Jak dostaje się zlecenie na zrobienie logo dla szczytu NATO?
Jacek Majewski:
- To akurat był zamknięty konkurs, startowało kilka pracowni, no i nasza koncepcja zwyciężyła. Zanim ogłoszono wyniki, testowano logo w kwaterze głównej NATO w Brukseli, choćby po to, by sprawdzić, jak prezentuje się w telewizji.
Skąd wiedzieliście, jak zrobić logo, które spodoba się wojskowym dyplomatom?
Hanna Kokczyńska: - Dostaliśmy brief, w którym określono założenia i wymogi. Wiedzieliśmy więc, że logo musi jednocześnie odwoływać się do obronności i pokazywać, gdzie szczyt się odbędzie. Przeanalizowaliśmy logo z poprzednich szczytów i okazało się, że większość z nich prezentuje kontur miasta. Pomyśleliśmy: Spróbujmy pójść własną drogą. Stworzyliśmy dwie linie - jedna nawiązuje do charakterystycznego wzoru konstrukcji Stadionu Narodowego, gdzie szczyt będzie miał miejsce, a druga do Syrenki - najbardziej oczywistego symbolu Warszawy.
J.M.:
- Zamknięcie Syrenki w kształcie tarczy wzmacnia przekaz, że chodzi o obronność. Że przyjeżdżają tu ministrowie obrony i wojskowi z całego świata.
Dlaczego wzięliście udział w tym konkursie?
J.M.:
- Zachęciła nas znacząca ranga - nie tak dużo jest w Polsce wydarzeń o wydźwięku międzynarodowym. Chęć zmierzenia się z tym wydała się kusząca.
Kiedy na transmitowanej w świat konferencji w Brukseli pada nazwa "studio Super Super" to jest super?
J.M.:
- Pewnie, że robi się ciepło na sercu.
I gorąco w mailu?
J.M.:
- Nie od razu. To oczywiście działa, ale nie tego samego dnia.
H.K.:
- Robienie spektakularnych rzeczy pomaga rozwijać studio i zdobywać coraz ciekawsze zlecenia. Kilka lat temu zaczęliśmy robić projekty dla Centrum Nauki Kopernik - trzy razy pracowaliśmy przy festiwalu Przemiany, zarówno przy grafice, jak i scenografii. To zlecenie było przełomowe dla studia, z niego wynikały kolejne. Dużą zmianą było dla nas także dołączenie jako wspólnika Rafała Grobla. A dzięki doświadczeniu przy wcześniejszych dużych zleceniach wiedzieliśmy, jak myśleć w skali Stadionu. Przystępując do konkursu na logo szczytu NATO zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to logo musi pociągnąć za sobą wiele aplikacji - dobrze wyglądać w telewizji, na teczce, na samochodzie.
Ciekawi mnie wasza droga. Od awangardowych różowych jelonków na warszawskim Powiślu do zleceń dla międzynarodowych korporacji.
H.K.:
- Jelonki zrobiłam z Luizą Marklowską podczas studiów na ASP i wbrew pozorom one wskazują drogę, którą obrałam potem. To była instalacja w przestrzeni publicznej, pilotowana przez Fundację Bęc Zmiana. Postawiłyśmy na Powiślu kilka świecących jeleni w czasach, gdy - dziś trudno w to uwierzyć - nikt nie przychodził nad Wisłę. Chciałyśmy przyciągnąć tam ludzi i się udało, zaczęli się w tym miejscu umawiać, a rok później powstał tam pierwszy klub.
Ja w ogóle zaczęłam projektować, bo chciałam żyć w przyjemniejszym świecie i ta, może trochę naiwna, motywacja nie zmieniła się. Najlepszy moment w pracy jest wtedy, gdy coś, co wynikało z analizy, zadziała w rzeczywistości.
Już razem z Jackiem Majewskim, we współpracy z Moko Architects, wymyśliliście wnętrza modnych do dzisiaj w Warszawie miejsc - kawiarni Relaks i butiku Fumo.
H.K.:
- Próbowaliśmy różnych rzeczy. Ja zresztą długo nie mogłam się zdecydować, co chcę robić. Studiowałam wzornictwo, bo tam trzeba było i malować, i rysować, i modelować. A potem okazało się, że nie trzeba wybierać: można łączyć dziedziny. Bo projektowanie jest całością. Tworząc prawie osiem lat temu studio założyliśmy, że spróbujemy robić rzeczy w każdej skali: od kartki zapełnionej literami, przez identyfikacje, do wnętrz czy scenografii.
Zapytałam o konkretne miejsca, bo one nawiązywały do warszawskiego modernizmu. To, co robicie dzisiaj, wybiega raczej w przyszłość, niż zanurza się w przeszłości. Druk 3D, rozszerzona rzeczywistość - używacie ich w wielu projektach.
J.M.:
- Czytałem niedawno wywiad z projektantem graficznym, który mówił, że w grafice już się wszystko wydarzyło. A przecież to nieprawda. Fuzja narzędzi, które dziś mamy do dyspozycji, pozwala przekraczać wszelkie granice, dotąd nieprzekroczone. Nowe instrumenty sprawiają, że nie zamykamy się w utartych schematach.
H.K.:
- Choć ważne jest, by technologię wypełnić treścią. Istotny jest kontekst, a nie tylko aplikacja. Pusty ornament nie działa.
Jak poznać, kiedy technologia ma sens, a kiedy jest gadżetem?
J.M.:
- Na poziomie myślenia o dużej idei, która ma pociągnąć projekt, widać zazwyczaj, czy to, co chcemy pokazać, składa się z technologią czy nie.
H.K.:
- Razem z Bridge - to jedna z firm, w której mamy udziały - robiliśmy projekt ekspozycji architektonicznej w mobilnym pawilonie, który miał stanąć przed Teatrem Wielkim. No i zrobiliśmy coś naprawdę szalonego - wystawę, na której nie było żadnego eksponatu. Można je było zobaczyć dopiero w tablecie.
Po co wychodzić z domu na wystawę, którą można obejrzeć w tablecie?
J.M.:
- Chodzi o całościowe przeżycie. Dopiero komplet - zupełnie biała odizolowana przestrzeń i rozszerzona rzeczywistość - wytrącał człowieka z oczekiwań, jakie może mieć, idąc na wystawę do Teatru Wielkiego. Na jej terenie rozmieszone były postumenty z charakterystycznymi wzorami, które po nakierowaniu tabletu aktywowały aplikacje, ukazując konkursowe projekty w przestrzeni. To doznanie pozostawało w pamięci.
W start-upie Tylko robicie z kolei "meble z tabletu" . Na czym to polega?
J.M.:
- Meble wymyślają projektanci, klienci natomiast mogą dopasować je do swoich potrzeb, zmienić rozmiar lub inne funkcje. Wszystko odbywa się w ich mieszkaniach czy biurach. Dzięki aplikacji od razu widzą efekty we własnej przestrzeni. Dla klientów to wygoda, dla projektantów - wyzwanie, bo inaczej myśli się o meblu, który ma mieć trzy wersje, a inaczej, gdy może mieć ich 40 milionów. Customizacja to zresztą teraz ważny trend w wielu branżach, nie tylko meblarskiej.
Czy grafik musi jeszcze umieć rysować?
H.K.:
- Niekoniecznie. Znam wiele osób, które z powodzeniem działają w zawodach projektowych, choć nie dostały się na ASP. Ale kiedyś było to niezbędne. Moja babcia, która była architektem, wszystko rysowała ręcznie - całe budynki były projektowane na kalkach.
A co z tradycją polskiej grafiki, plakatu? To jest dla was ważne?
J.M.:
- Myślę, że szacunek dla tradycji jest niezbędny. Jest niekończącym się źródłem inspiracji. Ale nie jestem fanem wyraźnych trendów, jak choćby modernizm w grafice. Zresztą on się już wyczerpał.
H.K.:
- Poza tym rynek projektowania jest globalny. Każdy może zestawić sobie nasze propozycje z tym, co powstało na przykład w Japonii.
Mówisz o tym, że projektujesz, by świat był przyjemniejszy. Zastanawiam się, czy korporacyjni klienci, dla których pracujecie, to właśnie ci, dzięki którym żyje się lepiej.
H.K.:
- To jest oddzielna kwestia. Ważniejsze wydaje nam się to, że korporacje chcą pracować z takimi studiami jak nasze. Duże firmy zaczęły doceniać jakość i zaangażowanie, które my możemy im dostarczyć, a których próżno szukać szukać w agencjach reklamowych. Widzimy, że rynek dojrzewa.
J.M.:
- Praca z dużymi korporacjami pozwala nam realizować inne projekty. Sięganie po takie zlecenia to element rozwoju, przekraczanie kolejnych etapów.
Miło słyszeć, gdy minister Witold Waszczykowski mówi o waszym logo: "Matejko to nie jest, ale taka jest sztuka nowoczesna"?
H.K.:
- To chyba komplement.
Super Super - skąd taka nazwa?
H.K:
- Była prosta, pozytywna. No i jest rodzajem zobowiązania. Musimy się bardzo starać, by ją dogonić.
Hanna Kokczyńska i Jacek Majewski. Od 2007 roku prowadzą studio projektowe Super Super, w 2014 do firmy dołączył jako wspólnik Rafał Grobel . Razem z Mikołajem Molendą, Michałem Piaseckim i Jarosławem Nowotką w 2013 założyli Bridge, firmę realizującą projekty łączące design z technologią. W 2014 powstało Tylko, start-up umożliwiający klientom personalizowanie i zakup mebli za pomocą mobilnej aplikacji.
Aleksandra Boćkowska. Dziennikarka, redaktorka. Sekretarz redakcji w magazynie "Viva! Moda", współpracuje m.in z Weekend.gazeta.pl i Magazynem Świątecznym Gazety Wyborczej. Autorka książki "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL".