Gdybyś miał określić w jednym zdaniu, czym się zajmujesz, to co byś powiedział?
- W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że zajmuję się projektowaniem plakatów dla przemysłu rozrywkowego.
Brzmi enigmatycznie. Polecimy zaczepnie tytułami?
- Mam wyliczać? "King Kong", "Harry Potter", "Władca Pierścieni", "Gra o tron", "Niepamięć", "Hellboy", "Incepcja", "Ultimatum Bourne'a"... Przez ostatnich czternaście lat zrealizowałem mniej więcej pięćset projektów dla kina, telewizji i branży gier komputerowych.
Najczęściej angażuję się w kilka przedsięwzięć równocześnie i one się fajnie napędzają. Niedawno skończyłem pracę nad dwoma plakatami: do "Gry o tron" i 34. Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych "Młodzi i Film". Staram się nie ograniczać tylko do lokalnych zleceń.
Sporo tego.
- Czasem trudno spamiętać. Średnio w ciągu dnia pracuję nad trzema projektami, zdarza się - i nie ma w tym przesady - że skupiam się przez dwanaście godzin nad jednym i pod koniec dnia nie pamiętam, co to było.
W Hollywood jest ostra konkurencja?
- Zwykle do końca nie wiadomo, czyj pomysł zwycięży. Do jednego projektu startuje kilka osób lub agencji. Takie są zasady. Kilka, czasem nawet kilkanaście, firm robi projekty plakatów do jednej produkcji filmowej. Przez rok lub dłużej trwa proces weryfikacji i selekcji najlepszych pomysłów. Każdą zaproponowaną wersję analizują specjaliści, na przykład pod kątem grupy docelowej, czyli biorą pod uwagę to, jaką publiczność zgromadził lub ma zgromadzić dany serial i czy plakat wpisuje się w oczekiwania odbiorców.
Ale to nie wszystko. W przypadku "Gry o tron" było tak, że plakat tworzony do aktualnego sezonu miał współgrać z całością, czyli wpisywać się w serię. Bardzo ważne było to, by korespondował z kolejnym, zaplanowanym na następny sezon plakatem. Tak więc, przygotowując tego typu projekty, myśli się całościowo i zazwyczaj z dużym wyprzedzeniem.
Ta rywalizacja onieśmiela?
- Raczej mobilizuje. Konkurencja jest duża, ale co istotne, nie jest rozrzucona po świecie, tylko skupiona wewnątrz Hollywood. Wszystkie ważne firmy i agencje projektujące plakaty mają swoje siedziby w okolicy Hollywood, na przestrzeni parudziesięciu kilometrów. Dlatego pod pewnymi względami jestem uziemiony w Los Angeles. Mieszkając na przykład w Nowym Jorku, nie mógłbym tak pracować.
Dlaczego?
- Prawda jest taka, że by istnieć w tym środowisku, musisz brać udział w wielu spotkaniach. To są codzienne rozmowy z reżyserami i producentami. Terminy, które dostajesz na realizację projektu, nie są odległe. A wygląda to mniej więcej tak: mam telefon, że reżyser wrócił o godzinie osiemnastej z Hawajów i do dwudziestej pierwszej ma czas na spotkania. Jest dziewiętnasta. Wiem, że lepiej będzie, jeśli się stawię. Bez spóźnienia. Ten zawód wymaga szybkiej reakcji, inaczej jesteś bez szans.
A kiedy zorientowałeś się, że chcesz i potrafisz tak szybko reagować?
- Rozumiem, że pytasz, kiedy zorientowałem się, że interesuję się projektowaniem i grafiką? Dawno. Już jako dziecko rysowałem. Byłem fanem plakatów Drew Struzana do serii o Indianie Jonesie. Uwielbiałem je oglądać, ale wtedy jeszcze nie myślałem o tym, by samemu zająć się projektowaniem plakatów. Wiesz, ja jestem chłopak z Bytomia... Tam najdłużej siedziałem, bo czternaście lat. Później był Kędzierzyn, Opole, Wrocław, potem Warszawa.
Łatwiej byłoby wymienić, gdzie nie mieszkałeś.
- W Suwałkach nie mieszkałem. Ale kto wie...
Prawdę mówiąc, miałem zostać nawigatorem, jednak przeszkodą okazał się mój słaby wzrok. Dopiero wtedy postanowiłem pójść w plastykę i reklamę. To było bliskie sercu i naturalne, ale nie podejrzewałem, że mogę się tym zajmować zawodowo. Najpierw pracowałem w polskich agencjach reklamowych, z czasem przyszła ambicja i ochota na coś więcej. Jak wiesz, że masz możliwości, ale nie możesz ich realizować, to zaczynasz szukać chociażby krótkiego, wąskiego korytarza - a taki wystarczy - którym się możesz wymsknąć.
No dobrze, niektórzy myślą: Kraków, Londyn... Ale Los Angeles?
- Pomysł był taki, by jechać do Australii, czyli jeszcze dalej, ale tam nie było takiego fajnego Hollywood. Ja bym to porównał do innej sytuacji: jak pilot do telewizora nie leży obok ciebie, to równie dobrze mógłby leżeć w Chinach - jest i tak za daleko, bo nie możesz go dotknąć. Musisz zdobyć się na wysiłek, wstać i pójść po niego. Tak samo było z Hollywood: no było daleko, ale wtedy nawet Suwałki czy Londyn były bardzo daleko. Więc dlaczego nie Hollywood?
Jak wyglądały te pierwsze chwile w Los Angeles, wydeptywanie ścieżek?
- Wyjechałem, praktycznie nie znając języka. Nim zacząłem cokolwiek wydeptywać, postawiłem na naukę angielskiego. I to było najtrudniejsze, bo akurat kontakty z ludźmi przychodzą mi w sposób naturalny. Problem pojawiał się, gdy miałem precyzyjnie coś wyrazić - nie miałem pewności, że jestem dobrze rozumiany. Dziś, po latach spędzonych w USA, już wiem, że to jest zawsze specyfika obcego języka, którym musisz nauczyć się posługiwać. Na początku myślisz, że nie jesteś dość elokwentny i dowcipny. To mija, gdy mówisz pomimo wszystko, wbrew wątpliwościom.
Ja dodatkowo musiałem nauczyć się negocjacji, a to już jest inny angielski niż ten, którego używa się na co dzień. Chodzi o malutkie zależności pomiędzy jednym słowem a drugim. Długo dryfowałem obok tego. Pewnego dnia pomyślałem sobie, że nie po to przejechałem siedem tysięcy mil, by się nad sobą rozczulać. Wziąłem się za siebie.
Jak?
- To była ciężka praca i rozgryzanie tego, jak się przebić. W Stanach musisz mieć pomysł na siebie. Wiedziałem, że językowo nie dam rady z tymi wszystkimi niuansami, idiomami, anegdotkami, więc zacząłem posługiwać się obrazem. Plakaty, które projektowałem, mówiły za mnie, czyli moje portfolio spełniało rolę pośrednika pomiędzy moim nie do końca dobrym angielskim a perfekcyjną narracją drugiej strony. Z czasem wyrobiłem się językowo. Dziś mam pakiet: umiem wyrazić siebie po angielsku, a plakaty nadal, mam nadzieję, robią wrażenie.
Poczułeś już, że twoje nazwisko to marka?
- Po raz pierwszy pięć lat temu. Poczułem, że ludzie się mnie nauczyli. Uważam, że to jest klucz do sukcesu. Możesz być superdostępny, ale inni muszą być ciebie ciekawi. W Stanach wyczuwają podstęp, sztuczność, fałsz - jeżeli się tego pozbędziesz, to wejdziesz do ich świata, będziesz miło witany i doceniany za to, że jesteś naturalny. To frazes, ale trzeba być sobą.
Czym się różni mentalność Polaka i Amerykanina?
- Ludzie w Stanach są bardziej otwarci. My jesteśmy zamknięci, mniej pewni siebie. Nie wiem, z czego to wynika. Oni już w szkole mają wykłady z publicznego mówienia. Dzięki temu typowy nastolatek wie, jak się zachować przed kamerą lub na podium, jak modulować głos, jak się obronić w zalewie pytań. Być może nie ma wiedzy książkowej, nie zna historii powstań śląskich, ale w publicznych rozmowach czy negocjacjach nikt i nic go nie zaskoczy. Zwykły Amerykanin ma wielką swobodę marketingową, wchodzi, mówi, czego chce, i przekonuje cię do swoich racji.
Mimo sukcesów za oceanem wciąż wracasz do Polski i tu pracujesz.
- Nigdy z tego nie zrezygnuję. Sentyment pozostał. Ale wszystko tak naprawdę zależy od tego, czy projekt jest ciekawy. Robiłem plakaty promujące m.in. festiwale Camerimage czy Transatlantyk. Według mnie to też jest prestiż. Akurat w przypadku festiwali jest tak, że konkurencja jest mniejsza. Jeśli ktoś się do mnie zgłasza, to do mnie jednego, więc pracuję nad końcową wersją tak długo, aż spełnię oczekiwania.
Z filmami, tak jak wspominałem, jest nieco inaczej. Często biorę udział wyłącznie we wczesnych pracach nad projektem, na rok przed premierą filmu. Ufają mi, więc proszą mnie o wstępny projekt już na etapie scenariusza albo preprodukcji i na tym moja rola się kończy. Od początku jest jasne, że ja jedynie określam kierunek. Finalny plakat będzie robił ktoś inny.
Nie masz żalu?
- W życiu! Określam koncept, według którego potem powstanie cała promocja. Mój pomysł wysyłany jest do agencji, która go rozwija i szlifuje. Naprowadzanie ludzi na właściwy kierunek to też jest wyzwanie. Nie ma we mnie pretensji, roszczeń, niespełnienia, że mogłem być do końca. Z jakiej racji? Trzeba to sobie w głowie ułożyć, przepracować. I być pogodzonym z tym, że to, co powstaje, to już jest ich plakat - nie mój, choć mój był pomysł czy punkt wyjścia. Więc nie ma później rozterek, że coś skręciło w złą stronę albo że ostateczny plakat powinien być inny. Prawda jest taka, że ja sam nie miałbym takich sił przerobowych, by prócz plakatu jeszcze zaprojektować billboardy i całą linię promującą film. Od tego są sztaby fachowców.
A czy była robota, która przyniosła ci szczególną frajdę?
- Film "Zakochany Paryż" dał mi wiele radości. Mogłem się pobawić, zrobić swoją ikonę, a to bardzo lubię. Podobnie było z zeszłorocznym plakatem dla festiwalu Camerimage - tu oko stało się ikoną, metaforą.
Lubię stworzyć jeden znak, symbol, który działa na wielu różnych płaszczyznach - metaforycznych lub po prostu jak logo. Wtedy czuję się, jakbym rozwiązał rebus: mam zadany temat, znam cyfry, słowa, wiem, że istnieją wytyczne, które muszę wziąć pod uwagę. Z tego mam stworzyć jeden obraz, który będzie czytelny dla wielu ludzi. To jest moja matematyka.
Jakie kryteria są ważne, gdy pracuje się nad hollywoodzkim zleceniem?
- Wszystko jest ważne. W jakim czasie i gdzie film będzie wyświetlany, na kiedy zaplanowano premierę, czy to będzie okres świąt, wakacji czy walentynek. Ważny jest kolor, który powinien współgrać z porą roku. W zimie na przykład nie polecam purpury, bo plakat będzie odstręczał, będzie nieprzyjazny. Istotny jest też gatunek - komedia romantyczna lubi inne kolory niż film akcji czy melodramat. W Stanach chcą, by ludzie, patrząc na plakat, wiedzieli od razu, z czym mają do czynienia - z horrorem, kryminałem, kinem biograficznym czy przygodowym.
Czyli w "King Kongu" chodziło o to, by pokazać wielką małpę?
- Chodziło o pokazanie przygody. I różnicy pomiędzy naprawdę wielką małpą i małą kobietką. Przez to, że na siebie patrzyli, została uchwycona więź.
Można było nawet odnieść wrażenie, że dziewczyna miała władzę nad małpą, mimo że była maciupka.
- To nazywamy manipulacją. Ona działa, jeśli jesteś w stanie odebrać zaplanowany przez nas przekaz - najlepiej nieświadomie, w sekundę, gdy przechodzisz obok plakatu.
Czuję się zmanipulowana.
- Bardzo mi miło. Dziękuję.
To porozmawiajmy o różnicach w podejściu do pracy. Na pewno w USA jest inaczej niż w Europie.
- To są inne kraje, kultury, rynki. W Polsce kampania reklamowa zakłada, brzydko mówiąc, że twórcy "kupują" parę oczu jednego widza. W Ameryce od razu liczymy na to, że "kupimy" naszą kampanią sto milionów par oczu. Od każdej pary są przecież tantiemy. Po raz kolejny to powiem: kwestia matematyki.
W USA wiedzą, że kampania formuje orszak fanów i ci fani przekazują wiedzę o filmie dalej. Trzeba ich tylko zachęcić. To jest jak z kamieniem, który wrzucasz do wody i widzisz kręgi rozchodzące się po tafli. W Polsce kręgów jest mniej.
Może wynika to z bardziej agresywnej promocji w Stanach?
- Nie tylko. Także z większej pomysłowości i zaplecza finansowego. W Stanach nawet kontrowersja może się przydać. W Polsce od razu trzeba przepraszać, dzwoni episkopat, film schodzi z afisza. Amerykańscy specjaliści wiedzą, że widza trzeba bombardować różnymi kanałami. Aktorzy są zaangażowani w promocję, udzielają setek wywiadów. Nie ma kapryszenia, bo jak nie będzie im się chciało, następnym razem nikt ich nie zatrudni. To jest zresztą zakontraktowane, nie ma miejsc na przypadek. Jeśli premiera ma być za pół roku, w umowie z aktorem jest zapis, że musi w wywiadzie napomknąć o produkcji sześć miesięcy wcześniej. Dziennikarz też wie, że musi zapytać o dany film, inaczej nie dostałby zgody na wywiad.
Nawet jeśli zdarzają się jakieś wpadki, dział PR-u szybko obraca je na korzyść filmu. Wszelkie kontrowersje, skandale, plotki wykorzystywane są przez specjalistów. U nas, w Polsce, takie sprawy raczej się tuszuje. W Stanach wszystko może być materiałem przydatnym w promocji, trzeba tylko wiedzieć, jakie ma się cele.
U nas promocja często zaczyna się na dwa tygodnie przed premierą. Wysyła się plakaty do kin, ustawia trzy wywiady w telewizji śniadaniowej...
- Wciąż boimy się nietypowych, niestandardowych akcji. Nie chcemy się ludziom narzucać ze swoim produktem, żyjemy w przekonaniu, że oni powinni go sami odkryć... W Stanach chodzi o sprzedaż, producenci i twórcy przeliczają wszystko na wpływy. Motywacja finansowa jest jedną z najsilniejszych, być może dlatego za granicą tak zabiega się o promocję i widzów.
To jednak nie wszystko. W USA plakat i wszelkie materiały oraz narzędzia promocyjne żyją długo po premierze i nawet po zejściu filmu z ekranów. Fani kolekcjonują plakaty z podpisami twórców. W zasadzie gwiazda może złożyć autograf na wszystkim, na każdym gadżecie, dlatego ten biznes jest tak rozwinięty. Czasami widzowie trzy lata po premierze walczą o autograf na plakacie z ulubionego filmu. Dla twórcy i producenta to jest sygnał, że wciąż żyje on w świadomości widzów.
Dobrym przykładem są media społecznościowe. W Polsce często Facebook wykorzystywany jest do anonsowania premiery lub jakiegoś wydarzenia. Za granicą za pomocą tego medium buduje się wspólnotę, grupę fanów.
- Wszelkie media społecznościowe powinny służyć temu, by budować kanały komunikacji pomiędzy ludźmi. Niech na każdym forum dochodzi do wymiany myśli, opinii, spostrzeżeń. Jak chcą się kłócić, niech się kłócą, ale niech te strony żyją, niech ludzie mogą swobodnie wyrażać siebie.
Mam wrażenie, że w Polsce nadal boimy się krytyki. Jeśli post jest krytyczny, administrator go kasuje. W Stanach to nie do pomyślenia. Krytyka jest dobra i może przysłużyć się słusznej sprawie, budowaniu lepszej jakości i wizerunku marki. Może też zainicjować weryfikację opinii. Jeśli 500 osób krytykuje film, zaproś kolejne 500, które to zweryfikują. Masz 1000 osób na forum, a co więcej - masz dialog.
Dzisiaj pracujesz nie tylko z filmowcami kinowymi, także z producentami gier komputerowych i seriali.
- Telewizja rządzi się innymi prawami niż kino. Wszystko w niej jest robione na trochę mniejszą skalę. Pod względem nakładów pracy i finansów włożonych w promocję kino jest na drugim miejscu, bo na pierwszym pozostaje rynek gier komputerowych.
Wpływy ze sprzedaży gier komputerowych oraz obrót wszystkim, co jest z nimi związane - od koszulek po żelki - są obecnie większe niż wpływy z produkcji kinowych. Dlatego praca z producentami gier komputerowych to dzisiaj wielki biznes. Poza tym jest podobnie: zamiast aktorskich gwiazd masz potwory, smoki, wojowników, księżniczki, dziwne, zakapturzone postaci... W pewnych kręgach ci bohaterowie są bardziej znani niż Tom Cruise czy Antonio Banderas. Twoja rola polega na tym, by ich uczłowieczyć, pokazać bardziej przyjaznymi. I musisz tak zaprojektować plakat, okładkę lub cokolwiek innego, by każdy z fanów danej gry myślał, że to jest robione tylko z myślą o nim, a nie o 15 milionach innych graczy.
Ciężka sprawa.
- Fani gier komputerowych są o wiele bardziej fanatyczni niż ci filmowi. Co może zrobić kinoman? Pójdzie na seans, ewentualnie wróci do kina pięć razy lub kupi film na DVD. Co jeszcze? Przeczyta książkę, na podstawie której powstał film, wywiad z aktorką, ustawi się w kolejce po autograf, powiesi plakat w pokoju.
Maniacy gier komputerowych żyją swoimi grami i postaciami. Egzystują w wirtualnym świecie, prowadzą alternatywne, równoległe egzystencje. Oni mają swoje zjazdy, swój język, swoje knajpy, święta. Dziś to jest już subkultura. Dla nich jest trudniej coś wykreować. Ich nie oszukasz, nie ściemnisz, musisz być wierny detalom. Nie możesz na przykład zmienić kształtu broni, bo od razu piętnaście tysięcy ludzi ci to wypomni. Nie możesz zmienić koloru zbroi, bo zaraz fani napiszą zbiorowy list do producenta. Rynek gier jest więc trochę trudniejszy jeśli chodzi o bycie kreatywnym i używanie narzędzi promocji, które - cokolwiek by o nich mówić - mają nieco manipulować odbiorcą. Ale są i bonusy. Jeśli zrobisz to umiejętnie, możesz puścić wodze fantazji. I pracujesz z fajnymi obiektami - masz do dyspozycji futurystyczne miasta, kostiumy, kolory, potwory, nierealne światy... Jest zabawa.
Ale i ryzyko: na plakacie musisz pokazać albo oddać charakter na przykład futurystycznego miasta, nie wiedząc jeszcze, jak ono będzie wyglądać.
- Będę z tobą szczery: strzelamy. Każdy wyobraża je sobie inaczej, więc nie jest to łatwe. Ale futurystyczne miasto nie stanowi największego problemu. Pomyśl o takim UFO. Najczęściej wyobrażasz sobie spodek, ale dziś UFO to obiekty o różnych kształtach, kolorach... Producent by mnie wyśmiał, gdybym pokazał mu spodek, za bardzo powiałoby klasyką. Więc robisz parędziesiąt wersji UFO i pokazujesz komu trzeba. Do każdej otrzymujesz drobiazgowy komentarz. Potem, z każdą minutą rozmowy, jesteś więcej niż pewna, że sam producent nie ma pojęcia, jak to UFO powinno wyglądać.
To jest zgadywanka, gra w ciemno.
- Trochę tak. Liczy się twoja kreatywność, pomysłowość, umiejętność analizy i syntezy. Producenci potrafią docenić poczucie humoru. No i czas nie gra roli, bo zwykle na tym etapie prac jest go sporo. Nad koncepcją promocji gry komputerowej mogę pracować rok, czasem półtora. W telewizji ciśnienie jest większe, tutaj sezon wyznacza tempo. Projekt kinowy zwykle zamykam maksymalnie do roku.
I przez półtora roku pracujesz nad jednym projektem codziennie?
- Nie, to przychodzi i wraca. Zwykle gdy dostaję zlecenie, to dopiero po jakimś czasie mogę coś zaproponować. Najpierw zbieram dane, weryfikuję je, robię research i myślę. Kiedy krystalizuje mi się wstępny kierunek projektu, siadam i przez tydzień pracuję nad nim non stop. Staram się wypracować więcej niż jedną jego wersję. Do agencji wysyłam, powiedzmy, dziesięć propozycji. Czasami odzywają się po tygodniu, czasami po trzech. W przerwie robię inne zlecenie. I tak to trwa, rok lub półtora. Albo udaje nam się osiągnąć porozumienie, albo nie. Równocześnie nad tym samym projektem mogą pracować inne firmy lub inni ludzie. Kto zaproponuje coś lepszego, ten wygrywa. Wolny rynek.
Nikt się nie obraża?
- Nie możesz się obrazić. Płacą ci za to, byś zrobił coś, co ich zadowoli. Sprostasz temu lub nie. Nie ma na co i kogo się obrażać, trzeba zakasać rękawy i robić swoje.
Szczerze przyznam, że wkładam serce we wszystko, czym się zajmuję, ale podzieliłem kiedyś swoje życie zawodowe na dwie części. Jedna z nich to ta, w której robię autorskie projekty i nikt mi się tu nie będzie wtrącać. Druga jest częścią komercyjną - i tu czekam na uwagi, wytyczne, analizy, krytykę. Klient rządzi. Chce zielone tło, ma najlepsze zielone tło, jakie mi się uda wykręcić. Mogę mu zasugerować żółte, ale nie będę ginął za żółte tło. Po 13 latach mam już trochę doświadczenia. I pokory.
Powiedziałeś, że czasami spotykasz się z reżyserami.
- Rzadko, bo jednak najwięcej ma do powiedzenia producent. Ale jeśli jesteś Spielbergiem, to masz do powiedzenia wiele na każdy temat.
Nie przepadam za tym, żeby spotykać się z reżyserami czy z autorami scenariuszy. Oni zwykle myślą, że wiedzą o projekcie wszystko. Żyją tylko swoim filmem, bohaterem, spektakularnym finałem. Przywiązują się do jakiejś idei, bo dla nich ona jest jasna, co nie znaczy, że dla innych też będzie.
Dla mnie nie jest ważna scena, do której ktoś zrobił piętnaście dubli. Wie o tym reżyser, operator i sterany aktor. Ja mam inne priorytety. Chcę za pomocą plakatu złapać widza za oko. By przystanął, spojrzał na plakat i zachwycił się jego ideą, zaintrygował czymś, co afisz sprzedaje, a co nie jest do końca jasne. Reżyser może nieświadomie zniekształcić przekaz filmu, choć zrobi to w jak najlepszej wierze. Taki jest chyba powód, dla którego reżyserowie są zwykle trochę odsunięci przez dział marketingu i promocji.
Dostajesz scenariusze do czytania?
Nie lubię czytać scenariuszy, bo nie chcę się sugerować czymś, co zmieni się jeszcze trzy lub cztery razy. Poza tym scenariusz zwykle napisany jest dość specyficznym językiem, więc ani nie przynosi mi to przyjemności, ani specjalnie nie pomaga. Przyznam szczerze, że sporo muszę się namęczyć, nim przebrnę przez te osiemdziesiąt stron. Dlatego zwykle wolę przeczytać streszczenie, które ma pięć stron i jest esencją całej historii.
A zdarza się, że aktorka nie podoba się sobie na plakacie?
- Niekiedy.
I co wtedy?
- Dużo zależy od kontraktu i pozycji aktora lub aktorki. Jeśli trzeba, wprowadzamy zmiany. Nikt nie dyskutuje. Ale zdarza się to rzadko, bo mamy do dyspozycji materiały, które zostały wcześniej zaakceptowane przez agentów gwiazd. W USA minuty przelicza się na dolary, nikt więc nie będzie marnował czasu.
W Polsce zdarza się, że plakaty filmów wprowadzanych do kin są kopiowane z zagranicznych wersji. Co ty na to?
- To nie jest wina autorów plakatów, tylko zleceniodawców. Wiem, że niektórzy dystrybutorzy zamawiają niemal identyczne wersje i myślą, że jak zmieni się tło na czerwone, to nikt się nie zorientuje. To jest błąd i niedocenianie polskiego widza. Ale - jak powiedziałem - winę i odpowiedzialność ponosi dystrybutor.
Ale po co zlecać komukolwiek zrobienie plagiatu?
- Dystrybutorzy w Polsce chcą, żeby na film przyszła zbliżona publiczność do tej, która odwiedziła kina za granicą. Tok myślenia jest taki, że jeśli plakat będzie podobny, tylko zrobiony na polski rynek, to ściągnie on mniej więcej taki sam typ widzów. I odpowiednio zbliżoną ich liczbę. Skoro sprawdził się "tam", to sprawdzi się i "tu".
Niezależnie od motywacji, plagiat pozostaje plagiatem. Już lepiej użyć oryginalnego plakatu na licencji i jedynie dorobić polskie napisy, niż kopiować. W Polsce niestety jeszcze nikt nie myśli kategoriami zróbmy nasz własny świetny plakat, miejmy z tego frajdę, dajmy ludziom coś wyjątkowego.
Jak w Stanach bronią się przed plagiatami?
- Założę się, że część prawników tylko z tego żyje. Sytuacja jest dość skomplikowana, bo czasem jeden pomysł pasuje do kilku filmów. W świecie komercyjnej rozrywki jest w miarę łatwo stworzyć coś, co już było użyte. Nie znam dobrze rynku belgijskiego czy niemieckiego - może mi się wydawać, że stworzyłem coś oryginalnego, ale... być może ktoś już zrobił coś podobnego? Nie znam wszystkich plakatów na świecie.
Na tym etapie życia i pracy w USA co jest dla ciebie ważniejsze: satysfakcja, frajda czy jednak pieniądze?
- Frajda chyba wysuwa się na prowadzenie. Pieniądze przyjdą same. W ślad za satysfakcją.
A jaką masz wadę wzroku?
- Mniej więcej plus pięć na każde oko. To nie jest mało. Może czas odłożyć monitor na bok... Może zacznę malować na płótnie?
Tomasz Opasiński. Urodził się w 1975 r. w Gdyni. Dyrektor kreatywny, autor i niezależny konsultant przy ponad 480 kampaniach dla hollywoodzkich agencji reklamowych i filmowych. Uczestnik, zwycięzca oraz juror wielu krajowych i międzynarodowych konkursów. Współpracował m.in. przy takich projektach, jak "King Kong", "Harry Potter", "Gra o tron", "Niepamięć", "Hellboy", "Incepcja" czy "Ultimatum Bourne'a".
Anna Serdiukow. Absolwentka Instytutu Dziennikarstwa i Laboratorium Reportażu na Uniwersytecie Warszawskim i Gender Studies na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracowała w Teatrze Narodowym jako asystent reżysera i inspicjent, współpracowała też jako reporter z Telewizją TV4 i Telewizją Kino Polska. Współtworzyła redakcję miesięcznika "Machina". Była redaktorem prowadzącym Dział Publicystyki Filmowej w miesięczniku "Film". Publikuje m.in. w: "Zwierciadle", "Dzienniku", "Kmagu", "FilmPro", "Twoim Stylu", "Elle" i portalach internetowych. Propaguje kino niszowe i artystyczne - w warszawskiej klubokawiarni Znajomi Znajomych prowadzi autorski cykl filmowy "Nie znajdziesz tego na torrentach".