Zawód kostiumografa do najprostszych nie należy. Kiedy po raz pierwszy poczułyście, że to praca dla was?
Martyna Jeziorska: Pamiętam, że jako mała dziewczynka lubiłam przebierać się za postacie filmowe. Wśród moich ulubionych bohaterek pojawiała się grana przez Kate Winslet Rose DeWitt Bukater z "Titanica" , a także Helena Kurczewiczówna z "Ogniem i mieczem". Czyli od tego, że lubiłam przebierać się sama, doszłam do przebierania innych. Poszłam do szkoły charakteryzacji, gdzie dowiedziałam się, że nie bardzo lubię malować ludzi, ale czesać i ubierać w stylu z poprzednich epok - to co innego.
Ile miałaś lat, kiedy zaczęłaś bawić się strojem?
M.J.: - "Titanic" wszedł na ekrany kin w 1997 roku, więc miałam 9 lat.
Twoja pasja do kostiumu nie kończy się tylko na stylizacjach. Zajmujesz się także szyciem.
M.J.: - Kiedy polubiłam przebieranki, tata zdecydował się nauczyć mnie szycia na maszynie. Od tego momentu wszelkie materiały, które znajdowały się w zasięgu mojej ręki, trafiały do mnie i robiłam z nich różne dziwne rzeczy. Na podstawie tych eksperymentów dowiedziałam się na przykład, że rękaw musi być szerszy niż ręka.
Niby oczywista sprawa.
M.J.: - Ręka musi wejść w rękaw! Nic tak nie uczy, jak praktyka. Już wtedy dowiedziałam się, że żadne rysunki i projekty nie oddadzą tego, jak zachowa się tkanina w rzeczywistości. Nic nie pokaże ostatecznego wyglądu stroju tak dobrze, jak konstrukcja na manekinie albo na sobie. Do tej pory moim nawykiem przy szyciu jest korzystanie z materiałów testowych, a nie gotowych tkanin - tylko w ten sposób potrafię odkryć ich potencjał, ale również dowiedzieć się, dlaczego coś, co powinno w teorii zadziałać, w praktyce nie układa się, jak należy.
Historia Uli jest nieco inna, ale również zaczyna się od "Titanica"...
Urszula Łęczycka-Jeziorska: Tak, kiedy wszystkich zajmował Leonardo DiCaprio, Kate Winslet i ich filmowy romans, mnie bardziej interesowało to, co jest w kadrze za nimi, albo w co są ubrani. Fabuła filmu zeszła na dalszy plan, fascynowało mnie podejście reżysera do całego projektu, jego ambicje odtworzenia historii, wyglądu statku i postaci. Dla mnie było to bodźcem do zastanowienia się nad tym, co chciałabym robić w życiu. Był to etap podstawówki, wtedy planowałam zająć się scenografią. Chciałam odtwarzać świat, który już minął, i zobaczyłam, że film jest doskonałym narzędziem realizacji takich marzeń. Możemy powrócić do dawnych epok, pięknych kamienic właśnie dzięki temu, że pracujemy przy produkcji filmowej.
W pewnym momencie zupełnie zapomniałam o tym pomyśle. Przez całe liceum ani kostium, ani scenografia mnie nie interesowały. Wszystko wróciło na studiach, i to w ciekawej postaci, ponieważ zafascynowała mnie historia ogrodów. To był ten zaczątek odtwarzania scenografii, czyli historycznej przestrzeni. Początek badań nad tym, jak wszystko dawniej wyglądało, jak ludzie funkcjonowali w przestrzeni dwieście, trzysta lat temu. Przez jakiś czas zajmowałam się tym zawodowo, zresztą do dziś prowadzę tego typu badania. Natomiast w szkole charakteryzacji odkryłam modę i zakochałam się w niej zupełnie. Od tamtej chwili postawiłam na historię mody, a ze względu na to, że maluję, bliska mi okazała się również historia makijażu.
Waszą pasję zapoczątkował "Titanic" i obie pracujecie przy filmach?
U.Ł.-J.: - Tak, chociaż nie mamy jeszcze ogromnego doświadczenia. Wszystkie praktyki, które mam za sobą, odbywały się zawsze przy filmach kostiumowych. Bardzo lubię taką pracę. Kiedy pracowałam w zespole kostiumografów Hani Ćwikło, przy filmie "Syberiada polska", byłam zupełnie zielona. Dołączyłam do do grupy
w środku zdjęć. Miałam przydzielane bardzo proste zadania, w stylu przeszycia guzików do koszul, które miały służyć do dubli. Musiałam pobrudzić buty albo mundury. Byłam szczerze zafascynowana tym, że trzeba zaobserwować, w jaki sposób człowiek się poci, żeby potem na mundurze wykonać w odpowiednich miejscach plamy suche, a tłuste i przepocone w innych. To była najprostsza z prac, byłam tam piąta w hierarchii kostiumografów, a mimo to wszystko ogromnie mi się podobało.
Choć trzeba przyznać, że taka praca jest bardzo męcząca fizycznie - noszenie ciężkich kostiumów, ciągłe bieganie po planie, obserwowanie nawet stu statystów, gdzie przy ubieraniu ostatniego okazuje się, że pierwszemu już się wszystko porozwiązywało i trzeba do niego wrócić, zacząć wszystko od nowa Dla mnie jednak jest to praca, która pochłania całkowicie, a zmęczenie odczuwam dopiero następnego dnia.
M.J.: - Zacznę od tego, że choć podziwiam to, jak odtwarzany jest kostium, to sama praca na planie filmowym bardzo mnie nudzi. Są to długie godziny nicnierobienia.
U.Ł.-J.: - Faktycznie, bardzo lubię samą specyfikę pracy, ale wielogodzinne czekanie zdecydowanie jest wadą. Mnóstwo czasu na planie trzeba oddać technicznym i dla nas, twórców, są to naprawdę nudne momenty.
M.J.: - Jednak bardzo lubię krótkie formy, czyli teledyski. Praca jest podobna, ale w krótszym czasie uzyskuje się skondensowany efekt. Problemem jest jednak brak polotu przy realizacji polskich krótkich form, bo zazwyczaj jeżeli mamy teledysk piosenkarki, to powinna ona wzdychać do jakiegoś pana, a kiedy mamy klip piosenkarza, to będzie on siedział i grał na pianinie. Dużo ciekawiej jest we Francji, gdzie produkuje się pełnowymiarowe teledyski do piosenek z musicali, które podbijają listy przebojów. Choć często nie mają one wiele wspólnego z samym musicalem, to pojawia się w nich wariacja na temat, na przykład król Ludwik biega po parku ze swoimi damami dworu. Widać, że Francuzi bawią się formą. U nas, jeżeli wydaje się duże pieniądze na teledysk, to musi on być poważny i głównie przedstawiać samego wokalistę.
Odpowiadałyście za kostiumy w klipie do piosenki Donatana i Cleo "My Słowianie", produkcji, która wzbudziła niemałe kontrowersje. Szczególnie biuściaste panie, które w niej wystąpiły, rozpaliły komentujących. Jednym się podobało, inni mówili, że to seksizm i kicz. A jak wy oceniacie cały projekt?
U.Ł.-J.: - To właśnie jeden z tych nielicznych teledysków, który przedstawia historię, być może przyćmiewaną przez biusty dziewcząt, jednak jest tutaj opowieść. Dziewczyny, które współcześnie chcą być modne, budzą się w XIX-wiecznej, polskiej wsi, po czym odkrywają bogactwo folkloru i ówczesnych strojów, które były kolorowe i piękne. Niesamowite jest to, że pokazaliśmy nieumalowane, naturalnie piękne dziewczyny i cała Polska za nimi poszła. To się spodobało. Rozumiem, że biusty były pewną formą skandalu i na pewno napędziły klikalność na YouTubie, jednak to tylko element klipu. Pracę nad nim wspominam bardzo przyjemnie. W kwestii kostiumu miałyśmy wolną rękę, oczywiście musiał być folkowy i seksowny, ale cała reszta zależała tylko od nas. Miałyśmy dowolność w doborze dziewczyn, to my je wybierałyśmy, a Donatan późnej akceptował nasz wybór. Wyobrażenie tego, jak ma wyglądać makijaż, jaką modelka powinna mieć twarz, a jakie włosy, należało do nas. Była to praca bardzo twórcza i niezwykle przyjemna.
M.J.: - I właśnie dlatego, że Donatan pracuje bardzo szybko, zrealizowałyśmy cały teledysk w jeden dzień. Praca trwała od bladego świtu do późnej nocy. Teledysk kręciliśmy przy minus trzynastu stopniach, choć oglądając go można odnieść wrażenie, że mamy środek lata. Klip jest bardzo kolorowy, malowniczy. Na pewno nie można powiedzieć, że w jakikolwiek sposób się go wstydzimy, wręcz przeciwnie, często chwalimy się, że jest właśnie nasz.
Odpowiadacie również za zupełnie inny projekt, czyli "Epoki Warszawy". To wyjątkowo ciekawa wystawa, choć to słowo niezupełnie oddaje wartość waszej pracy.
M.J.: - To projekt fotograficzno-kostiumowy, prezentujący styl życia oraz przemiany kulturowe Warszawy w formie 15 sesji fotograficznych, odpowiadających wybranym epokom w historii mody - od 1668 do 1983 roku. Sesje zdjęciowe to krótkie formy. Dłużej trwa przygotowanie do nich, niż one same. Pierwsze sesje zajmowały nam bardzo dużo czasu, trzeba było wymyślić fabułę, przygotować cały plan, jednak im dalej, tym czas pracy się skracał. Obecnie jest to maksymalnie tydzień, a to bardzo niewiele, jeśli ma się więcej niż siedmiu czy ośmiu modeli.
Oprócz tego, że prowadziłyście badania nad historią strojów, szyłyście również kostiumy?
M.J.: - W wielu przypadkach tak, choć zdarzało nam się pożyczać stroje męskie z wypożyczalni kostiumów Towarzystwa Kultury Teatralnej. Garderoba męska uszyta jest z bardzo grubych, ciężkich i przez to obecnie bardzo drogich materiałów, więc jeśli znalazłyśmy gotowe płaszcze, dużo rozsądniej było je wypożyczyć, niż uszyć. Ale sukienki dla dam, habity, różne mniejsze formy wychodziły z naszej pracowni.
U.Ł.-J.: - Wszystkie ozdoby na głowę też są stworzone przez nas.
"Epoki Warszawy" swoją premierę miały w ubiegłym roku, ale przygotowania do nich zaczęłyście dużo wcześniej. Czy poza zdjęciami w internecie można dziś obejrzeć wystawę na żywo?
U.Ł.-J.: - Z placu Zamkowego, gdzie pierwotnie pokazywana była wystawa, projekt został przeniesiony na Lotnisko Chopina.
M.J.: - Jest szansa, że będą się jeszcze pojawiać na terenie Warszawy wydruki w różnych kompozycjach, w chwili obecnej pomysł jest jednak w fazie przygotowań.
U.Ł.-J.: - Do końca lutego w Domu Braci Jabłkowskich można natomiast obejrzeć inną naszą wystawę. Jest to prezentacja niewielkiego projektu, który powstał w wyniku połączenia dwóch fascynujących nas spraw. Jedna to epoki i historia mody, a druga - polska sztuka ludowa. W pewnym momencie wpadłam na pomysł, żeby zrobić grafiki, które oddawałyby połączenie wzornictwa typowego dla danej epoki z kolorystyką kwiatów w polskiej sztuce ludowej. Zrobiłam je dla siebie, trafiły do szuflady, potem przygotowałam z nich koszulki i odezwała się do mnie Gosia Grzelak, która jest rękodzielnikiem, na co dzień szyje biżuterię z koralików i sutaszu; powiedziała, że potrzebuje twórczego projektu. Otworzyłam folder i wybrałam pierwszy lepszy projekt, mówiąc "masz piętnaście inspiracji, rób!". Jak zrobiła, stwierdziłyśmy, że trzeba to sfotografować, ale aby oddać to, o co w tym wszystkim chodziło, trzeba było wystylizować modelki, w związku z czym powstało dwanaście portretów, od sztuki Bizancjum do dwudziestolecia międzywojennego.
M.J.: - Z tym że zaprezentowałyśmy epoki wzornictwa, a nie mody.
U.Ł.-J.: - Natomiast każde zdjęcie jest również opatrzone opisem, który wyjaśnia, czym się inspirowałyśmy, czego użyłyśmy etc.
Najwyższy czas porozmawiać o waszej książce: "Bielizna, futra i Bracia Jabłkowscy. Światowe trendy w żurnalach największego domu towarowego Europy Środkowej 1910-1939". I już na początku mam pewien kłopot, jak ją zdefiniować? Z jednej strony mamy album, z drugiej - katalog złożony z katalogów mody?
M.J.: - Tworząc tę książkę, myślałyśmy o wydaniu vademecum dla kostiumografów, którzy poszukując informacji na temat przekroju strojów danych epok, będą mogli bez kłopotu sięgnąć do takiego podręcznika. Dlatego też książka została podzielona na pierwsze trzy dekady XX wieku, a każda z nich składa się z sekcji; stroje damskie, męskie i dziecięce są podzielone na poszczególne elementy garderoby. Chodziło nam o to, żeby po otwarciu książki łatwo było trafić na poszukiwaną informację.
Z drugiej strony wasza książka nie jest przecież publikacją kierowaną tylko do historyków mody.
U.Ł.-J.: - Żeby jak najlepiej opisać wydanie, muszę powiedzieć, że jest to książka, która prezentuje to, co było do kupienia w danym okresie w Polsce. Publikacje, do których najczęściej mamy dostęp, pokazują modę ogólnoświatową. Pokutuje taki pogląd, że Polska zawsze była zacofana. Myśli się, że kiedy na świecie była modna jakaś suknia, to u nas pojawiała się pięć lat później, a jest to absolutną nieprawdą. Ta książka tego dowodzi.
Jabłkowscy jeździli na pokazy mody do Paryża, Wiednia i Londynu, przywozili stamtąd nowinki modowe i natychmiast wprowadzali je do sklepu. I to nie tylko warszawianki mogły tu kupić najnowsze modele, wszystkie Polki, także Rosjanki aż po Syberię miały katalogi Jabłkowskich. Cała Polska mogła chodzić ubrana tak samo, jak Paryż czy Londyn w tym samym czasie. Przed drugą wojną światową Polska była absolutnie na czasie z modą. To był pierwszy z powodów, jaki przemawiał za stworzeniem książki, musiałyśmy powyższe fakty przekazać dalej. Martę Jabłkowską znamy nie od dziś i tak naprawdę mogłyśmy poprzestać na tym, że Marta przekazałaby nam katalogi i to wszystko. Mogłybyśmy stwierdzić, że jesteśmy kostiumografami i jeśli jakiś reżyser nas zatrudni, to dysponujemy taką wiedzą, bo mamy dostęp do źródeł. Zależało nam jednak na tym, żeby pokazać ludziom, że mamy swoje dziedzictwo narodowe, którym jest historia mody.
Jak wyglądały takie katalogi?
M.J.: - Katalogi, z których korzystałyśmy, czyli te od pierwszej dekady XX wieku do lata 1939 roku ewoluowały w okresie publikacji. Pierwsze edycje były wydawane na jesień/zimę i wiosnę/lato i znajdowało się w nich dużo strojów kobiecych, troszeczkę męskich, czasami dziecięce, bielizna stołowa, łóżkowa i wszystkie inne przedmioty, które można było zamieścić w katalogu wysyłkowym. Wraz z upływem lat katalogi zaczęły pojawiać się coraz częściej, wydawano je co miesiąc, były krótsze i podzielone tematycznie.
U.Ł.-J.: - Czasami pojawiały się katalogi szkolne, wydawane na wrzesień.
M.J.: - Albo katalog, który nazywał się "Pomagamy pani domu". Jeszcze był "Biały tydzień", czyli wyprzedaże, a więc katalog, w którym umieszczało się cenę podstawową i promocyjną.
Czy te promocje jakoś różniły się od obecnych?
U.Ł.-J.: - Były bardzo podobne i też pojawiały się w okresie stycznia. Promocje zawsze zaczynały się po świętach. Zupełnie współczesne podejście do handlu.
Do jakich klientów Dom Towarowy Braci Jabłkowskich kierował swoją ofertę? Tylko do zamożnych czy niekoniecznie?
M.J.: - Myślę, że jego oferta była ogólnodostępna, dedykowana zwłaszcza środowisku miejskiemu. Zawsze byli ludzie wyjątkowo biedni, jak i szalenie bogaci. Jabłkowscy proponowali towary zarówno w niższej cenie, ze środkowej półki, jak również te bardzo
ekskluzywne. Najwięksi bogacze zamawiali oryginały sprowadzane z Zachodu albo szyte u najbardziej cenionych lokalnych projektantów i krawców, ale u Jabłkowskich też mogli znaleźć coś dla siebie.
Jakie produkty były najbardziej ekskluzywne, a co za tym idzie - najdroższe?
U.Ł.-J.: Najdroższą rzeczą, z jaką się spotkałam przy opracowywaniu materiałów do książki, było futro z piżmowców brązowych, które kosztowało 2600 zł. Dla porównania dodam, że zwykły płaszcz kosztował 400 zł. Później pojawiły się futra z murmli i one wycenione były na 1500 zł.
To były futra dla pań?
M.J.: - Tak, aczkolwiek płaszcze dla panów, zwłaszcza zimowe, również były obszyte futrem, ponieważ lata 20. i 30. to czasy
futra. Dla mniej zamożnych klientów były dostępne wersje tańsze, stosowano zamienniki, bo jeżeli ktoś chciał być modny, a chcieli wszyscy, to musiał nosić futro.
Co poza futrami było na topie w katalogach, które przedstawiacie?
U.Ł.-J.: - Na pewno kapelusze. Wychodzenie z gołą głową nie było często spotykane. I właśnie kapelusze łączą te wszystkie dekady. Oczywiście miały one różne fasony, ale jeśli omawiamy jakikolwiek strój wierzchni, zawsze pojawia się kapelusz, i u mężczyzn, i u kobiet.
M.J.: - W latach 20. było sześć różnych rodzajów kapeluszy dla mężczyzn.
U.Ł.-J.: - I obowiązywały we wszystkich porach roku.
M.J.: - Kobiety miały dużo większy wybór, niektóre modele były opisane w bardzo śmieszny sposób, na przykład pisano, że dany kapelusz uczyni cię tajemniczą...
Zabiegi marketingowe już na początku wieku?
U.Ł.-J.: - Tak, zamiast napisać, że mamy toczek, pisano, że mamy "kapelusz w stylu toque", z francuska. W ten sposób dodawano szyku produktom.
M.J.: - Często opisywano, że kapelusze są bardzo modne, eleganckie, nadające kobiecie uroku. Nie: zwykły kapelusz słomkowy - charakterystyka musiała mieć wszystkie możliwe przymiotniki.
Bardzo ciekawie prezentowała się też sprzedaż bielizny. Mnie do gustu przypadły "motylki", czyli zwyczajnie mówiąc, majtki.
M.J.: - Dodam, majtki w formie spodenek, żeby nikomu nie przyszło do głowy, że są nieprzyzwoicie wycięte! Dla kobiet, które życzyły sobie jednak większego okrycia w tej sferze, dostępny był kombinejzon, też określenie odbiegające nieco od polskiego kombinezonu. Pojawiały się halki, dłuższe, krótsze Oczywiście ówczesne halki były takimi spódnicami od pępka w dół, z czasem krój przenosił się w górę klatki piersiowej. W pierwszej dekadzie XX wieku
pojawił się rodzaj bluzki, która częściowo była gorsetem, nie miała całego usztywnienia ściągającego. Wbrew pozorom kobiety w tamtym czasie nosiły także luźniejsze stroje, ale oczywiście tylko po domu i nie pokazując się gościom.
Czy ten element garderoby w ogóle mógł by wygodny?
M.J.: - Trudno powiedzieć. Na pewno gorset z początków XX wieku był dużo wygodniejszy niż jego secesyjne modele, czyli te z epoki wcześniejszej. Ich jedyną wadą był krój, wydłużone zachodziły na uda i przeszkadzały w siadaniu, ale za to nie zniekształcały sylwetki tak bardzo, jak dekadę wcześniej. Pozwalały oddychać, oczywiście w granicach rozsądku, bo kiedy kobieta mogła swobodnie oddychać, była niemodna.
Współczesny czytelnik przeglądający waszą książkę może się bardzo zdziwić tym, jak wyglądały niegdyś trendy. A czy podczas badań i was coś zaskoczyło?
M.J.: - Kiedy przeglądałam stare katalogi, zdziwił mnie sposób prezentowania bielizny i produktów dla kobiet. Przeglądam katalog, mam bieliznę stołową, dla kobiet Jest i podpaska, ale ukryta, mimochodem. Kobiety, szukając rzeczy niezbędnych, jak właśnie wkładki higieniczne, mogły je znaleźć gdzieś pośrodku 160. strony, ukrytej między zastawą stołową a materiałami do szycia poszewek. Oczywiście zaznaczyłam, wycięłam i teraz podpaska jest porządnie wyeksponowana.
U.Ł.-J.: - Dla mnie najciekawszą, najbardziej rozczulającą sprawą była kolorystyka, nazywana w zabawny i całkiem prosty sposób. Jabłkowscy mieli suknie koloru truskawkowego, bananowego Do dziś modny jest pomarańczowy czy malinowy, ale oni poszli dalej, i to całkiem na poważnie. Bardzo modny był kolor elektryczny; do dziś nie do końca wiemy, jak wyglądał. Podejrzewam, że był to niebieskosrebrny, natomiast żadne źródła nam tego nie wyjaśniły. Co ciekawe, kobieta, widząc taki opis i czarno-biały rysunek, musiała wiedzieć, jakiego koloru ta sukienka jest naprawdę, więc widocznie takie barwy funkcjonowały w codziennym obiegu.
Przy pracy nad katalogiem zebrałyście ogrom wiedzy. Dostajemy od was kompendium mody do roku 1939. Planujecie zgłębiać temat dalej?
U.Ł.-J.: - Pojawił się głód sprawdzenia tego, co działo się w modzie poza Domem Jabłkowskich. Wiemy o Domu Mody Herse, także ze wspaniałymi strojami, który był konkurencją dla Jabłkowskich. Kiedy przygotowywałyśmy się do napisania książki, odkryłyśmy masę ogłoszeń autorstwa innych osób, które oferowały modę. Pojawiali się kapelusznicy, szewc, który robił buty na zamówienie. Odkryłyśmy, że przecież tam, po drugiej stronie ulicy, był ktoś oferujący jeszcze inny model buta i teraz musimy znaleźć ten model, dotrzeć do tego, jak wyglądał.
Poczułyśmy się jak kolekcjonerzy, którzy w swoim zbiorze odkrywają lukę. Ledwo zamknęłyśmy pierwszą książkę, a już myślimy o kolejnej, bo jest ogrom materiałów w Polsce, nawet w samej Warszawie, opisujący, jak wyglądała niegdyś moda.
Martyna Jeziorska. Ukończyła Aktywne Studium Plastyczne Technik Teatralno-Filmowych w Warszawie z dyplomem plastyka technik scenograficznych oraz dyplomem z historii sztuki. Obroniła licencjat na kierunku malarstwo w specjalizacji kostium i rekwizyt sceniczny w Wyższej Szkole Artystycznej. Studiowała kulturoznawstwo na UKSW w specjalizacji zarządzanie kulturą.
Urszula Łęczycka-Jeziorska. Plastyk technik scenograficznych, absolwentka Aktywnego Studium Plastycznego Technik Teatralno-Filmowych w Warszawie, gdzie obroniła dyplom z charakteryzacji i perukarstwa oraz z historii ubioru. Ukończyła architekturę krajobrazu, specjalizuje się w rewaloryzacji i konserwacji zabytkowych parków i ogrodów. Pracowała w ekipie kostiumografów filmów "Sierpniowe niebo. 63 dni chwały" oraz "Syberiada polska".
Milena Buszkiewicz. Absolwentka polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Od kilku lat związana z rozgłośniami radiowymi, obecnie współpracuje z Radiem ZET Chilli, portalami Xięgarnia i Booklips oraz magazynem Highlife. W pracy dziennikarza najbardziej ceni przyjemność rozmowy z drugim człowiekiem.