artykuły

Barbara (66 lat, emerytka, pracuje jako opiekunka do dzieci)

Kiedyś faktycznie się na te Święta czekało. Pamiętam, że razem z siostrami liczyłyśmy dni do Wigilii i wypytywałyśmy mamę, czy to aby nie już. Tak jakby to miało cokolwiek zmienić, przyspieszyć rozpakowywanie prezentów itd. Teraz trochę to całe świętowanie już człowiekowi spowszedniało.

Akurat ja znam Święta z dwóch stron: wiejskiej i miejskiej. Wychowałam się na wsi, w sześcioosobowej rodzinie. Byłam ja, dwie młodsze siostry, starszy brat, no i rodzice. W przygotowaniach do Świąt wszyscy mieli dokładnie określone zadania. Maluchy zajmowały się dekoracjami. Cały dom był w różnych gałązkach, owocach. Co tylko człowiek znalazł, to próbował jakoś wykorzystać, żeby było ładniej. Tata z bratem zajmowali się różnymi męskimi obowiązkami, a ja, jako najstarsza z sióstr, pomagałam mamie w kuchni. I nie było dyskusji! Ty robisz to, ty to, ty to, każdy wiedział, co do niego należy. Święta na wsi najlepiej zapamiętałam. Ale wiadomo, może człowiek zapomniał o tym, co było w domu nie tak? Byliśmy wtedy dziećmi. Zawsze się do tego jakoś tęskni.

Potem, w wieku dziewiętnastu lat, wyprowadziłam się do miasta, szukałam pracy. Później poznałam swojego przyszłego męża, wzięliśmy ślub. Pierwsze wspólne z mężem Święta spędziliśmy u mnie na wsi. Kolejne Wigilie organizowaliśmy w mieście, w mieszkaniu. To już nie było to samo - dwa ciasne pokoje, często dużo więcej gości, niż było się w stanie zmieścić. Ale i tak miało to swój nastrój. Nawet jeśli trzeba było wystać swoje w kolejkach po różne produkty. I to gadanie o pomarańczach: Rzucą? Nie rzucą?

Wspomnienia Świąt z dzieciństwa wiele osób uznaje za najpiękniejsze (fot. pixabay.com)

Szczególnie miło wspominam Święta, gdy syn się pojawił. A teraz to już człowiekowi się tak za bardzo nie chce bawić w przygotowania. Niby jest ten cały nastrój, sklepy udekorowane, ale tak jakoś to do mnie nie trafia. Szczególnie że nie zawsze jest z kim świętować, odkąd mąż odszedł. Zwykle spędzam Święta z synem i synową. Mieszkają we Francji, ale na Wigilię prawie zawsze przyjeżdżają. W tym roku akurat się nie uda, bo pojawił się wnuk. Sama też jestem zbyt zmęczona, żeby bawić się w podróże. Ale przygotuję sobie niektóre potrawy, mieszkanie też już trochę udekorowałam, żeby jakoś milej było. Tylko tak jakoś bez przekonania to wszystko się robi, bo dla kogo?

Karol (26 lat, ksiądz, Wałbrzych)

Ze względu na specyfikę kapłańskiego życia mogę podzielić się podwójną refleksją dotyczącą świąt Bożego Narodzenia - "służbową" i osobistą.

Najpierw refleksja "służbowa". Księdzem jestem dopiero od 2014 roku, więc jako kapłan przeżyłem w parafii święta Bożego Narodzenia tylko raz, choć mam oczywiście doświadczenia jeszcze z czasów seminaryjnych. I mogę stwierdzić, że ten szczególny czas dla księży jest zdecydowanie inny niż dla osób świeckich. O ile dla większości ludzi to czas przeważnie wolny, o tyle dla księży już niekoniecznie. Na przykład w tym roku w okresie Bożego Narodzenia przypadają "trzy niedziele". Dlaczego? W każde większe święta obowiązuje układ niedzielny mszy świętej. Pierwszy dzień świąt przypada w piątek, drugi dzień zaś w sobotę, a kolejnym dniem jest już regularna niedziela. Zatem w tym roku spada na nas dość dużo obowiązków duszpasterskich, ale nie ma co narzekać.

Ksiądz Karol Janik (archiwum prywatne)

Co do refleksji osobistej - nie da się ukryć, że święta Bożego Narodzenia są najbardziej rodzinnymi ze wszystkich świąt katolickich, choć nie najważniejszymi. Zawsze spędzam je w gronie najbliższych, czy to większym, czy mniejszym. Pomimo obowiązków kapłańskich znajduję czas na spotkanie z rodziną w wieczór wigilijny. Ale oprócz wymiaru rodzinnego nie można zapomnieć, dlaczego świętujemy. Najważniejsza przecież nie jest kolejna pamiątka narodzin Jezusa, ale odkrycie obecności Boga w swoim życiu - że przychodzi do mnie, że chce żyć razem ze mną, w moich smutkach czy radościach. O to chodzi: aby spotkać się z przychodzącym Jezusem i zaprosić Go do swego życia.

Luigi Claudio (31 lat, Włoch, pracownik korporacji)

Słowo "święta" znaczy dla mnie tyle, co "dom" - niezależnie od tego, gdzie spędzę okres bożonarodzeniowy. To czas, w którym łączę się duchowo z moją rodziną, z tymi, za którymi najbardziej tęsknię i których najbardziej kocham.

Bywa, że spędzamy ten czas razem, kiedy indziej dzielą nas setki kilometrów, ale zawsze Święta dają nam możliwość kontaktu, nawet jeśli nie ma on fizycznego charakteru. Poza tym jest to świetna okazja do przemyśleń na temat oddania drugiemu człowiekowi. Dzięki temu łatwiej nam docenić, jak wielkim szczęściem i błogosławieństwem jest obecność najbliższych.

Od kilku lat Boże Narodzenie spędzam w Polsce, z rodziną mojej narzeczonej, ale staram się też zobaczyć choć na chwilę z moimi bliskimi mieszkającymi we Włoszech. Podróżowanie stało się na szczęście na tyle łatwe, że mogę uszczęśliwić obie rodziny, a zarazem siebie samego.

W polskim świętowaniu zaskoczyła mnie tradycja polegająca na składaniu życzeń i dzieleniu się opłatkiem przy wigilijnym stole. W regionie Włoch, z którego pochodzę, taki zwyczaj nie występuje i - z tego, co wiem - podobnie jest również w innych częściach kraju. W każdym razie ta tradycja wydaje mi się czymś naprawdę wzruszającym. Zamierzam ją kultywować w swoim domu rodzinnym.

Nie przychodzi mi do głowy żadna anegdota związana ze Świętami w Polsce; w pamięć zapadł mi natomiast jeden obrazek, niczym z pocztówki. To było moje pierwsze Boże Narodzenie w tym kraju. Spędzałem je na Dolnym Śląsku. Wstałem dość wcześnie i wyjrzałem przez okno. Z domu rodziców mojej narzeczonej doskonale widać góry. Tego dnia były pokryte nieskazitelnym, błyszczącym śniegiem. Dla osób mieszkających w okolicy nie ma w tym pewnie nic nadzwyczajnego. Dla mnie, pochodzącego z południa Włoch, widok był oszałamiający. Pomyślałem wtedy, że mam szczęście, że mogę spędzać Święta w Nowej Rudzie!

Małgorzata Pawlak (21 lat, graficzka, twórczyni fanpage'a  senty-ekskre-menty )

Wobec Świąt jako takich specjalnych obiekcji nie mam. Dwa tygodnie wolnego piechotą nie chodzi.

Z jasnych stron okołogwiazdkowych warto wymienić jeszcze zupę z suszu z makowymi kluseczkami. No i prezenty - tym bardziej że z rozpędu kupuję zazwyczaj najwięcej samej sobie. Szukam ładnych rzeczy produkowanych przez zdolnych ludzi. Dodam, że szukam ich z wyprzedzeniem. Fala świątecznych zombie krążących po sklepach od połowy grudnia nie nastraja do życia najlepiej.

Małgorzata Pawlak (fot. archiwum prywatne)

W ogóle ludzie psują grudzień - przede wszystkim przy pomocy dekoracji. Każdy mały element błyszczy złowrogo i spoziera brokatowym okiem. Mikołaje wspinają się jak King Kongi na wszystkie budynki i budyneczki. Miasto zalewa morze czerwonego pluszu. Nie trzeba nawet wchodzić do handlowych przybytków, które zapętlonymi kolędami próbują radość i czar wciskać przez uszy. Wystarczy przejść się po mieście - na Piotrkowskiej w Łodzi klimat na sto fajerek. Kocham lampki choinkowe i trzymam je w pokoju przez cały rok, ale jednak liczba łańcuchów ma znaczenie.

To wszystko pewnie dałoby się znieść i może nawet zachwycić parę razy w trakcie spaceru, ale sentymenty trzeba trzymać na wodzy, żeby nie wpaść na jedną z wielkich bombek czy gigaprezentów. Albo na fotografujących się przy nich mieszkańców i turystów. Wolę nie myśleć, ile prądu zżerają te elektryczne potwory. Wolę nie myśleć, więc biegnę szybko do domu, bo jarmark świąteczny śmierdzi mi zleżałą kiełbasą, skarpetkami z wyszytym imieniem i płytami disco polo.

Biegnę do domu i siadam w kuchni, myśląc, że przecież Święta, magia i te sprawy, ale gubię się i zapominam co dalej, bo balkon naprzeciwko doprowadza mnie do ataków epilepsji swymi magicznymi stroboskopami. I - ejże! - mówię to jako osoba na co dzień kochająca błysk i złotko!

Gergely Fekete (29 lat, specjalista ds. IT)

Jako że dziewięć pierwszych lat swojego życia spędziłem na Węgrzech, moje najwcześniejsze świąteczne wspomnienia pochodzą właśnie stamtąd. To mniej religijnie zdeklarowane państwo niż Polska. Mam wrażenie, że tradycja bożonarodzeniowa jest tam bardziej oderwana od chrześcijańskich źródeł.

Gergely Fekete (fot. Bartłomiej Pawlak)

Różnice dotyczą m.in. kulinariów. Nie ma zwyczaju bezmięsnego postu w Wigilię, choć jada się klasyczne węgierskie danie tego rodzaju - zupę rybną. Popularne są też panierowane filety rybne, indyk - nadziewany lub nie, czy tzw. töltött káposzta, czyli kapusta faszerowana wieprzowiną. Często na wsiach na okres przedświąteczny planuje się świniobicie, czego wynikiem jest mnogość kiełbas na wigilijnych stołach.

Święta jako spotkanie z rodziną? Dziś wydaje mi się to wspomnieniem szczęśliwego dzieciństwa, jeżeli takowe kiedykolwiek występowało. Pamiętam ten ogrom świecidełek i różnych wrażeń, które potrafią zatuszować problemy życia codziennego. Co do współczesnego świętowania, to mam wrażenie, że wolny rynek zagarnął Święta. To wszystko - reklamy, produkty w hipermarketach, programy świąteczne - jest obecnie mało autentyczne. Będąc już świadomym człowiekiem, doszedłem do kilku wniosków odnośnie do Świąt. Przede wszystkim nie lubię, gdy wmawia mi się coś na siłę, a media oraz korporacje chcą nam wmówić, że to absolutnie wyjątkowy czas, a więc musimy się do niego specjalnie przygotować. Czytaj: wydać dużo więcej pieniędzy. Po drugie - jeśli w domu nie układa się na co dzień, tak samo będzie i w Święta.

Artur Barbara Kapturkiewicz (42 lata, pediatra, osoba LGBTQ przed operacją zmiany płci)

Święta w dużej mierze kojarzą mi się z pracą. W tym czasie zawsze jest więcej dyżurów. Część Wigilii również spędzam na oddziale. Leczę także niemowlęta. Tego dnia przypominają one szczególnie o narodzeniu małego Jezusa. Dobrze, że można w Święta komuś posłużyć i że życie dało ku temu siły i możliwości.

Okres bożonarodzeniowy to w mojej rodzinie także spotkanie trzech pokoleń. Przy świątecznym stole siadają osoby w wieku od 20 do 91 lat. Jest wiele miłości, śmiechu, rozmów, ciekawych tematów i wiadomości ze świata, z którego zjeżdżają do domu rodzinnego młodzi. Dużo wzajemnego ciepła, ale dla mnie też poczucie samotności, jeśli chodzi o kwestie, które nie wszyscy chcą i mogą zrozumieć. Mój transseksualizm jest dla innych trudny.

Artur Barbara Kapturkiewicz (fot. archiwum prywatne)

Święta to też moi szczególnie kochani bracia i siostry - geje, lesbijki, transpłciowi, w tylu krajach karani jeszcze wyrokami za to, kim są. Tropieni, torturowani i zabijani za przyzwoleniem społecznym. W Polsce tak wielu z nich nie spędzi Świąt w rodzinnym domu wraz ze swoim partnerem lub partnerką, bo rodzina nie chce o tym słyszeć.

Wreszcie Święta to także ufność w to, że Jezus jest z nami w tym wszystkim. Narodził się i żył jako człowiek, aby nadać sens naszemu życiu. Nauczył nas, że każda chwila miłości jest wiecznością.

Piotr Ołowiak (36 lat, doktor językoznawstwa, ateista)

Do Świąt mam - jak pewnie większość ludzi - stosunek mocno sentymentalny. Lubię świąteczny klimat, cały ten choinkowo-kolędowy sztafaż sprawia, że robi mi się miękko i ciepło na sercu.

W warstwie formalnej moje doświadczenie świąteczne nie różni się od przeciętnego. Może jedynie tym, że nie chodzę na pasterkę (raz byłem, dla towarzystwa) i nie oglądam "Kevina " (dla mnie filmem świątecznym jest "Potop"). A czy różni się w treści? Podejrzewam, że też nie bardzo. Niewielu znam ludzi, którzy rzeczywiście przeżywają przyjście Zbawiciela. Rozmowy kręcą się raczej wokół żarcia i prezentów. Celebruje się przyjemności zmysłowe i radość z obdarowywania i bycia obdarowywanym. Mnie to odpowiada.

Piotr Ołowiak (archiwum prywatne)

Bywam pytany - po "wychyleniu" się z niewiarą - to jak to, nie obchodzisz Świąt? Ależ obchodzę. Po odsączeniu chrześcijańskich treści zostaje sporo rytuału. Właściwie prawie cały. Opowiadam wtedy o symbolice dań z grzybów, o stosunkowo nowej, i w dodatku z Niemiec pochodzącej choince oraz starosłowiańskiej jedlinie, przez choinkę zastąpionej. O neolitycznym kalendarzu agrarnym i przesileniu zimowym. I o tym, że tak naprawdę chodzi o spotkanie się z ludźmi, którzy są dla mnie ważni, i powiedzeniu im tego expressis verbis .

No i mam słabość do kolęd.

Emilia Młynarczuk (38 lat, nauczycielka, praktykująca katoliczka)

Święta są dla naszej rodziny uwieńczeniem czasu oczekiwania, którym jest Adwent, na przyjście Bożej Dzieciny. A więc, przynajmniej w naszym domu, Boże Narodzenie to nie tylko nazwa. Religijny aspekt Świąt jest dla nas bardzo istotny, żeby nie powiedzieć: najistotniejszy. Staramy się też wpajać naszym dzieciom, że nie chodzi tylko o prezenty i potrawy, których na co dzień się nie jada, ale o duchowe przeżycie, pamiątkę narodzin Dzieciątka Jezus.

Emilia Młynarczyk z rodziną (fot. archiwum prywatne)

A skoro tak, to szykujemy się na nadchodzące Boże Narodzenie dużo wcześniej. Każdy z nas przygotowuje się do Świąt, uczestnicząc w roratach, co oczywiście najbardziej podoba się dzieciom. To w końcu sporo frajdy: piękne, często własnoręcznie wykonane lampiony, światełka migocące w ciemności itd. Gdy do Wigilii zostaje kilka dni, dorośli biorą na siebie wszelkie sprawy związane z prezentami gwiazdkowymi. Oczywiście prawdziwy sens Bożego Narodzenia to jedno, ale nie należy zapominać o małych przyjemnościach. Nie może też zabraknąć potraw wigilijnych.

Święta Bożego Narodzenia to czas spędzony z całą rodziną - w naszym przypadku z czterema jej pokoleniami. Rozpoczynamy świętowanie kolacją wigilijną i składaniem życzeń każdy każdemu bez wyjątków, a jest nas około dwudziestki. Potem obowiązkowo śpiewamy kolędy i rozpakowujemy prezenty. Posileni wyruszamy na pasterkę - mszę, na której Polacy najgłośniej śpiewają.

Pracy związanej z przygotowaniami do Świąt jest sporo. Czy warto? Święta dodają nam tyle pozytywnej energii, że wszystko to zostaje zrekompensowane!

Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl . Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką z lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na "wysoką" i "niską". Publikował m.in. w "Dwutygodniku", "Xięgarni", "Czasie Kultury", "Opcjach", stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską.