artykuły

Jego pojawieniu się musiał towarzyszyć błysk i huk. Tak to przynajmniej wygląda. Jakby powstał nagle, spadł z impetem z góry. Wbił się w przestrzeń i już tak został. Z czasem zaczął obrastać miastem, lecz nie stracił na sile. Jego krawędzie pozostały ostre.

To, co dookoła, woła o pomstę do nieba. Bo przede wszystkim parking - samochody jak okiem sięgnąć, upchane niczym w dziecięcym koszyku na zabawki, desperacko, na każdym skrawku wolnej przestrzeni. Trawnik - nie trawnik - jeden pies, grunt, że da się stanąć. Stoją więc tak gęsto, że aż brakuje tchu. Kakofonia kształtów i kolorów, lśnienie karoserii i błotników.

Wszystko to dekoncentruje, ale jednocześnie potęguje też stanowczość jego bryły. On sam pozostaje niewzruszony. Od jego mocarnych ścian odbija się jedynie wycie alarmów, popiskiwanie klaksonów i warkot silników. Dlatego lepiej iść go oglądać pod wieczór, gdy okoliczne urzędy skończą pracę, a na parkingu zrobi się pusto. Można się wtedy skupić na budynku. Kontemplować mocarność.

To najciekawszy budynek w Koninie (fot. Filip Springer)
(fot. Filip Springer)

Nie robią też na nim wrażenia pomalowane pstrokato dość typowe socrealistyczne bloki, które stoją tu od lat 50. Były pierwsze. To on miał się odnieść do nich. Nie zrobił tego, zaprzeczył im, to było zgodne z obowiązującą doktryną: przyszło nowe, rozepchnęło przestrzeń łokciami i oto jest.

To równie dobrze mógłby być kościół, wystarczyłoby na czubku zamontować krzyż i nikt by się pewnie nie połapał. Stało się jednak inaczej. Ten ukryty za gmachami konińskich urzędów kosmiczny budynek to niegdysiejsze Górnicze Centrum Kultury "Oskard", a dziś jeden z trzech budynków Centrum Kultury i Sztuki w Koninie. I z pewnością najciekawszy obiekt architektoniczny w tym mieście.

Niegdysiejsze Górnicze Centrum Kultury "Oskard" to dziś jeden z trzech budynków Centrum Kultury i Sztuki w Koninie (fot. Filip Springer)

Nie da się ukryć, że Konin spektakularny raczej nie jest . Rzut oka na mapę odsłania też schizofreniczność tego miasta. Granicą jest tu dolina Warty, na obu jej brzegach ulokowały się dwa miasta, które wyglądają tak, jakby nie miały ze sobą nic wspólnego. Na południe od rzeki znajduje się tak zwany stary Konin. To klasyczne wielkopolskie miasteczko z prostokątnym rynkiem i raczej niską zabudową pamiętającą XIX i początki XX wieku. Przedwojenny Konin był właśnie tutaj i nigdzie indziej. Niczym specjalnym się nie wyróżniał, może poza kamiennym słupem milowym, który w 1151 roku ustawiono w połowie drogi między Kruszwicą a Kaliszem. Tylko tyle i aż tyle.

Jeszcze przed drugą wojną znaleziono jednak w okolicach Konina bogate złoża węgla brunatnego. W 1942 roku ich eksploatację chcieli rozpocząć Niemcy; mieli w tym bogate doświadczenia, znali technologie wydobycia odkrywkowego. Ale nie zdążyli. Zrobili to już Polacy. Kopalnia ruszyła w 1945 roku. Pierwsza odkrywka została otwarta w podkonińskiej wsi Morzysław, położonej na północnym brzegu rzeki. Potem ruszały kolejne wyrobiska: Niesłusz, Gosławice, Pątnów, Kazimierz, Jóźwin. Górnicze maszyny pochłaniały następne miejscowości. Zamiast nich, za rzeką, na przeciwległym względem starego Konina brzegu wyrastało drugie miasto, złożone z - mniej lub bardziej - modernistycznych osiedli. Z całej Polski napływały tu tysiące robotników, gdzieś trzeba ich było ulokować. Kolejne skupiska bloków oznaczano więc w pośpiechu numerami na mapie - Osiedle I, II, IV, V. Te najwcześniejsze powstały blisko dzisiejszego dworca kolejowego. Domy mają tu jeszcze jako taki kształt - cztery piętra, dwuspadowe dachy z mansardami. Ustawione są w równych kwartałach wzdłuż ulic Górniczej, Kolejowej i Bydgoskiej. Później budowano już prościej. Bloki w najnowszej dzielnicy, na Zatorzu, są pozbawionymi jakiejkolwiek finezji mieszkalnymi gmaszydłami.

''Oskard'', jak niemal wszystko w Koninie, powstał dzięki górnictwu (fot. Filip Springer)

Za większością inwestycji w nowym Koninie stała kopalnia. To ona budowała nie tylko domy, ale też przychodnie, przedszkola i szkoły. To górnicze maszyny pracowały na budowie dróg czy stadionu sportowego Górnika Konin (dziś obiekt nosi dumne imię Złotej Jedenastki Kazimierza Górskiego). To także dzięki górnictwu i dla górników oraz ich rodzin powstał Oskard. W raczej prostopadłościennym pejzażu tej części miasta budynek ten mocno się wyróżnia, choć wcale nie stanął w pierzei jednej z głównych ulic, 1 Maja. Ulokowano go na zapleczu urzędów, przy placu Górnika. Masywną i geometryczną bryłę na planie sześciokąta zaopatrzono w oszczędne przeszklenia, przypominające raczej otwory strzelnicze w bunkrze.

Oskard to z pewnością nie jest budynek, który otwiera się na otoczenie. Nawet dość rozległe balkony, w jakie zaopatrzono jego pierwszą kondygnację, nie niwelują tego wrażenia. To budynek przysadzisty, ciężki, silny w wyrazie i mocno zamknięty w sobie. Przyciąga wzrok swoją pozorną niedostępnością i nieustępliwością, z jaką funkcjonuje w otoczeniu (pytanie, czy to akurat efekt najbardziej pożądany podczas projektowania ośrodka kultury). Wysokie, obłożone kamieniem ściany pną się tu aż pod niebo i znajdują kulminację w ostrym zwieńczeniu dachu.

Budynek przyciąga wzrok swoją pozorną niedostępnością i nieustępliwością (fot. Filip Springer)

Efektowny na zewnątrz Oskard był przyczyną wielu utrapień wewnątrz. Budynek ma kilka klatek schodowych i nie do końca wiadomo, jaka logika rządziła ich rozmieszczeniem. Brakuje w nim natomiast wind, co cały obiekt czyni niemal zupełnie niedostępnym dla osób z niepełnosprawnościami. Problematyczne są też rozmiary, kształt i liczba niektórych pomieszczeń. Wszystko to sprawia, że obiekt, choć z pewnością warty dostrzeżenia i wartościowy w pejzażu miasta, domagał się pilnej i wszechstronnej modernizacji połączonej z przebudową.

W listopadzie 2014 roku został rozstrzygnięty konkurs architektoniczny na tę inwestycję. Wygrał go projekt dwóch sprzymierzonych ze sobą wielkopolskich biur - pracowni Prosto Architekci i konińskiej AiG . Autorzy zaproponowali w nim zachowanie oryginalnej bryły budynku, wyczyszczenie jej z ostatnich, niefortunnych naleciałości (fatalne plastikowe okna) i zaopatrzenie jej w nowe elementy, które zostały wokół starego Oskarda "owinięte". Nowe od starego ma się odróżniać dzięki zastosowaniu odpowiednio odcinających się materiałów. W ten sposób architekci składają hołd autorom oryginalnego budynku i rozbudowują możliwości centrum kultury o takie przestrzenie, jak galeria sztuki, klub muzyczny, sale warsztatowe i pomieszczenia biurowe, których w tej chwili tam brakuje. Całkowitej przemianie ma ulec też otoczenie obiektu. Zostanie ono oddane mieszkańcom, a odebrane samochodom.

Modernizacją budynku mają zająć się dwa wielkopolskie biura: pracownia Prosto Architekci i konińska AiG (fot. Filip Springer)

Przeobrażony budynek ma być mocno ukryty, ale nie zniknie z pejzażu. Będzie trwał, choć jego pierwotna stanowczość zostanie mocno zmiękczona. Gdy w końcu przebudowa ruszy, z pewnością szybko stanie się kolejną ważną odsłoną w dyskusji o modernizowaniu zabytków polskiego socmodernizmu.

Tekst powstał w ramach projektu dokumentalnego "Miasto Archipelag" poświęconego byłym miastom wojewódzkim. Organizatorem jest Wydawnictwo Karakter, partnerami - Trójka, tygodnik "Polityka", Instytut Reportażu. Projekt realizowany przy wsparciu BlaBlaCar Polska, Olympus Polska i Fundacji Grand Press. Więcej informacji na miastoarchipelag.pl oraz na Facebooku .

PS Z Oskardem jest pewien kłopot - mimo szczerych chęci autora i autorów koncepcji jego przebudowy nie udało się ustalić, kto zaprojektował ten budynek w latach siedemdziesiątych. Jeśli mają Państwo taką wiedzę, będziemy wdzięczni za podzielenie się nią w komentarzu.

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.