artykuły
Wojciech Pokora, po prawej jako "Marysia" w filmie "Poszukiwany, poszukiwana" (fot. Rafał Mielnik / Agencja Wyborcza.pl / kadr z filmu )
Wojciech Pokora, po prawej jako

Żarty z nazwisk to dowcipy w najpodlejszym stylu, ale panie Wojciechu, sam pan zaczął "grać" nazwiskiem, tytułując, albo przynajmniej zgadzając się na to, żeby książkowy wywiad rzeka z panem nosił tytuł "Z Pokorą przez życie". Nie sposób więc nie zapytać: czy rzeczywiście szedł pan przez życie z pokorą? Czy to w czymś pomagało, czy wręcz przeciwnie?

- Żarty z nazwisk nie są serwowane w najpodlejszym stylu w sytuacji, kiedy autor dowcipu nabija się z własnego nazwiska. Tak skromnie uważam... Co do samej pokory, to w życiu wielokrotnie znajdowałem się w takich momentach, w których owa pokora była niemalże niezbędna. Bez większych oporów wówczas kierowałem się słowami "pokorne ciele dwie matki ssie". Z perspektywy osiemdziesięciu lat życia mogę przyznać, że na pewno to często pomagało, a już na pewno nie przeszkadzało.

Przykładów mogę podać wiele. Często, zamiast dyskutować z matką Janiną o tym, czy warto się uczyć, czy nie, grzecznie jej wysłuchiwałem i robiłem to, co mi kazała. Wiedziałem, że mnie kocha i chce dla mnie jak najlepiej. Inny przykład - teatr. Zamiast uważać się za wybitnego aktora, wolałem myśleć, że jeszcze wiele nauki przede mną. Jeśli chodziłem do teatru w roli widza, to przede wszystkim po to, by zobaczyć, jak wypadają moi koledzy. Zresztą często tego nie robiłem - bałem się, że zobaczę, jak dobrze grają inni i nie będę chciał dalej wychodzić na scenę, myśląc, że są lepsi ode mnie.

Wojciech Pokora w Paryżu (fot. archiwum rodzinne)

Widzowie, co zrozumiałe, choćby za sprawą licznych powtórek telewizyjnych, pamiętają przede wszystkim pana role filmowe. Inaczej jest z teatrem. W przypadku których ról teatralnych szczególnie pan żałuje tego, że rozpłynęły się w przeszłości?

- Z każdą rolą wiążą się jakieś historie, ba, nawet z każdym występem! Właśnie to w teatrze jest piękne. Każdy występ różni się od poprzedniego, dlatego też, kiedy w trakcie rozmów do książki zostałem zapytany o rutynę w spektaklu "Czarna komedia", w którym zagrałem ponad siedemset razy, odpowiedziałem, że dla mnie każdy występ jest kolejną premierą. Tym bardziej jeżeli gra się z takimi aktorami jak Danuta Szaflarska czy Wiesław Gołas. Zresztą te siedemset razy to jest nic w porównaniu ze sztuką "Mayday", którą miałem przyjemność wyreżyserować we Wrocławiu. Ją wystawiono ponad tysiąc pięćset razy! To chyba swoisty rekord na mapie teatralnej Polski.

Czy to komedia filmowa pokochała pana, czy to pan świadomie i konsekwentnie wybierał przede wszystkim komediowe role?

- Mało kto pamięta, że na początku kariery w warszawskim Teatrze Dramatycznym grałem role właśnie dramatyczne. Jedną z nich grałem na zmianę z Gustawem Holoubkiem. Później to wszystko potoczyło się samo. Nie należy się w tym doszukiwać żadnej mojej konsekwencji. Żona zresztą do dzisiaj nad tym ubolewa. Jej zdaniem byłem źle wykorzystywany - miałem potencjał również do ról niekomediowych, niestety, nie potrafiono tego odpowiednio wychwycić.

Wojciech Pokora z żoną Hanią. Po lewej zdjęcie ze ślubu kościelnego, 1957 rok (fot. archiwum rodzinne)

Czy przed podjęciem którejś z licznych komediowych ról filmowych nie bał się pan, że przylgnie do pana na dłużej, że publiczność będzie pana z nią kojarzyć i trudno będzie panu pojawić się na ekranie, czy - tym bardziej - na teatralnej scenie w roli o zupełnie innym charakterze?

- Uprzedzę kolejne pytanie - posiadając obecną wiedzę, na pewno nie przyjąłbym roli Stanisława Marii Rechowicz w filmie "Poszukiwany, poszukiwana". Ta rola na długo zapisała się w pamięci Polaków, ale i sprawiła, że nie mogłem się uwolnić od łatki "Marysi". Wielokrotnie ludzie krzyczeli za mną na ulicy: - Te, Maryśka! Albo wołali na plaży: - Marysiu, zupa ci kipi! To była etykietka, której nie mogłem się pozbyć. I zresztą nigdy na dobre jej się nie pozbędę. Niechaj będzie i tak.

Jakie to uczucie być mężczyzną w kobiecej skórze?
- Tragiczne. Prawdę powiedziawszy, okropnie jest być kobietą. Na domiar złego trzeba się pozbawić przyjemności obcowania z kobietami. Za żadne skarby. Nigdy!
Rozumiem, że ostatecznie wybór padł na ubrania żony.
- Grałem w Hani sukienkach, swetrach, a nawet pończochach. Jedynie buty mi dokupiono, ponieważ mam większe stopy.
Hanna Pokora: Pamiętasz moją perukę? Przywiozłeś mi ją z Ameryki! Szkoda, że później gdzieś przepadła.
- W tamtych czasach panowała moda na noszenie peruk. W związku z tym, będąc w Ameryce, kupiłem Hani perukę. Niestety nie przypominam sobie, by ją nosiła.
Hanna Pokora: Nie nosiłam, bo miałam inną ulubioną! A do tego lepszą, czułam się w niej bardziej komfortowo.
To nawet dobrze, że mieli Państwo dwie peruki. Można było razem chodzić w nich po domu.
- W żadnym wypadku! Przygotowując się do roli, nie chodziłem po domu w jej ubraniach. Uważałem zresztą, że i tak nie zagram lepiej niż aktorzy z filmu Pół żartem, pół serio , więc nic nie robiłem. Ostatecznie i tak wszystko było robione na kolanie, w pośpiechu.*
Zobacz wideo Najwięksi aktorzy Złotej Ery Hollywood

Która z pana ról filmowych wymagała od pana najwięcej przygotowań?

- Mogę z ręką na sercu przyznać, że do każdej starałem się przygotowywać sumiennie. Jednak nie zawsze miałem tyle czasu, by móc rolę dopieścić do końca. Właściwie to bardzo rzadko byłem zadowolony ze stworzonych przez siebie kreacji. Jeżeli musiałbym podać konkretny tytuł, to myślę, że dobrze wyszła mi rola hrabiego Żorża Ponimirskiego w serialu "Kariera Nikodema Dyzmy". Jest to o tyle paradoks, że z braku czasu tekstu uczyłem się w samochodzie w drodze na plan filmowy. Do teraz zdarza się, że ludzie mnie zaczepiają słowami: - Panie Wojciechu, wspaniała rola, świetny ten hrabia!

Co najmniej kilka z pana komediowych kreacji doczekało się statusu kultowych. Czy to cokolwiek zmieniło w pana życiu zawodowym czy osobistym?

- Każda rola filmowa niosła ze sobą dodatkową porcję popularności. A z nią wiązało się malejące poczucie anonimowości. Tak się złożyło, że szczyt mojej popularności przypadł m.in. na czas stanu wojennego. Młodszym czytelnikom przypomnę, że wtedy trzeba było stać w ogromnych kolejkach w sklepach, żeby cokolwiek kupić. Często dochodziło do takich sytuacji, że ustawiałem się grzecznie w takiej kolejce, by swoje odstać. W tym momencie ludzie mnie rozpoznawali i wypychali na początek. To było dla mnie miłe, ale zarazem krępujące.

Wojciech Pokora z wnuczkami Amelką i Agatą (fot. archiwum rodzinne)

Jaka była pana pierwsza reakcja, kiedy zaproponowano panu opublikowanie wywiadu rzeki? Satysfakcja, poczucie spełnienia czy raczej przerażenie?

- Już wcześniej pojawiały się tego typu propozycje, jednak konsekwentnie i uprzejmie odmawiałem. Dopiero Krzysztof Pyzia okazał się na tyle skuteczny, a przy tym przekonujący, że przystałem na jego pomysł. W wydawnictwie Prószyński i S-ka żartują nawet, że podszedł mnie metodą na wnuczka!

Zacznijmy nasze dzisiejsze spotkanie sensacyjnie. Wojciech Pokora - alkoholik, który uwielbia narkotyki, dziesięciokrotny rozwodnik. Wszystko się zgadza, prawda?
- Tak sobie myślę, czy pan o czymś nie zapomniał. Chyba nie... Czyli tak, wszystko się zgadza!
Cieszę się, że nadal dopisuje Panu humor. A teraz coś na poważnie. Przepraszam za brak dyskrecji, ale czy przed Panią Hanną były inne kobiety?
- Hania była pierwszą kobietą w moim życiu na poważnie. Przed poznaniem żony było ich w moim życiu kilka, może kilkanaście, ale zdecydowanie tylko na niwie towarzyskiej.
Jak się Państwo poznali?
- Nasza znajomość zaczęła się w liceum. Mieliśmy wtedy około siedemnastu lat. Ja byłem chyba w trzeciej klasie, a żona w drugiej. Ile nas dzieliło, kochanie?
Hanna Pokora: Rok.
- No właśnie. Chyba rok.
Hanna Pokora: Z tym że ja go okropnie nie lubiłam.
Słucham?!
Hanna Pokora: Tak, dobrze pan usłyszał. Na początku nie lubiłam Wojciecha.
- Nie lubiłam? - to mało powiedziane!
Dlaczego?
Hanna Pokora: Gdyby ktoś wtedy mi powiedział, że za niego wyjdę, to bym skreśliła tę osobę najgrubszym flamastrem! On wydawał się taki zarozumiały, że nie mogłam po prostu na niego patrzeć.
- Ale spokojnie, w końcu przyszła koza do woza, jak byłem już aktorem

Na ile ta podróż przez całe pańskie życie, niezbędna do stworzenia książki, okazała się zaskakująca dla pana? Czego się pan o sobie dowiedział?

Bez wątpienia była to zaskakująca podróż. Okazało się, że w wielu przypadkach bardzo przydatna stawała się pamięć mojej żony Hani, która skutecznie pomagała mi odtwarzać różne historie. Do tego Krzysztof często przytaczał opowieści, o których nie miałem pojęcia. Na przykład dopiero od niego dowiedziałem się, że do głównej roli w "Poszukiwany, poszukiwana" poza mną byli przymierzani Janusz Gajos i Jacek Fedorowicz.

Zespół pracowników z Żerania w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Wojciech Pokora drugi od lewej (fot. archiwum prywatne)

Jak z pańskiej perspektywy wyglądała praca nad książką? Przeglądał pan pamiątki, dokumenty, filmy czy raczej opierał się pan tylko na wspomnieniach i pamięci?

Razem z żoną odnaleźliśmy archiwalne zdjęcia, które później ukazały się w książce. Właściwie to dostałem je od siostry Marii, mieszkającej kilka kilometrów ode mnie. Poza tym szlak rozmowy wyznaczał autor tego wywiadu - przychodził do naszego domu z tematyką i gotowym zestawem pytań. Często nas zaskakiwał. Do końca nie wiedzieliśmy, co wyjdzie z tych rozmów. Na szczęście okazało się, że - taką mam nadzieję - stworzyliśmy ciekawą książkę.

Jak wyglądały oświadczyny w wykonaniu Wojciecha Pokory?
- Chyba zebrałem bukiet polnych kwiatów i poszedłem z nimi do domu przyszłej żony. Haniu, najdroższa, jesteś i będziesz moja do końca życia! Czy zostaniesz moją żoną? Jej rodzice nawet tego nie słyszeli. Zresztą traktowali mnie jak każdego innego kolegę. Pamiętam, że Hanię podrywał przystojniak Zygmuś, który był pilotem, ale to ja stanąłem z nią na ślubnym kobiercu.
Kiedy?
- Oświadczyłem się w 1955 roku. Rok później postanowiliśmy wziąć ślub. Okazało się, że mama przyszłej żony kategorycznie nie zgadza się na to, by Hania wyszła za mnie, a moja mama wypatrzyła mi jakąś kandydatkę na żonę. Hania zupełnie jej nie pasowała do układanki rodzinnej. Zdaniem mojej matki nieproszona wmiksowała się w stosunki ze mną i wzięła mnie jak swojego.
Zaczyna się ciekawie...
- Ciekawie to było dopiero później! Moja przyszła teściowa zakazała Hani pytać więcej o pozwolenie na ślub ze mną. Starała się jej przetłumaczyć, że nie będzie miała żadnej przyszłości z mężczyzną parającym się aktorstwem. Ta profesja była wtedy traktowana gorzej niż rzemiosło cyrkowca. Według powszechnie panującej opinii aktor był osobą skrajnie nieodpowiedzialną.
Walnął Pan wtedy w stół?
- Ja nie, za to żona tak: Mamo, czy się zgadzasz, czy nie, to ja i tak za niego wyjdę . Kilka dni później, w 1956 roku, po kryjomu wzięliśmy ślub cywilny. Nie mamy z tego wydarzenia ani jednego zdjęcia. Ślub był tak tajny, że baliśmy się nawet poprosić o obecność jakiegokolwiek fotografa. Poza nami byli tylko świadkowie. Mój bliski przyjaciel Jerzy Turek i koleżanka Hani. Wiesz, Haniu, że ja nie pamiętam świadkowej na naszym cywilnym ślubie? Kto to był?
Hanna Pokora: Dziewczyna z mojej klasy. Mamy ją nawet na którymś ze zdjęć, tych ze szkolnego przedstawienia.

Czego nie powiedział pan o sobie w książce, a co zdecydowanie warto byłoby do niej dodać?

Nie miałem pojęcia, że w moim życiu nazbierało się tyle historii mogących kogokolwiek zainteresować: praca ze Stanisławem Bareją, znane - i podobno kultowe - filmy PRL-u, związek z Hanią trwający sześćdziesiąt lat, rejs statkiem "Batory" do USA itp.

Jak wyglądała nieznana twarz Stanisława Barei?

- Stasiu robił własny bimber, którym częstował całą ekipę filmową. Jak na tamte czasy, był to bardzo smaczny trunek.

Pan też robił własny alkohol?

- Nigdy się nie imałem tego zajęcia. Zawsze kupowałem dobrą wódeczkę, a do tego żona robiła świetną nalewkę. Oczywiście był jeden wyjątek, mam tutaj na myśli rolę w Poszukiwany, poszukiwana , gdzie Marysia była dostawcą cukru, który, jak się później okazało, był potrzebny właśnie do produkcji bimbru.

Skoro jesteśmy przy alkoholu, to muszę o coś zapytać. W Alternatywy 4 i w C.K. Dezerterzy grał Pan bohatera będącego pod wpływem. Można to robić na trzeźwo?

- Nie można, a trzeba! Koniecznie. Nie da się grać pijanego, będąc pijanym. To wykluczone. Zresztą, po co wtedy grać? Jeśli już ktoś się napił, to lepiej będzie dla niego, jak się prześpi.

Wszystkie anegdoty na ten temat zostały szczegółowo opisane w książce. Wśród nich znalazła się historia o góralach płynących do Ameryki za chlebem i o problemach, które starałem się im pomóc rozwiązać. Dałem się też namówić na rozmowę o alkoholu przygotowywanym przez przyjaciela, opowiedziałem o samochodzie, który mi ukradziono, a później za jego pomocą zorganizowano napad na sklep jubilerski. Zdradziłem nawet przepis na małżeński sukces.

Co więcej, osoby, które przeczytały "Z Pokorą przez życie", mówiły mi, że ta książka jest świetnym zapisem historii kina, PRL-u, ale i - a może przede wszystkim - życia Polaków. Lepszego scenariusza wymarzyć sobie nie mogłem.

*Cytowane fragmenty pochodzą z książki "Z Pokorą przez życie"

Wojciech Pokora (1934). Jeden z najpopularniejszych i najwybitniejszych polskich aktorów komediowych. Każda jego rola to doskonała kreacja filmowa, którą zaskarbiał sobie sympatię widzów: "Poszukiwany, poszukiwana", "Brunet wieczorową porą", "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" czy "Alternatywy 4". Wreszcie kabaret Olgi Lipińskiej, którego bez niego zapewne by nie było. Nadal występuję na deskach warszawskich teatrów.

Przemysław Gulda . Dziennikarz "Gazety Wyborczej" od 2000 roku. Pisze o kulturze. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść "Siedemnaście sekund" i zbiór opowiadań "Chłopcy i dziewczęta w Polsce", jest współautorem alternatywnego przewodnika "Zrób to w Trójmieście" (wyd. Agora). We wrześniu ukazała się jego książka "Moi sąsiedzi nie żyją" - reportaż o gdańskich Żydach.