artykuły

Chmury nad Radomiem miewają zwykle ciemny kolor, w najlepszym wypadku szary. Lubimy tak myśleć - że nie zwiastują niczego dobrego, że kojarzą się jak najgorzej. Tak jak i samo miasto - poharatane bolesną transformacją, straszące ruinami upadłych fabryk, z mozołem wygrzebujące się z kłopotów. Przyzwyczailiśmy się do takiego obrazu Radomia, dobrze nam z nim. Potrzebowaliśmy czarnej owcy, no to ją mamy. A że stereotypy, którymi obrosło to miasto, pękają jeden za drugim - to już inna sprawa.

Tamtego dnia, 6 listopada 2014 roku, nad Radomiem pojawiła się chmura, która była zapowiedzią czegoś dobrego. Zapadł już zmierzch, gdy jeden z wiszących nad miastem cumulusów rozbłysnął elektrycznym światłem. I tak świeci do dziś. Jego autorem jest niemiecki artysta Thorsten Goldberg. Na zlecenie Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej "Elektrownia" wykonał instalację, która wieńczy nową siedzibę tej instytucji.

A swoją elektrownię to Radom miał akurat przed Warszawą. Powstała w 1901 roku. Od kilkunastu lat miasto dynamicznie się już rozwijało. Impuls ku temu dała budowa linii kolejowej, która połączyła Dęblin z Dąbrową Górniczą. Biegła przez miasto (połączenie z Warszawą miało zostać wybudowane dopiero w 1934 roku). W szybkim czasie w mieście zaczęły powstawać kolejne zakłady przemysłowe. Na początku XX wieku działało tu "8 fabryk maszyn i narzędzi rolniczych, 5 dużych garbarni, 4 wytwórnie wód gazowanych, 3 cegielnie, 2 fabryki wyrobów ceramicznych, 2 huty szkła, 2 fabryki mebli giętych. Do tego wytwórnie papy, zapałek oraz 65 warsztatów rzemieślniczych". W mieście, trzecim ośrodku przemysłowym Królestwa Polskiego, mieszkało blisko 40 tysięcy ludzi. Najbogatsi z nich zamieszkiwali wytworne, czteropiętrowe kamienice, które dość szybko wypełniły pierzeje najważniejszych śródmiejskich ulic.

Budynki dawnej elektrowni w Radomiu (fot. Filip Springer)

Koncesję na budowę elektrowni otrzymało Rosyjskie Towarzystwo Elektryczne "Union". W ramach umowy miało dostarczać prąd do "oświetlenia ulic, celów domowych i przemysłowych". Wywiązywało się z tego zadania do wybuchu pierwszej wojny światowej. Wtedy to Rosjanie wymontowali z obiektu część urządzeń i wywieźli je na wschód. Elektrownie uruchomiono ponownie po zakończeniu wojny. Dostarczała miastu prąd do 1963 roku. Potem zamieniono ją w ciepłownię miejską, a w latach osiemdziesiątych została całkowicie zamknięta.

W 2005 roku pochodzący z Radomia Andrzej Wajda (w wieku ośmiu lat przeprowadził się tu wraz z rodziną z Suwałk) zasugerował, by zabytkowy gmach elektrowni przerobić na centrum sztuki. Od lat siedemdziesiątych Radomskie Muzeum Sztuki Współczesnej budowało bowiem własną kolekcję, od czasu do czasu zasilaną też darami od samego Wajdy. W zbiorach muzeum były już dzieła takich artystów, jak: Jerzy Nowosielski, Henryk Stażewski, Tadeusz Brzozowski, Zbigniew Gostomski czy Edward Dwurnik. Myśl Wajdy urzeczywistniła się kilka miesięcy później, w grudniu tego samego roku powstało Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej. W listopadzie 2014 roku otwarto jego nową siedzibę w zmodernizowanej i przebudowanej elektrowni miejskiej u zbiegu ulic Kopernika i Traugutta.

Nowa siedziba Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej (fot. Filip Springer)

Za projektem nowego-starego gmachu galerii stoi architekt Andrzej Kikowski. Po przebudowie obiekt składa się z dwóch wyraźnie oddzielonych od siebie części. Zabytkowa, pochodząca z początków XX wieku, ceglana bryła budynku poddana została renowacji z zewnątrz i całkowitej przebudowie wewnątrz.

Pomieszczenia elektrowni zostały zamienione w sale wystawowe. Ciekawym zabiegiem jest zostawienie we wnętrzu jednego z pieców, w którym zorganizowano mikroskopijną salkę, która jest idealna choćby do projekcji video. Całość utrzymano w industrialnym charakterze - pełno tu wyciągniętych na wierzch instalacji, metalowych schodków i poręczy oraz odsłoniętej, czerwonej cegły.

Wnętrze "Elektrowni" utrzymane jest w industrialnym charakterze (fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Na najwyższej kondygnacji, przykrytej szklanym dachem, znalazło się miejsce dla biblioteki. Roztacza się z niej przyjemny widok na najbliższe otoczenie galerii, który można kontemplować, siedząc na

dość spektakularnych kanapofotelach.

Obok zorganizowano nieco bardziej stonowaną w wyrazie mediatekę, która jest wyposażona w kilkanaście stanowisk komputerowych.

Spektakularne kanapofotele (fot. Filip Springer)
Mediateka (fot. Filip Springer)

Nowa, dobudowana część galerii wyraźnie odcina się od ceglanego gmachu. Obłożono ją czarną, metalową kratownicą, która ostro kontrastuje z białymi obramowaniami drzwi i okien. Dzięki rozbudowie obiekt zyskał nie tylko nowe powierzchnie wystawowe, ale też salę kinową (z jednym z najlepszych w kraju systemów udźwiękowienia), księgarnię oraz kawiarnię (na której prowadzenie, mimo dwóch przetargów, nie ma na razie chętnych).

Wejście do całego gmachu, które znajduje się na granicy starego z nowym, zaakcentowano wysuniętym poza obrys budynku skrzydłem. Wsparte jest ono na swojego rodzaju słupie ogłoszeniowym. To najbardziej dynamiczny akcent całego budynku. Wymyka się dość spokojnej, regularnej bryle. Zwiastuje, że nic tutaj nie będzie takie, jakim się wydaje na pierwszy rzut oka.

Metalowa kratownica oddziela nową część galerii od ceglanego gmachu (fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Obiekt działa od ponad roku, założenia architekta zostały już przynajmniej częściowo zweryfikowane przez użytkowników. Pracownicy "Elektrowni" najbardziej skarżą się na szklany dach najwyższej kondygnacji, która w słoneczne dni, nawet wczesną wiosną, nagrzewa się jak w szklarni. Niektóre sale wystawowe mogłyby być też bardziej ustawne.

Także na poziomie detali nie udało się tu uniknąć zgrzytów. Wielkie okna w historycznej części gmachu zostały wyposażone w imitacje szprosów, które tylko markują charakter zabytkowej stolarki. Problematyczne są także wykończenia przewodów wentylacyjnych w niektórych salach - zostały one obłożone blachą falistą. Ale to akurat nie wina architekta, ale budowlańców, którzy w toku budowy uznali, że tak będzie po prostu "ładniej".

Najwyższą kondygnację kryje szklany dach (fot. Filip Springer)

Rozbudowa obiektu stworzyła wokół niego kilka sytuacji przestrzennych, które tylko częściowo zostały rozegrane przez architekta. Nieco razi parking ulokowany przed wejściem do budynku. Aż się tu prosi o porządny, a nie symboliczny skwer. Niezagospodarowany pozostaje też betonowy, szpetny plac od strony ulicy Narutowicza.

Nieco lepiej jest na zapleczu "Elektrowni", w prześwicie między nią a okolicznymi budynkami. Powstało tu niewielkie podwórze, idealne choćby do plenerowych projekcji filmowych czy prezentacji większych instalacji lub murali. Dach nowej części galerii udostępniono w formie tarasu, na który prowadzą szerokie schody. To właśnie z nich można podziwiać efektownie zaplanowane przez architekta spotkanie starego z nowym. Ten właśnie kontrast - pouczający, ale nie nachalny - jest chyba największym atutem tego budynku.

Nieco razi niezagospodarowany teren wokół "Elektrowni" (fot. Filip Springer)

Całość wieńczy umieszczona właśnie na dachu i widoczna z daleka świetlna rzeźba Thorstena Goldberga. To elektryczna chmura - "radomski cumulus" - która wskazuje drogę zbłąkanym, intryguje, trochę niepokoi. Przede wszystkim jednak przełamuje panujący nad Radomiem mrok. Tekst powstał w ramach projektu dokumentalnego Miasto Archipelag poświęconego byłym miastom wojewódzkim. Organizatorem jest Wydawnictwo Karakter, partnerami - Trójka, Tygodnik Polityka i Instytut Reportażu. Projekt realizowany przy wsparciu BlaBlaCar Polska, Olympus Polska i Fundacji Grand Press. Więcej informacji na www.miastoarchipelag.pl oraz na Facebooku .

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapu ścińskiego.