Czy emotikony to jeszcze język?
- Zwykle język definiuje się jako system (kod) znaków (symboli), za pomocą którego można komunikować swoje myśli, przeżycia, emocje innym ludziom. Gdyby tylko tak rozumieć język, to emotikony, tworząc taki system w ciągłym ruchu, są językiem, i to bardzo skutecznym. Skutecznym, bo błyskawicznie rozumianym. Niektórzy powiadają, że jest to język uniwersalny, ale tu już pojawiają się wątpliwości. Jeśli emotikony mają wyrażać podstawowe emocje - psychologowie wyliczają ich sześć: gniew, radość, wstręt, zaskoczenie, smutek i strach - to sprawują się nieźle. Tyle że choć wszyscy ludzie, niezależnie od kultury, mają te same emocje podstawowe, nie wszystkie one przejawiają się tak samo w różnych kulturach i to, co można brać za złość w jednej kulturze, wcale nią być nie musi w innej.
Ale tu mówimy tylko o znaczeniach symboli. Język, żeby nie był tylko kodem (takim jak kod Morse'a czy system znaków drogowych), musi mieć także swoją składnię. Czy emotikony mają swoją składnię? Wątpię. Zwykle jest tak, że zestawione ze sobą symbole w SMS-ie nie oznaczają żadnej skomplikowanej wypowiedzi, lecz tylko nasilenie emocji. Krótko: emotikony nie są językiem, są poręcznym kodem, który przyspiesza komunikację. Pyta pani, czy emotikony to jeszcze język. Raczej powinniśmy pytać, czy to już język. I odpowiadać: jeszcze nie.
W mediach społecznościowych pojawiają się pod zdjęciami ciągi obrazków: serduszko, ręce złożone do oklasków, kieliszek wina... Czasem poprzedzone kilkoma słowami, czasem nie. To przyspieszenie komunikacji czy jakaś zupełnie nowa jej forma?
- Tak, w ten sposób często chcemy coś przyspieszyć, ale w sumie opóźniamy. Na przykład, kiedy dostaję wiewiórkę w SMS-ie, to zachodzę w głowę, co też może to znaczyć. Potem okazuje się, że nic, po prostu wiewióreczka była ładna. Nieoczekiwanie wkraczamy tu w wymiar estetyczny. Jeśli posługujemy się obrazkami, to musimy liczyć się z tym, że w pewnym momencie wymiana komunikatów zostanie wytrącona z właściwego biegu i skręci w regiony nieefektywnej komunikacji. A to początek sztuki. Na Skypie pojawiły się ostatnio kultowe sceny z kilku filmów (BBC, Muppets, Hollywood) jako emotikony. To już krok do montowania ciekawych scen, kolaży etc. Zaczyna być coraz ciekawiej, bo okazuje się, że repertuar znaków jest tu - w przeciwieństwie do języków, którymi mówimy - nieograniczony.
Dobrze rozumiem, że panu to się trochę podoba? Wydaje się przynajmniej interesujące?
- Jak ze wszystkim niemal: to może być interesujące, nawet bardzo, ale ma swoje ograniczenia. Gdybym dowiedział się jutro, że cała nasza komunikacja językowa ma sprowadzić się do emotikonów, pierwszy prowadziłbym buntowników na barykady. Jednak podobają mi się - może dlatego, że na co dzień piszę dłuższe i bardziej złożone teksty - jako alternatywa, odskok, skrót, jako codzienne mamrotanie. Używam ich w dwóch wypadkach: w intymnym czatowaniu, gdzie wiadomo, co i jak znaczą, albo w korespondencji półoficjalnej, gdzie wolę wstawić uśmiechniętą buzię niż... No właśnie, co musiałbym napisać, żeby zawrzeć uśmiechniętą buzię? "Pozdrawiam"? To nie to. "Serdecznie"? Nie bardzo. "Uśmiecham się do pani"? Zbyt jednoznaczne. "Buźka"? To do całowania. I tak dalej, i tak dalej.
Ja często zamiast napisać "dziękuję", wstawiam serduszko. Przeczytałam gdzieś, że tych serduszek wysłano SMS-ami w 2014 r. miliard. Tymczasem całkiem niedawno nie było buziek ani serduszek, a korespondowaliśmy, pozdrawialiśmy się i tak dalej. Czy więc one zubożają język emocji i kurtuazji? A może nadają nowe znaczenia - uśmiechnięta buźka jest jakimś nowym bytem?
- By sparafrazować klasyczne zdanie: "znaczenie tkwi w oku oglądającego". Słowo pisane ma bardziej sprecyzowane znaczenia niż obraz i trudniej je wziąć za coś innego. Obrazek w swojej wieloznaczności odmyka nieco ciasne granice rozumienia i wprowadza więcej humoru w zwykłą komunikację, co zawsze dobrze robi na mózg. Moim zdaniem rewolucja, jaka dokonała się dzięki emotikonom, polega nie na obszerniejszym otwarciu naszych serc (choć jak dowodzi Steven Pinker, przez ostatnie stulecia staliśmy się mniej okrutni), ale na przełamaniu niesłychanie mocnej opozycji między prywatnym i publicznym. Serduszka i buźki są publicznymi, mocno zakodowanymi znakami, ale służą do pokazywania całkiem prywatnych emocji, których - być może - nigdy nie okazalibyśmy w słowach. Są konwencjami, ale jednak afektywnymi. Efektywnie transmitują afekty, nawet jeśli wszyscy wiedzą, że to czyste konwencje. Jakoś łatwiej nam przesłać serduszko w obrazku niż w słowie. Myślę, że to bardzo dobrze wpływa na kulturę życia publicznego.
A na kulturę słowa?
- Moim zdaniem, gdy ktoś przerzuca się z mówienia na obrazkowanie, to czuje, że nic w tym mówieniu nie zdziała dobrego albo mu na słowach nie zależy, więc pewnie i dobrze, że nic nie mówi, tylko wkleja buźki. Żadna strata dla języka: wolę już oglądać to, co ktoś mówi nie od siebie, pożyczając ikonki, niż czytać, co od siebie bredzi. Proszę wczytać się w ten straszny niegramatyczny i nieortograficzny słowotok internautów, cały ten bluzg i hejt. Skóra cierpnie! Przynajmniej w emotikonach nie popełnia się błędów ortograficznych i gramatycznych.
Kiedy jednak spotykam emotikony w tekstach prasowych albo na przykład wypełniam ankietę na temat hotelu, w którym spałam, i dostaję do wyboru kilka buziek o różnym stopniu uśmiechnięcia, trochę się oburzam.
- Podzielam pani oburzenie, ale nie do końca. Kiedy idzie pani do lekarza, przynajmniej w Ameryce, pierwsze pytanie brzmi: "Na jakim poziomie jest pani ból?". Ma pani 10 możliwości wyboru - od cierpienia do łagodnego poczucia dyskomfortu. Gdy pytane są dzieci, mają wskazać buźkę, mniej lub bardziej "bolącą". Co w tym złego? Dzieciom trudniej wyrazić ból w słowach niż w obrazkach. Na to można powiedzieć, że dziecinniejemy, skoro zastępujemy słowa obrazkami, ale nie jest to reguła, jak sugerowałem. Poza tym to jest pogląd ludzi słowa, nie ludzi obrazu, a to są dwie różne półkule mózgowe.
Zresztą, proszę spojrzeć: komunikujemy się ze sobą na potęgę, tempo rośnie, trzeba posługiwać się znakami o maksymalnie pojemnej treści i tak dalej, i tak dalej. Powtarzamy co kilka dziesięcioleci ten sam cykl: pojawia się nowa forma komunikacji, wszyscy uważają, że dotychczasowa umrze, odsądzają popularną nowinkę od czci i wiary, a okazuje się, że druk nie umiera pod wpływem mediów elektronicznych, że malarstwo ma się dobrze wobec ekspansji fotografii, a domniemani zdrajcy dobrego smaku okazali się potem wielkimi artystami. Nie ma wątpliwości co do tego, że zmienia się nasza metoda komunikacji, nikt już prawie nie pisze listów ręcznie, i bardzo dobrze, na taki luksus mogą sobie pozwolić jedynie wyrafinowani bezrobotni. Poczta była nośnikiem modernizacji, ale już nie jest. Media społeczne domagają się natychmiastowej reakcji, bez zwłoki, maksimum treści przy minimum formy. Można na to psioczyć, ale, jak mówię, taka od zawsze była definicja sztuki. Wyrzućmy chłam, a zostanie to, co najciekawsze.
Jest granica zastępowania słów znakami?
- Kiedy ktoś umrze, nie poślę do wdowy skrzywionej buźki, to oczywiste. Gdy piszę do nieznanej osoby, nie umieszczam obrazka. Ale w komunikacji z bliskimi nie widzę granic wyraźnie zakreślonych. Nie ma tu reguły, każdy widzi to inaczej, albo ktoś wie, albo nie, i raczej powinniśmy dyskutować o braku wychowania lub manier, a nie o tym, czy można stawiać emotikon czy nie. Ja się nie oburzam na buźki w hotelowej ankiecie, bo niby dlaczego? Bo miałbym coś hotelowi ważnego do zakomunikowania? Odhaczam buźkę i nie marnuję czasu. Ot, co.
Na papierze też czy tylko w sieci?
- Sieć jest tak potężna dlatego, że wykształciła własne sposoby komunikacji, własną wrażliwość, własny świat, własną symbolikę, i nie ma co się nad tym użalać. W połowie wieku XIX taką samą funkcję spełniać miała literatura. Pani Bovary cierpiała na nieprzystawalność iluzji i rzeczywistości, dziś dzieciaki cierpią na nieumiejętność odróżnienia sieci do świata. Nic nowego. Zostawmy emotikony mediom elektronicznym, bo one już tam były, zanim jeszcze się pojawiły, a w realu lepiej piszmy. Nic innego zrobić się nie da i nie należy nawet próbować.
Prof. Michał Paweł Markowski. Szef Wydziału Slawistycznego i Katedry Języka Polskiego i Literatury na University of Illinois w Chicago. Autor, wydawca i tłumacz ponad 30 książek na temat filozofii i literatury. Dyrektor artystyczny Festiwalu Conrada. W październiku w wydawnictwie Austeria ukaże się jego najnowszy zbiór esejów pt. "Kiwka".
Aleksandra Boćkowska . Dziennikarka, redaktorka. Sekretarz redakcji w magazynie "Viva! Moda". Autorka książki "To nie są moje wielbłądy. O modzie w PRL".