Nim Brandon Stanton założył bloga, który odniósł międzynarodowy sukces, żył jak wielu początkujących fotografów w mieście, do którego zjeżdżają najzdolniejsi artyści z całego świata - skromnie. Nawet bardzo skromnie. W rozmowie z Michałem Gostkiewiczem , którą jutro otwieramy Weekend, Stanton wspomina: - Mieszkałem na Brooklynie - w lokalu, w którym oprócz mnie gnieździły się cztery nieznane mi osoby. Spałem na materacu na podłodze, nic więcej nie miałem. Straciłem pracę, przez krótki czas pobierałem zasiłek dla bezrobotnych. Gdy już kompletnie nie miałem pieniędzy, wpadły mi jakieś fuchy - robiłem zdjęcia na ślubach, płatne portrety. Brałem tyle zleceń, żeby utrzymać się na powierzchni.
Dziś Stanton nie musi się martwić o przetrwanie. Ani o uznanie dla swojej twórczości. Co najwyżej doskwiera mu brak czasu. Nie traci jednak trzeźwego spojrzenia na miasto, w którym żyje i którego kolażowy portret usiłuje pośrednio - za pomocą tysięcy pojedynczych zdjęć - wykonać. Zachwyconemu pobytem w Nowym Jorku Michałowi mówi: - Nie przyjeżdżaj do Nowego Jorku bez powodu. Jeśli nie masz celu, nie przetrwasz. A potem dodaje, że chociaż to miasto jest kopalnią ciekawych typów ludzkich, to jest również pełne osób niestabilnych emocjonalnie. Prawdopodobnie na jedno wychodzi...
Celem Stantona jest sfotografowanie 10 tysięcy nowojorczyków. Ale przede wszystkim jest nim skłonienie tych nowojorczyków - często introwertycznych, ekscentrycznych, nieufnych - do zwierzeń. Jak to się dzieje, że mieszkańcy Nowego Jorku opowiadają kompletnie obcemu facetowi o swoich lękach? Albo na jego prośbę wspominają najpiękniejsze momenty swojego życia? To tajemnica, którą próbował zgłębić dla nas Michał. Chociaż łatwo nie było - Stanton sam jest dosyć pozamykany. To chyba częsta przypadłość u osób, które lubią się skupiać na cudzych emocjach, które "przeglądają się" w nie swoich historiach.
Finalnie twórca "Humans of New York" wygadał nam się jednak z pilnie strzeżonej tajemnicy. Tak przynajmniej utrzymywał - upewniając się, że wywiad nie zostanie opublikowany w angielskiej wersji. - Mówię to pierwszy raz - powtarzał kilkukrotnie. Czy to kokieteria? Przemyślany PR? Być może. Z Brandonem Stantonem wszystko jest możliwe.
A w Weekendzie także m.in.:
- Alimenty to nie prezenty. Tak nazywa się trwająca w ten weekend ogólnopolska akcja zbierania podpisów poparcia dla zmian prawnych, które zagwarantują skuteczniejsze egzekwowanie zasądzonych należności oraz doprowadzą do zniesienia kryterium dochodowego do uzyskania alimentów z funduszu alimentacyjnego. A w naszym magazynie Ewa Nowaczyk-Przybylak przytacza szokujące historie rodzin, które bezskutecznie walczą o sprawiedliwość. I zmagają się z absurdalnymi przepisami. - Jacek chodził w dziurawych butach. Ja... głodna. Zjadałam resztki, co zostały po chłopakach - wyznaje jedna ze sportretowanych w reportażu matek. Mocna rzecz i ważna akcja. Przeczytajcie koniecznie!
- Eszter Hajdu. W 2008 i 2009 roku węgierscy prawicowi ekstremiści przeprowadzili serię napaści na siedliska Romów. W ich wyniku sześć osób, w tym pięcioletnie dziecko, poniosło śmierć, a pięć doznało trwałych uszkodzeń ciała. O zbrodnię oskarżono czterech mężczyzn. Proces zakończył się wyrokiem dożywocia dla trzech z nich. Jego przebieg utrwaliła reżyserka Eszter Hajdu . Z setek godzin materiału powstał nagradzany na świecie film "Wyrok na Węgrzech" . W rozmowie z Anną Tatarską Hajdu mówi między innymi o narastającym w jej ojczyźnie rasizmie. - Węgierska prawica przechodzi kryzys tożsamości. Jej herosami są najpotężniejsi nazistowscy kryminaliści, którzy doszli do władzy w latach 30. - twierdzi. I wypowiada się ostro o rządach Viktora Orbána. Tak, tego, który sam jest herosem dla części polskich polityków...
- Kulisy show-biznesu. "Paparuchy" to paparazzi. Ich zadaniem jest polowanie na "ryje", czyli celebrytów, którzy czasami, ale nie zawsze, bywają też gwiazdami. Najprościej jest zdjąć delikwenta pod "kwaterą", czytaj: pod domem. Ale można go również "wyjąć z miasta", czyli wytropić na ulicy. O brudnych mechanizmach, które rządzą show-biznesem, w książce "Paparuchy kontra ryje" opowiada Tomasz Potkaj . Publikujemy jej fragmenty. A w nich m.in.: okoliczności historycznej "sesji" z udziałem Bogusława Lindy w kapciach, rozmowa z jedyną działającą na rodzimym rynku kobietą-paparazzi, opowieść o pościgu za Borysem Szycem (całkiem owocnym). Czasem to śmieszne, częściej straszne. Ale dużo mówi o naszej rzeczywistości.
- Miłość Polki i Syryjczyka. Naif jest druzem. Takich jak on ISIS nienawidzi. Udało mu się uciec przed wojną i zamieszkać w Polsce. Teraz, wspierany przez ukochaną Milenę, walczy o status uchodźcy. Pierścionek zaręczynowy przywiózł Milenie z Syrii w bokserkach. Ona na pierwszą randkę zabrała go do kościoła. Gdy idą razem do kina, on ma wyrzuty sumienia, bo jego rodzice pod Damaszkiem nie mają prądu. A gdy rodzicom prąd w końcu włączą, Naif dzwoni do nich, żeby usłyszeć: - Żyjemy . Karolina Słowik pisze w Weekendzie o przeciwnościach, z którymi zmagać się musi ta para.
- HejtStop. Ten temat łączy się (niestety) doskonale z poprzednim. Bo to, co inne, w jakikolwiek sposób odbiegające od "normy", spotyka się zazwyczaj w sieci z falą nienawiści. Jak pisze Natalia Jeziorek w tekście nawiązującym do kampanii, która niedawno ruszyła w mediach, a w którą zaangażował się m.in. Jarosław Kuźniar: Uchodźcy, osoby nieheteronormatywne i o innym kolorze skóry, wyznawcy innych religii - według badań przeprowadzonych przez CBOS dla portalu mowanienawisci.pl to właśnie do nich najczęściej czujemy niechęć, którą uzewnętrzniamy w internecie. Do listy obrażanych możemy też dopisać ludzi o poglądach politycznych innych niż nasze czy o tuszy wykraczającej poza przyjęte kanony piękna; znajdą się na niej także osoby ze świecznika - politycy, celebryci, dziennikarze.
To właściwie lista wstydu. Co ważne, jej autorami nie są wyłącznie (jak moglibyśmy zakładać) samotni bezrobotni frustraci. Bo hejterami bywają prezesi korporacji, nauczycielki, matki Polki i ojcowie dzieciom. Wszyscy jesteśmy hejterami. Zachęcam więc do lektury raportu Natalii i do autorefleksji. A przede wszystkim - do merytorycznej dyskusji. Pod tym i pod innymi tekstami.
Hanna Rydlewska. Redaktor naczelna weekendowego magazynu Gazeta.pl