanim rozprzestrzeni się i rozpali powszechny entuzjazm. Sam Watykan na ogół próbuje się nie angażować, ale istnieją wyjątki, jak w przypadku Płaczącej Madonny z Syrakuz, na wschodnim wybrzeżu Sycylii.

W 1953 roku młode sycylijskie małżeństwo Angelo i Antonina Iannuso otrzymało gipsowy relief Maryi jako prezent ślubny i powiesiło go w sypialni. Później tego samego roku Antonina zaszła w ciążę i zaczęła cierpieć na zagrażającą życiu komplikację, eklampsję, która wywoływała drgawki. Pewnego wczesnego ranka doznała silnego ataku, który przejściowo pozbawił ją wzroku. Odzyskała go pięć godzin później i pierwszą rzeczą, jaką ujrzała, były łzy płynące z wizerunku Maryi na ścianie. Jej zszokowana rodzina także była świadkiem łez spływających po policzkach Maryi na łóżko Antoniny. Wszyscy jej członkowie próbowali osuszyć twarz wizerunku, jednak wciąż płakał, przyciągając do domu wielkie tłumy. Relief zaczęto wystawiać na zewnątrz niewielkiego mieszkania, a podekscytowani pielgrzymi zbierali łzy Maryi na kawałki materiału. Kilkoro ludzi, w tym Antonina, zostało rzekomo cudownie uzdrowionych.

Miejscowy biskup wysłał wkrótce komisję badawczą, która usunęła spód z reliefu i nie znalazła dowodów na fałszerstwo. Wezwano lekarzy, by poddali płyn analizie, i ogłoszono, że to ludzkie łzy. Po czterech dniach płacz ustał. Wkrótce potem arcybiskup Syrakuz uznał zjawisko za nadprzyrodzone, którą to ocenę potwierdzili biskupi z Sycylii pod koniec roku. W 1954 papież Pius XII dodał swoją aprobatę, mówiąc, że łzy Maryi przemówiły do świata "tajemnym językiem". Kiedy papież Jan Paweł II odwiedził Syrakuzy u schyłku 1994 roku, powiedział, że domniemany cud ma głębokie znaczenie dla Kościoła: - Łzy Madonny należą do rzędu znaków. Oto matka płacząca, gdy widzi swe dzieci zagrożone duchowym lub cielesnym złem.

Słowa polskiego papieża wywołały niepokój w Watykanie, gdzie urzędnicy wiedzieli, że większość płaczących czy krwawiących figur po zbadaniu okazywała się mistyfikacją. Watykan miał już ogromny problem z jednym takim przypadkiem w Korei Południowej, gdzie świecka katoliczka Julia Youn Hong-sun twierdziła, że doznaje objawień Maryi, odkąd jej figura Matki Boskiej zaczęła płakać w 1985 roku.

Pięćdziesięciopięciocentymetrowy posąg, który stał w domu kobiety w mieście Naju, z początku ronił łzy, potem krople krwi. Szeroko nagłośniony przez Julię i jej doradców cud przyciągnął tysiące wiernych, w tym zagranicznych księży i biskupów. Łzy ustały po siedmiuset dniach, ale przesłania od Maryi nadal trwały. Przekazywane przez wizjonerkę nabrały tonu apokaliptycznego, ostrzegając, że szatan mobilizuje księży, by zdradzili Kościół, że świat zostanie "starty na proch" i że tylko Maryja może "odwrócić gniew Boga Ojca". Wydarzenia z Naju przybrały jeszcze na sile w 1991 roku. Pewnego dnia po otrzymaniu komunii Julia oświadczyła, że hostia przemieniła się w ciało i zaczęła krwawić na jej języku, zwolennicy cudu zaś ogłosili, że Eucharystia przybrała postać widzialnego ciała i krwi Chrystusa. Rzekomy cud nastąpił kilkakrotnie w ciągu kolejnych lat, a kiedy się wydarzał, Julia ochoczo otwierała usta i przedstawiała krwawy dowód zdumionym widzom.

 

W 1995 roku Julia Youn odwiedziła Watykan wraz z koreańską pielgrzymką. Spotkanie to było klasyczną zasadzką na papieża, który zwyczajowo zapraszał gości z zewnątrz na poranną mszę w swej prywatnej kaplicy. Podczas liturgii, w której uczestniczyło około pięćdziesięciu osób, Julia otrzymała razem z innymi komunię. Jak to później opisała, hostia natychmiast zaczęła puchnąć w jej ustach. Po zakończeniu mszy Julia stała w rzędzie witających się z papieżem, filmowana przez koreańskiego kamerzystę, który miał dokumentować wydarzenie. Kiedy papież Jan Paweł II podszedł, by ją pobłogosławić, otwarła usta, w których ukazało się coś, co wyglądało jak krwawy kawałek mięsa. Papież wzdrygnął się i cofnął, podczas gdy jego współpracownicy, rozzłoszczeni tym ustawionym widowiskiem, pospiesznie go odsunęli. Nagranie i zdjęcia były później wykorzystane przez zwolenników Julii, by zasugerować, że Jan Paweł II nie tylko był świadkiem eucharystycznego "cudu", ale uznał go i pobłogosławił.

Dwa lata później archidiecezja Kwangju, która uważnie obserwowała wizjonerkę z Naju, oświadczyła, że wydarzenia te nie były nadprzyrodzone, i zakazała katolikom uczestnictwa w uroczystościach na "Górze Matki Bożej", centrum duchowym ustanowionym przez Julię i jej przewodników. Zgodnie z decyzją z 2008 roku, popieraną przez watykańskich urzędników zajmujących się doktryną, Julia Youn i jej zwolennicy zostali ekskomunikowani za promowanie objawień i udawanie, że hierarchowie je uznali. Jednak Julia i jej zwolennicy nie poddali się. Przez lata kontynuowali zasypywanie Kongregacji Nauki Wiary listami nalegającymi, by zdjęto ekskomunikę.

Jednym ze szczególnych aspektów wydarzeń z Naju, który poruszył teologiczną strunę Watykanu, było to, że w swoim przekazie dla Julii Youn Maryja rzekomo zaczęła nazywać siebie "Współodkupicielką" - co znaczy, że dzieliła z Chrystusem rolę Zbawcy. Dla Kościoła katolickiego jedynym Zbawicielem jest Chrystus, której to roli nie dzieli z nikim, nawet z własną Matką. Kwestia ta wypłynęła również przy wcześniejszych objawieniach. W latach pięćdziesiątych wizjoner z Holandii przekazał, że Maryja żąda, by Kościół katolicki ogłosił ją "Współodkupicielką, Pośredniczką i Orędowniczką", które to tytuły miały być częścią piątego i ostatniego dogmatu maryjnego. (Cztery oficjalne dogmaty maryjne dotyczą Bożego Macierzyństwa Maryi, Jej Nienaruszonego Dziewictwa, Niepokalanego Poczęcia i Wniebowzięcia).

Amsterdamskie objawienia zostały ostatecznie odrzucone przez władze kościelne, ale kwestia Maryi jako Współodkupicielki nie zniknęła. W 1971 roku kobieta z Quebecu, która wierzyła, że jest wcieleniem Matki Boskiej, założyła Armię Maryi propagującą rolę Współodkupicielki. Po kilku latach starć grupy z miejscowymi biskupami Watykan oficjalnie obłożył jej członków ekskomuniką. Katolicki ruch "Maryja jest Bogiem" na Filipinach utrzymywał, że Maryja jest "uosobieniem Ducha Świętego". Przez jakiś czas kwitł, ale został ostatecznie rozwiązany przez hierarchów kościelnych.

W latach dziewięćdziesiątych problem znów znalazł się w centrum zainteresowania mediów, kiedy konserwatywni katolicy ze Stanów Zjednoczonych zaczęli masowo wysuwać petycje, by papież Jan Paweł II uznał ideę "Współodkupicielki" za dogmat. Tym razem Watykan odpowiedział, zwołując komisję teologów, którzy tej propozycji powiedzieli stanowcze "nie". Ojciec Perrella pełnił funkcję rzecznika komisji, wyjaśniając, że Chrystus jest jedynym Odkupicielem i "nie można decentralizować Jego postaci na rzecz Jego Matki". Rzeczywiście, Kościół naucza, że zbawienie Maryi, choć urodzonej bez skazy grzechu, zależało od Chrystusa. Perrella powiedział, że petycje krążące po Stanach Zjednoczonych są "teologicznie marne, historycznie błędne, duszpastersko nierozważne i nieakceptowalne z ekumenicznego punktu widzenia". Na bardziej podstawowym poziomie myśl, że Matka Boża pojawia się na ziemi, by żądać dla siebie więcej tytułów, była dość osobliwa.

Matka Boska Częstochowska (fot. Wikimedia Commons/public domain)

Analizując objawienia z Medjugorie, ojciec Perrella i inni z watykańskiej komisji wzięli pod lupę dwa szczególne przesłania, w których Matka Boska mówiła o sobie jako "Pośredniczce". W marcu 2012 roku Gospa powiedziała: - Drogie dzieci! Staję pośród was, ponieważ pragnę być waszą matką - wstawiać się za wami. Pragnę być łączniczką między wami a Ojcem Niebieskim - waszą Pośredniczką. Niektórym teologom to stwierdzenie wydało się niejednoznaczne. Choć "pośrednik" jest starożytnym tytułem nadanym Maryi i świętym, medjugorskie przesłanie zdawało się sugerować nową, bardziej oficjalną funkcję, która jest kompletnie niepotrzebna w mniemaniu watykańskich ekspertów. Ich zdaniem Kościół nie potrzebuje pośrednika między Bogiem a człowiekiem, ponieważ już go ma - Syna Bożego, który oddał swoje życie na krzyżu.

Krytycy twierdzą, że w kwestii oceny objawień i przekazów maryjnych Watykan stawia obecnie zbyt wysoko poprzeczkę. Ojciec René Laurentin, francuski teolog, który jest zdecydowanym zwolennikiem Medjugorie, narzekał w 2007 roku, że Watykan przyjął głównie lekceważący stosunek do wizjonerów katolickich. - Objawieniom nie daje się obecnie wielkiej wiary, są bardzo źle widziane w Kościele. Gdy objawienia mają wymiar historyczny, to wspaniale, Maryja Dziewica może być czczona w swoich sanktuariach. Ale kiedy pojawia się teraz, to wygląda bardzo niebezpiecznie i nie można tego tykać - powiedział i przytoczył Medjugorie jako klasyczny przykład. - Dochodzi tam codziennie do nawróceń, ale biskup jest przeciwny. A kiedy Rzym chroni i kryje biskupa, nie można powiedzieć, by popierał objawienia.

W debacie nad Medjugorie wielu ekspertów watykańskich dawno podzieliło się na dwa obozy: tych, którzy wierzą, że Maryja naprawdę się objawia, i tych, którzy uważają, że wizjonerzy, świadomie lub nie, rozpowszechniają duchowe oszustwo. Istnieje trzecia możliwość, którą czasem rozważa się przyciszonym głosem w Watykanie, hipoteza, która zdaniem klasycznych autorów piszących o doświadczeniach mistycznych musi być zawsze brana pod uwagę: że to, co z wierzchu wygląda na świętość Maryi, jest w rzeczywistości dziełem szatana.

Szatan - ilustracja G. Dore do poematu "Raj Utracony" Miltona (fot. Wikimedia Commons/public domain)

*

Od początku dziejów Kościoła jego przywódcy ostrzegali, że jedną z najbardziej podstępnych pułapek czyhających na duchowych wizjonerów jest zdolność szatana do udawania przyjaciela, sojusznika czy nawet boskiej postaci. Święty Paweł powiedział, że szatan może się pojawiać jako "anioł jasności", zwodząc niewinnych pokusami - ostrzeżenie, które powtórzyli wielcy hiszpańscy mistycy, święty Jan od Krzyża i święta Teresa z Ávila. We Włoszech klasyczny przypadek tego typu odnotowano na początku dwudziestego wieku. Święta Gemma Galgani była mistyczką, której nadprzyrodzone wizje zostały przez Kościół uznane za autentyczne. Doniosła raz, że odwiedził ją piękny młodzieniec, odziany w białą szatę ze srebrną szarfą, który powiedział, że został przysłany jako anioł z nieba. Dopiero kiedy zaczął kusić ją karygodnymi grzechami, zdała sobie sprawę, że ma do czynienia z diabłem.

Fragment pochodzi z książki Johna Thavisa "Tajemnice watykańskich proroctw", która ukazała się nakładem wyd. Znak

John Thavis, "Tajemnice watykańskich proroctw" (fot. Nancy Phelan Wiechec Catholic News Service / materiały prasowe)

John Thavis. Przez blisko 30 lat obserwował działania Watykanu i Kurii Rzymskiej m.in. jako dziennikarz Catholic News Agency (Katolickiej Agencji Informacyjnej). Autor książek " Dziennik watykański. Serce Kościoła katolickiego od kuchni: władza, ludzie, polityka " i "Tajemnice watykańskich proroctw".

(fot. Publio.pl)