Pięknie jest. Tak pięknie, że na początku nie mogłem w to uwierzyć. Przyjechałem, bo miałem kilka wolnych godzin, wszyscy mi to miejsce polecali, to pomyślałem, że w końcu zobaczę. No to jestem. Patrzę. Nie mogę w to uwierzyć. - Może kawy? - pyta mnie uprzejmy, starszy facet w biurze informacji turystycznej połączonej z małą kawiarnią. - Na zapleczu może pan też obejrzeć niewielką wystawę o architektach i najbardziej znanych mieszkańcach naszego osiedla.
Oglądam, potem idę na spacer. Blok ma kształt podkowy, której końce otwierają się na niewielki, dziś zastawiony stolikami placyk. Jest schludnie i oszczędnie, jasny tynk elewacji ładnie kontrastuje z odkrytą tu i tam cegłą. Cały zespół jest zanurzony w zieleni. Nic spektakularnego, raczej racjonalna skromność, ale jednak przy zachowaniu pewnego niedoścignionego dziś minimum. Dziś się tak buduje drogie apartamentowce, wtedy mieszkania dla robotników. Na trawnikach dokazuje dzieciarnia, starsi siedzą na ławkach, czytają albo po prostu cieszą się słońcem. Tak, pięknie jest.
To Britz, malowniczy zakątek w południowym Berlinie, duże mieszkaniowe osiedle, w zasadzie nic nadzwyczajnego. A mimo to wycieczki turystów nie są tu widokiem rzadkim. Całe założenie zostało bowiem zaprojektowane przez Bruno Tauta, jednego z najważniejszych modernistycznych architektów niemieckich.
Były lata 20., dla Republiki Weimarskiej szczególnie ciężkie. Berlin borykał się z problemami mieszkaniowymi. Nowa polityka budowlana władz miała na celu szybkie i w miarę możliwości tanie zaradzenie klęsce mieszkaniowego głodu. Do tego wynajęto właśnie między innymi Bruno Tauta, ale też innych architektów - jak choćby znanego również z wrocławskich realizacji Hansa Scharouna czy jednego z ojców modernizmu Waltera Gropiusa. Osiedle w kształcie podkowy jest jedną z ich realizacji. Dziś sześć takich osiedli rozrzuconych po całym Berlinie to turystyczne atrakcje tego miasta, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W niemal każdej większej księgarni można tu kupić broszury i opracowania tych zespołów oraz małe przewodniki ułatwiające ich zwiedzanie. A potem można pojechać i się zachwycić.
Przenieśmy się jednak do Legnicy.
Osiedle "Neuland" spełniało wszystkie wymagania stawiane nowoczesnemu budownictwu osiedlowemu, pod względem jakości jest równe berlińskim osiedlom z lat 20. XX wieku. Jego architekt Hugo Leipziger adoptował koncepcje "kolorowego budowania" Bruno Tauta, aby właśnie w socjalnym budownictwie mieszkaniowym stworzyć przyjazną atmosferę i wzmocnić poczucie identyfikacji mieszkańców - pisze Beate Störtkuhl w wydanej przez Muzeum Architektury książce "Modernizm w Legnicy".
Leipziger, uczeń Scharouna, był jednym z najbardziej wziętych architektów na Śląsku. Projektował osiedla dla Breslau, Beuthen, Hindenburgu, a także dla Liegnitz. Pod koniec lat 20. otrzymał bowiem zlecenie na liczące sobie 260 mieszkań osiedle położone na obrzeżach ówczesnego miasta, między ulicami Weissenburger, Immelmannstrasse i Neulandweg. Nazwa tej ostatniej dosyć dobrze oddaje charakter całego założenia. Neu land - nowa ziemia - to miało być pierwsze w Liegnitz osiedle z płaskimi dachami, inspirowane najnowszymi realizacjami Tauta, Scharouna i Gropiusa.
Ze swego zadania Leipziger wywiązał się z nawiązką. Zaprojektował ciąg dwupiętrowych domów, które delikatnym łukiem flankują dzisiejszą aleję Rzeczpospolitej. Na jednym ze skrzyżowań umieścił cztery niewysokie kioski z obłymi fasadami zaopatrzonymi w efektowne luksfery.
Nieco dalej na południe znalazł się centralny plac całego założenia. Jeden z bloków został cofnięty względem lica elewacji pozostałych, a przestrzeń powstałą w ten sposób zaplanowano jako najważniejsze miejsce spotkań mieszkańców osiedla. Dwa stojące po bokach, ale w głębi placu bloki Leipziger podniósł o jedną kondygnację, przez co tworzą one efektowną oprawę całości. Podobnie jak półkoliste balkony bloków narożnych.
Osiedle, oprócz mieszkań, było rzecz jasna wyposażone we wszystkie niezbędne punkty handlowe i usługowe. Jego znakiem rozpoznawczym były nie tylko płaskie dachy, ale także pionowe ciągi wspomnianych już luksferów, które doświetlały klatki schodowe. Białe tynki efektownie kontrastowały z czerwienią cegieł dwóch najwyższych budynków przy centralnym placu.
Na zapleczu domów znalazło się miejsce na ogrody oraz niewielkie, nieco zagłębione w ziemię obiekty gospodarcze. Cała budowa trwała dwa lata i została umiejętnie dowiązana do innych, nieco starszych osiedli mieszkaniowych, jakie powstały już na zachód stąd. Na zdjęciach lotniczych z początku lat trzydziestych widać, jak osiedle Leipzigera nawet z wysoka zaznacza się w przestrzeni nieskazitelną bielą budynków i żelazną logiką w ich ustawieniu.
Tyle historii, dziś wizyta w tym miejscu co wrażliwszych może przyprawić o płacz. Próżno tu szukać dwóch budynków o elewacjach w kolorach zbliżonych choćby do siebie. Chyba że wziąć pod uwagę te, które na remont dopiero czekają. W niektórych domach luksfery już dawno szlag trafił, zostały więc zastąpione przeszkleniami zaburzającymi kompozycję elewacji. Mieszkańcy poszczególnych budynków według własnego widzimisię powymieniali też okna w mieszkaniach oraz drzwi prowadzące na klatki schodowe. Ich przegląd jest jednocześnie przeglądem oferty tanich marketów budowlanych.
Mistrzostwo osiągnęli mieszkańcy różowawego bloku przy ulicy Staszica, którzy postanowili zaopatrzyć swój budynek w koszmarny, dwuspadowy daszek, który pasuje tu jak pięść do nosa.
Większy dramat, choć trudno to sobie wyobrazić, rozgrywa się jednak na centralnym placyku. Nic to, że stojący w jego głębi pawilon został ocieplony i pomalowany na kolor jajecznicy. Większym problemem wydaje się tu być ustawiony na środku kiosk z gazetami oraz buda, z której prowadzona jest sprzedaż węgierskich (rzekomo) specjałów i kurczaków. Katastrofy dopełnia biały kontener (tak!) ustawiony na dachu jednego z dwóch wyższych bloków. Znalazła się w nim zapewne aparatura obsługująca maszt telefonii komórkowej, dla którego również znalazło się tu miejsce.
Legnicki "Neuland" wygląda więc tak, jakby przeszło przez to osiedle tornado niosące ze sobą wszystkie zarazy polskiej przestrzeni. Ocieka ignorancją i brakiem jakiegokolwiek szacunku dla historii. Warto je oglądać, bo ciągle kilka domów nie udało się tu jeszcze umaić według wątpliwych kanonów piękna obowiązujących w Polsce. Da się w nich jeszcze odkryć resztki założenia Leipzigera i może nawet trochę nimi zachwycić. Wkrótce i one znikną jednak pod warstwą styropianu i koślawej, kolorystycznej fantazji mieszkańców.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że osiedle, którym Legnica mogłaby się bez wątpienia chwalić w turystycznych przewodnikach, nigdy nie będzie taką perłą jak berlińskie osiedla Tauta. I to nie dlatego, że czegoś mu brakuje. Nie, budynkom Leipzigera nie brakuje niczego, by zachwycać. Poza rozsądnymi mieszkańcami i administratorami.
Tekst powstał w ramach projektu Miasto Archipelag - Polska mniejszych miast poświęconego byłym miastom wojewódzkim. Więcej o projekcie na Facebooku
Za pomoc w realizacji materiału dziękuję Marcinowi Makuchowi i Bartłomiejowi Rodakowi z portalu historycznego liegnitz.pl
Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni" (Czarne), " 13 Pięter " (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.