artykuły
Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej (fot. Filip Springer)
Muzeum Narodowe Ziemi Przemyskiej (fot. Filip Springer)

Mało jest w Polsce miejscowości tak malowniczych i niezwykłych

jak Przemyśl. Położone nad Sanem miasto z charakterystycznym pochyłym rynkiem i niezliczonymi zaułkami Starego Miasta to bez wątpienia architektoniczna i mocno niedoceniona perła. Od 2008 roku Przemyśl może się pochwalić także jednym z najciekawszych współczesnych obiektów muzealnych w kraju.

Konkurs na ten budynek ogłoszono w roku 2002 - po tym jak się okazało, że dotychczasowa siedziba muzeum musi zostać oddana Kościołowi greckokatolickiemu. Jury konkursowe zdecydowało się wybrać do realizacji odważny i budzący kontrowersje projekt pracowni KKM Kozień Architekci. Po sześciu latach w samym sercu Przemyśla, na placu Berka Joselewicza, stanęła dynamiczna i na wskroś nowoczesna bryła.

Nie wszystkim się spodobała. Narzekano na przesadne nowatorstwo w środku historycznej dzielnicy. Protestom trudno się dziwić - to był właściwie pierwszy współczesny i tak wyrazisty budynek w Przemyślu od wielu, wielu lat. Dość ciężki w wyrazie, obłożony jasnym trawertynem i z poziomymi szczelinami okien przywodzi na myśl architekturę fortyfikacyjną.

Budynek muzeum przypomina twierdzę (fot. Filip Springer)

Nie przez przypadek, pod koniec XIX wieku Przemyśl był jedną z największych i najnowocześniejszych twierdz Europy. Próby jej zdobycia przez armię rosyjską podczas I wojny światowej pochłonęły tysiące ofiar i skończyły się fiaskiem. Miasto poddało się, kiedy wyczerpały się zapasy żywności i amunicji, a nie za sprawą przełamania systemu fortyfikacji. Teraz legenda twierdzy znalazła architektoniczny ekwiwalent (jego autorzy nazwali nawet poszczególne części obiektu "fortami").

(fot. Filip Springer)

Bezsprzecznie wyrazisty gmach szanuje jednak kontekst, w który go wpisano. Skalą nawiązuje do okolicznych domów, nie dominuje nad nimi ani ich nie przytłacza. Architektoniczną formą jawnie się od nich jednak odcina. Unika w ten sposób pokusy fałszywego historyzmu. Próżno tu szukać kątów prostych i innych regularności.

Ma to swój bezdyskusyjny walor kompozycyjny. Odchylone od pionu ściany odsłaniają widoki na zabytkowe budynki i stają się dla nich w jakimś sensie oprawą. Muzeum zdaje się świadomie ustępować pola i zostawiać miejsce

tym, którzy byli tu wcześniej. Poprzez swoje rozchwianie zręcznie lawiruje w historycznym kontekście, stwarzając nowe, spektakularne obrazy tej części miasta.

Wyrazisty budynek wpasował się w okoliczną architekturę (fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Kłopot z nim jest jedynie taki, że w obiekcie zadbano tylko o trzy elewacje. Mówiąc inaczej - muzeum wygląda dobrze tylko z trzech stron, z czwartej nie wygląda w ogóle. Od strony ulicy Wałowej budynek sprawia wrażenie niedokończonego - jakby architektom albo budowlańcom zabrakło sił i pomysłów, jak dokończyć swoje dzieło. W oryginalnym projekcie ta ściana miała być obłożona połyskującym, czarnym kamieniem, który byłby lustrem dla zabytkowych kamienic, które stoją po sąsiedzku. Tak się jednak nie stało.

Całkowicie niezrozumiałe jest także obstawienie budynku szpetnymi tablicami informacyjnymi, na których muzeum informuje o swoich wydarzeniach i wystawach. Stoją z każdej strony, pasują jak pięść do nosa, przeszkadzają w kontemplowaniu architektury. Sprawiają wrażenie, jakby ten, kto je wymyślił i postawił, w ogóle nie dostrzegał

wartości tego obiektu.

(fot. Filip Springer)

We wnętrzu największe wrażenie robi przeszklony hol, który prowadzi wzrok ku wieżom przemyskiego Starego Miasta. W ten sposób architektom udało się zachować ciągłość współczesnego wnętrza z historycznym otoczeniem. Pełno tu krętych, wąskich korytarzy i nieoczekiwanych przejść czy zakamarków. Z zewnątrz obiekt jest stanowczy, wewnątrz sprawia wrażenie, jakby powstawał organicznie, etapami. Tak jak miasto, z czasem dogęszczane i przebudowywane staje się w końcu labiryntem ulic, placów i pasaży.

Ta filozofia ciasnego, gęsto zabudowanego Przemyśla została przeniesiona do budynku muzeum. Wystarczy spojrzeć na kręte schody przeciskające się między pochyłymi ścianami czy przerzucone tu i ówdzie kładki, dzięki którym to wnętrze można podziwiać także z wysoka. Z powodu tych wszystkich nieregularności światło wpada tu z różnych kierunków, z różną intensywnością i wypełnia je w spektakularny i warty zachwytów sposób. Portal Sztuka Architektury określił wręcz ten gmach "muzeum światła i cienia".

We wnętrzu największe wrażenie robi przeszklony hol, z którego widać Stare Miasto (fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Całkowita powierzchnia ekspozycyjna obiektu to ponad 6 tysięcy metrów kwadratowych. Zmieszczono ją w niższej, trzykondygnacyjnej części budynku, znajdującej się od strony zielonego skweru. Zaopatrzono ją w szklaną ścianę kurtynową pokrytą delikatną żaluzją, po której piąć może się zieleń. Sala na ostatniej kondygnacji została doświetlona efektownymi świetlikami w dachu.

To, co tu zgrzyta, to sposób wykorzystania przestrzeni ekspozycyjnej. Po aranżacji wystaw, a zwłaszcza holu, klatek schodowych czy pasaży między salami wystawowymi, widać, że muzeum działało wcześniej w historycznym gmachu i jego pracownicy przenieśli z niego pewne przyzwyczajenia. Tam bowiem, gdzie architekci starali się zachęcić zwiedzających do zachwytu nad czystą, architektoniczną formą, muzealnicy ustawili gabloty, promujące region standy, potykacze czy zabytkowe meble. Wszystkie one przeszkadzają, wprowadzają chaos i poczucie, że muzeum jest składem antyków, a nie przemyślaną kompozycją, w której architekt współpracował z muzealnikiem.

W muzeum na ekspozycję przeznaczono 6 tysięcy metrów kwadratowych (fot. Filip Springer)

Wyższa o jedną kondygnację jest część administracyjna umieszczona od strony Rybiego Placu. Tutaj także znalazło się miejsce na parking dla pracowników. Dach budynku jest pokryty częściowo roślinnością i szybko stał się idealnym miejscem do podziwiania panoramy Przemyśla ponad dachami otaczających muzeum kamienic. Mimo tych kilku mankamentów, wynikających nie z projektu architektów, a raczej z podejścia użytkowników, tutaj najlepiej można poczuć, jak bardzo ten obiekt wynika z refleksji nad otoczeniem.

Tekst powstał w ramach projektu dokumentalnego Miasto Archipelag poświęconego byłym miastom wojewódzkim. Organizatorem jest Wydawnictwo Karakter, partnerami - Trójka, Tygodnik Polityka i Instytut Reportażu. Projekt realizowany przy wsparciu BlaBlaCar Polska, Olympus Polska i Fundacji Grand Press. Więcej informacji na  www.miastoarchipelag.pl oraz na Facebooku .

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.