artykuły

Zaczynasz intrygująco. Piszesz we wstępie: "Polska moda jest jak pan Włodzimierz". O co chodzi?

- Pan Włodzimierz to wymyślony na potrzeby tej książki pseudonim człowieka, który zajmował się - nazwijmy to - modą na przełomie lat 80. i 90. Handlował ubraniami na "ręczniaku" w Rembertowie - to był podwarszawski bazar, gdzie w PRL-u kupowano dżinsy i różne rarytasy, ale pod koniec lat 80. już jednak głównie tureckie swetry we wzory i mnóstwo podobnej tandety. Potem otworzył pawilon w najważniejszym przejściu podziemnym w Warszawie, pod hotelem Forum. Miał cztery stoiska na Stadionie, aż wreszcie butik przy jednej z głównych ulic stolicy. Zaczynał od bluz z napisami przypominającymi markowe, dorobił się szwalni i szył garsonki, płaszcze, sukienki. Fasony kopiował - nawet nie z zagranicy, a z istniejących jeszcze polskich fabryk, jak Telimena czy Cora. Wiodło mu się znakomicie aż do momentu powstania galerii handlowych. Dziś nie chce podać swojego nazwiska, co sugeruje, że być może wstydzi się tego, czym się zajmował. Jednak tę jego opowieść uznałam za ważne wprowadzenie. Musiałam pokazać, od czego współczesna polska moda startowała. A zaczynała od zera.

Wszystko, co było dobrego w PRL-u, przełom zmiótł z rynku. Polacy, głodni ciuchów, chcieli mieć ich przede wszystkim dużo i choć trochę z zagranicy. Kupowali mnóstwo - rzeczy tandetnych, skopiowanych. Z łóżek i ręczniaków, na bazarach i w butikach nazywanych imionami właścicielek albo jakoś po francusku, co znamionowało elegancję. Początek lat 90. to wyrwa w modzie. Zapaść, która sprawiła, że potem od nowa uczyliśmy się alfabetu.

Bazar na Ursynowie, Warszawa 1990 rok (fot. Piotr Wojcik / Agencja Gazeta)

Ale dlaczego polska moda jest jak pan Włodzimierz?

- Bo ciągle jest w szwungu. Ciągle szalenie dużo się dzieje. W książce opisuję biografie projektantów - prekursorów, gwiazd offowych i popularnych. Sądziłam, że im bardziej będę zbliżać się do współczesności, tym bardziej obraz będzie się rozjaśniał. Że uda mi się znaleźć jakąś definicję polskiej mody. A jednak nie. Jedna z moich bohaterek mówi, że nie powinnam się dziwić, bo to jest tylko 25 lat, w tym kilka pierwszych było straconych. Budowanie rynku trwa o wiele dłużej.

Na rynek zagospodarowany szczelnie przez producentów w rodzaju pana Włodzimierza wkraczają w połowie lat 90. trzy projektantki. Joanna Klimas, Viola Śpiechowicz i Lidia Kalita. Każda z innym pomysłem na markę. Jak sobie radzą?

- Dla Joanny Klimas moda stała się szansą na przedefiniowanie życia. Wcześniej miała już siebie wymyśloną: chciała być panią psycholog, urządzać dom, gotować obiady, być stylową osobą. Tymczasem mąż zrobił karierę w biznesie. I ona zechciała nagle uczestniczyć w tej transformacji, to wydawało się wówczas szalenie ekscytujące. Kiedy okazało się, że może zająć się rodzinną szwalnią, wymyśliła całą resztę. Zobaczyła w tej szwalni archaiczne kroje i dodatki bez gustu. Postanowiła eksperymentować. Szwaczki śmiały się z niej, że wymyśla sukienki bez złotych ozdób, ale ona była konsekwentna. Mogła taka być, bo dostała tę szwalnię w prezencie. W tym czasie powstawały pierwsze magazyny o modzie. Stylistki szukały osób, które nadawałyby się na polskie projektantki. Znalazły Klimas i zaczęło się. Wielki sukces medialny i porażka finansowa. Jej ubrania kosztowały 700 zł, tyle ile wynosiła wtedy przeciętna pensja. Nie miała szans na powodzenie rynkowe, zamknęła markę.

Viola Śpiechowicz to inna historia. Ona miała być malarką, potem rzeźbiarką, aż zaciekawiły ją ciuchy. Najpierw była plastyczką w firmie produkującej koszule, aż poznała partnerkę biznesową, z którą założyła Odzieżowe Pole. Wbrew ówczesnym trendom. Polska nazwa, polskie materiały, w dodatku sięgające do wiejskich tradycji - len, bawełna. Wtedy to oznaczało biznesowe samobójstwo. Znalazły powodzenie w grupie ludzi z zawodów kreatywnych, ale wówczas nie było ich wielu. Wówczas w dobrym tonie było pracować w korporacji i nosić garsonki. Znakomicie wyczuła to Lidia Kalita. Absolwentka łódzkiej ASP, założyła z siostrą markę Simple. Wymyśliły, że będą robić uniformy do pracy.

Zaproponowały elegancję dla kobiet pracujących i wygrały. Z tych trzech historii tylko historia Simple jest sukcesem finansowym, choć trudno powiedzieć, że to marka mody. Raczej  odzieżowa. Kilka lat temu siostry sprzedały Simple potentatowi, teraz działają na własną rękę, mają autorskie marki. Viola Śpiechowicz nie ma już Pola, ale radzi sobie na rynku. Joanna Klimas wróciła i próbuje znaleźć kompromis między osobistym zamiłowaniem do minimalizmu a celebryctwem, które dziś definiuje modę.

Celebryctwo to następny etap mody. Po plastyczkach przyszła fala projektantów, którzy szyli dla gwiazd. Nie ubierali ulicy, ale sprawili, że polska moda przedostała się do mediów.

- Tak, choć bardziej łączy ich czas niż miejsce. Najlepiej media wyczuł Maciej Zień. Nie wiem, czy intuicyjnie, czy dzięki naiwności dziecięcego marzenia - zobaczył, że w Polsce są księżniczki, które potrzebują sukien na bal. Żony biznesmenów, bywalczynie bankietów - potrafił się nimi zaopiekować, nie tylko je ubrać. One były onieśmielone, nie chciały kupować na Zachodzie, nie znały angielskiego, a on im tutaj opowiedział bajkę. Szył im suknie i rozmawiał z nimi o życiu.

Gosia Baczyńska, która też ubierała gwiazdy, miała pomysł na modę. Myślała i wciąż myśli o sukniach jako o zbiorze cytatów historycznych, literackich, jakiejś opowieści.

Pokaz Arkadiusa. Małgosia Bela w kolekcji Paulina, London Fashion Week, wiosna-lato 2001 (fot. Suresh Karadia)

Obserwowałaś projektantów przy pracy. Opowiedz o tym.

- Niektórzy, jak Lidia Kalita, woleli więcej opowiadać niż pokazywać. Inni, jak Maldoror, zabrali mnie do miejsc, skąd pochodzą. Ale niektórych po prostu podglądałam i okazało się, że ich sposób pracy przekłada się na efekty. Gosia Baczyńska jest totalnie skoncentrowana. Chodzi wokół modelki, wzdycha, sączy monosylaby, coś przypina, siada, patrzy, odchodzi, narzeka. Krąży po pracowni w swoim rytmie, w pół zdania przerywa, bo wpadła na jakiś pomysł. Rozmowa jest wtedy niemożliwa, Gosia jest pogrążona w myślach. I potem robi dograny do każdego szczegółu pokaz, gdzie każde przeszycie ma znaczenie.

Ania Kuczyńska pracuje straszliwie spokojnie. Kolekcję planuje i wykonuje w swoim domu na Mokotowie, bardzo precyzyjnie, w ciepłej atmosferze. Na nikogo nie krzyczy, nerwy jej nie puszczają, tylko odgarnia opadające na twarz włosy. I robi kameralny pokaz, w ciągu dnia, w familiarnej aurze.

Z kolei Paprocki i Brzozowski to fabryka. Obserwowałam przygotowania do ich pokazu - hala na 1500 osób sprawia wrażenie parku rozrywki dla sponsorów. Garderobiane, asystentki, stanowiska do malowania paznokci - backstage jest jak silnik statku kosmicznego. Nie czujesz magii, tylko wagę przedsięwzięcia.

Areta Szpura i Karolina Słota z Local Heroes (fot. Łukasz Ziętek)

W biurze dziewczyn z Local Heroes czułam się natomiast jak w pokoju nastolatki. Wszystko w nieładzie, coś wisi na wieszaku, coś spadło, pamiątki z wakacji, zdjęcia, hasła na ścianie przypięte plastrem. Areta Szpura przegląda Tumblra, coś wrzuca na media społecznościowe, których na pewno nie znam, ma otwarte 10 tysięcy okienek, patrzy na telefon, coś sobie zapisuje, pokazuje mi kartkę z zeszytu - hasła zapisane, kolekcja gotowa. Ona myśli hasztagami. A Karolina Słota siedzi nad Excelem i ciężko wzdycha.

Właśnie, Excel. To chyba zmora polskich projektantów. Z ostatnich miesięcy: Gosia Baczyńska - pierwsza polska projektantka, która znalazła się w kalendarzu paryskiego tygodnia mody - robi tanią linię dla Rossmanna, a Maciej Zień popadł w tarapaty.

- To są dwie różne historie, ale - owszem - ilustrują tezę, że w polskiej modzie wciąż nie zgadzają się rachunki. Charakterystyczne jest to, że kiedy parę lat temu okazało się, że Local Heroes czy Risk mają duży sukces, uznani projektanci wpadli w histerię, żeby szybko tworzyć tańsze linie, gadżety, demokratyzować się, nawet wbrew DNA marki. U Zienia od tego zaczęły się kłopoty. Na początku wieku nie złapał momentu, kiedy księżniczki się zmieniły i pokochały H&M. A kiedy to wreszcie spostrzegł i wypuścił miejską kolekcję, zrobił to trochę po omacku.

Baczyńska to inna historia, która wpisuje się w tradycję -  w Polsce projektant nie może wybrzydzać na źródło finansowania, nie może się też nadmiernie snobować, bo nie będzie miał klientów. Nie ma ludzi, na których projektanci mogliby oprzeć się finansowo i administracyjnie. Muszą posilać się "strzałami" pieniędzy, czasami od czapy. Nie ma systemu mody, porządnego marketingu, kanału komunikacji. Inwestorzy nie rozumieją mody, projektanci nie rozumieją inwestorów, a to wszystko dzieje się też dlatego, że państwo nie zajęło się modą jako dziedziną gospodarki. To jest dzikie pole. W dodatku edukacja skupiona jest na praktycznej stronie projektowania, a nie na zarządzaniu modą. Ciągle brakuje wielu odcinków na mapie mody. Trudno stwierdzić - to moda w budowie czy moda w ruinie.

Lidia Kalita (fot. Szymon/Funpix)

Ale dlaczego właściwie projektant ma mieć sponsorów? Jeśli traktujemy modę jako biznes - producenci zasłon nie mają. Jeśli jako sztukę - poeci też nie mają.

- Ale filmowcy już mają. Stworzenie kolekcji zaś nie jest dziełem jednej osoby, która siedzi przy biurku i skrobie. To są duże zespołowe przedsięwzięcia.

Filmowcy muszą się rozliczać. Zresztą mam wątpliwości, czy to dobre porównanie. Film to dzieło kultury. Nie wiem, czy twórczość modowa jest dobrem kultury, które warto dotować.

- Ja uważam, że jest. To taka sama dziedzina ekspresji artystycznej i jednocześnie rynek, jak sztuka, film czy literatura. Im dłużej będziemy zwlekać z uznaniem ubrań za dobro kultury, tym trudniej nam będzie dojść do ładu z tym, jak o nich pisać, jak je robić, jak sobie radzić z umiejscowieniem mody na mapie tego, czym jest polska tożsamość.

Ale czy polska moda opowiada coś o polskiej tożsamości? Moim zdaniem historie, które opisałaś w książce, są świetną ilustracją polskiej transformacji. Pokazujesz drogę od aspiracji do pogodzenia się z tym, że jesteśmy stąd i na tym budujemy markę. Ale czy to, co projektanci robią, mówi coś o nas? Wątpię.

- Mówi. Polska moda jest szczególna i moim zdaniem, używając jej jako narzędzie opowiadania o kulturze, o relacjach międzyludzkich, o ekonomii - możemy zadać sobie nowe pytania. Takie, których nie zadalibyśmy inaczej niż dzięki modzie. Głupotą byłoby odbieranie sobie takiego obszaru refleksji tylko dlatego, że całe lata pisało się o modzie językiem dziecinnym, językiem rubryki towarzyskiej. Pora to zmienić i wpuścić w modę reportażystów, akademików, krytyków, fascynatów, żeby zadawali te pytania.

Pokaz Ani Kuczyńskiej, kolekcja LAVA, jesień 2014/2015, hotel Bristol (fot. Mateusz Tyszkiewicz)

Najprościej jest wątpić i uznać modę za rozrywkę elit. A przecież ubranie to najbliższa ciału kultura, jeszcze na dodatek na tylu płaszczyznach - jest materialna, jest obrazem, jest działaniem. Najwyższa pora, żebyśmy w Polsce zaczęli zastanawiać się, co oznacza bycie człowiekiem poprzez modę. Uściślę tylko może - ja modę definiuję jako to, "jak", "w jaki sposób" posługujemy się ubraniem i w jakich celach.

Kiedy zaczynałam pracę nad książką, sądziłam, że znajdę odpowiedź na pytanie o tożsamość: czy jesteśmy krajem modowego ziemniaka, czy wystrzelimy w kosmos z jakimś nowatorskim, awangardowym pomysłem. To jest ciągle otwarte pytanie. Wydaje mi się, że dużo możemy czerpać z wyjątkowości. Polska szwaczka, polski krawiec - to ciągle brzmi dumnie. Możemy być dobrym produkcyjnym krajem, możemy mieć jakość, którą doceni świat. Ale możemy mieć też wyrazistą projektancką modę. Risk, Local Heroes czy najmłodsza marka z mojej książki - Kaaskas sprzedają się równie dobrze w Polsce, jak i za granicą. To mnie cieszy, zwłaszcza że przynajmniej Risk obficie czerpie ze specyficznie polskich korzeni. Na pewno te młode marki mówią, że tak - nie marzymy już o tym, żeby wreszcie było "normalnie", bo wiemy, że to iluzja. Niech więc będzie tak, jak my chcemy. A my jesteśmy stąd. Cokolwiek to znaczy.

Książka Karoliny Sulej "Modni. Od Arkadiusa do Zienia" (wyd. Świat Książki) będzie miała premierę 4 listopada

"Modni. Od Arkadiusa do Zienia" (fot. materiały promocyjne), Karolina Sulej (fot. Mateusz Kubik)

Karolina Sulej. Dziennikarka i reporterka freelancerka, związana z "Gazetą Wyborczą" i "Wysokimi Obcasami". Doktorantka w Zakładzie Filmu i Audiowizualności w Instytucie Kultury Polskiej, absolwentka Instytutu Reportażu. Autorka książki "Modni. Od Arkadiusa do Zienia" (wyd. Świat Książki).

Aleksandra Boćkowska . Dziennikarka, redaktorka. Sekretarz redakcji w magazynie "Viva! Moda". Autorka książki "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL" (wyd. Czarne).