artykuły

- A urząd wojewódzki to gdzie mieliście? - zapytałem Tomka pewnej soboty, gdy niespiesznie jechaliśmy przez centrum Chełma.

- W Gmachu - odpowiedział, patrząc na drogę.

- W gmachu czego?

- No w Gmachu.

Bo w Chełmie Gmach jest jeden. Wystarczy na niego spojrzeć. Wszystko inne to po prostu budynki.

Gmach (fot. Filip Springer)

Cała sprawa zaczęła się w 1925 roku, gdy władze odrodzonej Rzeczpospolitej wpadły na pomysł, aby przenieść Dyrekcję Kolei Państwowych znajdującą się w Radomiu nieco bardziej na wschód. Chodziło o lepszą obsługę wschodnich rubieży kraju, a urzędująca w centralnej dzielnicy dyrekcja nie spełniała tej funkcji. Nie mniej istotna była chęć deglomeracji i wzmocnienia słabszych miast. To właśnie dlatego zdecydowano się na mały, niepozorny Chełm.

W ciągu kilku lat, mimo protestów niezadowolonych ze zmiany radomian, miał tu powstać nie tylko nowoczesny biurowiec dla pracowników kolejowej dyrekcji, ale też nie mniej nowoczesne osiedle mieszkaniowe - cała w pełni funkcjonalna dzielnica.

Dla pracowników Kolei Państwowych miał powstać nie tylko okazały Gmach, ale cała dzielnica (fot. Filip Springer)

Prace projektowe nad osiedlem zlecono dwóm architektom: Adamowi Kuncewiczowi i Adamowi Paprockiemu z warszawskiej Spółdzielni Architektonicznej Pracowników Zakładu Architektury Polskiej. W nieco ponad rok (sic!) przygotowali oni koncepcję całej dzielnicy, zaplanowanej na powierzchni ponad 50 hektarów na północny wschód od starego Chełma.

Według planów architektów osiedle, wzorowane na koncepcji miasta ogrodu Ebenezera Howarda, miało mieć kształt orła. W miejscu korpusu stanąć miał właśnie budynek biurowy dla 740 pracowników kolei oraz dom mieszkalny dla prezesa (siedem pokoi i kuchnia). Dalej od korpusu, na skrzydłach, zaplanowano 33 domy bliźniacze dla wyższych urzędników i 152 domy wielorodzinne dla pozostałych pracowników.

Według planów architektów osiedle miało mieć kształt orła (fot. Filip Springer)

Wszystkie przewidziane do realizacji domy mieszkalne można tu podzielić na 11 różnych typów. Najmniejsze, dwupokojowe mieszkanie w nowej dzielnicy miało mieć 70 metrów kwadratowych. Co ciekawe, rozwiązania funkcjonalne opierano tu na najlepszych, modernistycznych wzorcach wypracowywanych z mozołem na Żoliborzu choćby przez Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, a z czasem także Towarzystwo Osiedli Robotniczych (o domach TOR pisałem tutaj ). Forma architektoniczna osiedla z modernizmem miała już jednak niewiele wspólnego.

Budynki wzniesiono w stylistyce nawiązującej do tradycji dworu polskiego - to styl, który przez pewien czas święcił tryumfy w całej Polsce. Wykorzystywali go tacy architekci, jak choćby Stefan Szyller, Stanisław Noakowski, Oskar Sosnowski czy Jan Koszuc-Witkiewicz. Zakładali oni, że styl dworkowy może się stać polskim stylem narodowym - architektonicznym instrumentem do budowania tożsamości mieszkańców scalonej Rzeczpospolitej.

Stylistyka budynków nawiązywała do tradycji dworu polskiego (fot. Filip Springer)

Inaczej ma się sprawa z Gmachem. Jego projekt powierzono innemu architektowi - Henrykowi Gayowi. Zaproponował on modernistyczny budynek w kształcie litery H, który stanowił zwieńczenie głównej osi widokowej osiedla biegnącej z północy na południe, od strony dworca kolejowego. Nowoczesność tego budynku jest jednak jeszcze ostrożna, operująca wciąż ogólnymi kanonami klasycznej bryły, zastępując rytm kolumn rytmem ostro zaakcentowanych lizen i słupów - pisała o Gmachu Barbara Litwin na łamach "Rocznika Chełmskiego". I od razu dodawała, że tak zwane Nowe Miasto w Chełmie jest dziełem "ścierania się poglądów, a zarazem kompromisem między tradycją a nowoczesnością, między eklektyzmem narodowym a ideą modernizmu".

Wnętrze Gmachu (fot. Filip Springer)

Władze Chełma z dzikim wręcz entuzjazmem wspierały całą inwestycję, upatrując w niej szansy rozwoju całego miasta. Same zobowiązały się więc wybudować 10 kilometrów dróg dojazdowych, wodociąg, kanalizację, elektrownię i halę targową. Żeby tym wyzwaniom sprostać, zaciągnięto odpowiednio wysoki kredyt.

Władze miasta zobowiązały się wybudować 10 kilometrów dróg dojazdowych, wodociąg, kanalizację, elektrownię i halę targową (fot. Filip Springer)

Termin ukończenia całej budowy zaplanowano bardzo ambitnie na rok 1930. Jednak już po kilkunastu miesiącach od rozpoczęcia prac, zimą na przełomie 1928 i 1929 roku, pojawiły się pierwsze problemy. Pod świeżo wzniesione mury dostała się woda, która zamarzając, zaczęła je rozsadzać. Przeciwnicy budowy, dowiedziawszy się o tym kłopocie, zaczęli sabotować całą inwestycję. Wkrótce potem w Polskę uderzył Wielki Kryzys, roboty stanęły, z placu budowy zeszli robotnicy. W 1933 roku z Chełma wyjechał już nawet kierownik całej budowy Mikołaj Leszczyna-Głybowski.

Prace nad osiedlem, po wielokrotnych apelach władz i mieszkańców Chełma, wznowiono dopiero w 1938 roku; pierwszą część osiedla (jedno skrzydło planowanego orła) oddano do użytku rok później. Decyzję o przeprowadzce Dyrekcji Kolei Państwowych z Radomia podjęto latem 1939 roku. Jej ostateczną datę wyznaczono na 1 września. Łatwo się domyślić, że nigdy nie doszła do skutku.

Pierwszą część osiedla oddano do użytku w 1939 roku (fot. Filip Springer)

Dziś osiedle określane jest po prostu mianem Dyrekcji, a budynek biurowy stojący w jego sercu jest jedynym prawdziwym Gmachem w mieście. Całe założenie robi piorunujące wrażenie: obstawione skromnymi budynkami uliczki pną się stromo pod górę albo delikatnie opadają, odsłaniając niespodziewane widoki i perspektywy. Wędrując nimi, ma się rzadko spotykane w polskich miastach poczucie harmonii. Także dlatego, że jakimś cudem osiedle nie zostało zniszczone pastelowo - styropianowymi wariacjami.

Miejscowemu konserwatorowi zabytków udało się nawet doprowadzić do tego, że okna w budynkach mieszkalnych w całym zespole zostały wymienione na jednolite. Teraz są plastikowe, ale ze szprosami, ich forma nie gryzie się z architekturą całego założenia. To, czego nie udało się uchronić, to ogrody między domami. W większości przypadków zastawiono je ohydnymi budami garaży. Gdzieniegdzie tylko zachowały się niewielkie skrawki zieleni, które mieszkańcy urządzili na modłę ogródków działkowych. Ma to swój urok. Ma też minusy, choćby taki, że przestrzeń zielona pomiędzy budynkami została sprywatyzowana i wygrodzona. Nie służy już wszystkim, tak jak to zakładali architekci całego założenia.

Dziś przestrzeń zielona pomiędzy budynkami została sprywatyzowana i wygrodzona (fot. Filip Springer)

Tak czy inaczej chełmska Dyrekcja to jedno z najciekawszych, największych i najmniej znanych założeń architektonicznych z czasów II Rzeczpospolitej. Uchroniła się przed tornadem źle rozumianej modernizacji, jest więc jeszcze spora szansa, że mimo obecnych zaniedbań w przyszłości zabłyśnie nowym blaskiem.

Tekst powstał w ramach projektu dokumentalnego "Miasto Archipelag" poświęconego byłym miastom wojewódzkim. Organizatorem jest Wydawnictwo Karakter, partnerami - Trójka, tygodnik "Polityka", Instytut Reportażu. Projekt realizowany przy wsparciu BlaBlaCar Polska, Olympus Polska i Fundacji Grand Press. Więcej informacji na miastoarchipelag .pl oraz na Facebooku .

Najnowsza książka Filip Springera "Księga zachwytów" jest już dostępna w sprzedaży. W promocyjnej cenie możecie ją kupić w Publio.pl>>

"Księga zachwytów", Filip Springer (fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.

(fot. Publio.pl)