Zacznijmy od najwyższego szczytu tych gór, czyli Śnieżki. Stojące tu obserwatorium meteorologiczne jest architektoniczną ikoną tej części Polski. Zaprojektowało je dwóch twórców z Wrocławia - Witold Lipiński i Waldemar Wawrzyniak. Budowa ciągnęła się kilkanaście lat. By ją w ogóle rozpocząć, trzeba było wytyczyć nową drogę na szczyt. Efekt jest jednak warty tych wszystkich wysiłków.
Charakterystyczna bryła obserwatorium od samego początku prowokowała, uznano ją bowiem za obcą architektoniczną narośl. Przezwisk było kilka: "trzy hamburgery", "ufo", "talerze", a nawet "hołdyski" (od nazwiska jednego z kierowników budowy). Tak naprawdę jednak konstrukcja obiektu składającego się z trzech leżących na sobie spodków była inspirowana kształtem karkonoskich otoczaków. Lipiński i Wawrzyniak nawiązali bezpośrednio do pejzażu, w którym przyszło im stawiać budynek.
Śnieżka ze swoimi trzema dyskami jest przede wszystkim wariacją na temat karkonoskich głazów szlifowanych przez miliony lat górskimi wichrami - tłumaczył Waldemar Wawrzyniak, gdy w 2009 roku w obiekcie doszło do katastrofy budowlanej. Pod ciężarem lodu i śniegu ugięła się konstrukcja podtrzymująca najwyższy i najmniejszy ze spodków. Uszkodzenia były na szczęście na tyle niegroźne, że obiekt udało się uratować. Mimo że od razu po katastrofie podniosły się głosy, by kosmiczny budynek usunąć. Czy ktokolwiek umie sobie jednak wyobrazić regularny szczyt Śnieżki bez niego?
U stóp Śnieżki rozłożyły się dwa miasta - Karpacz i Szklarska Poręba. Oba miały urok cichych, kameralnych kurortów pełnych zachwycających, drewnianych pensjonatów. Miały, bo prostą drogą zmierzają w stronę Zakopanego i innych turystycznych molochów pełnych wszystkiego - tandetnej architektury, góralskich importów i tymczasowych bud z mydłem i powidłem. Zwłaszcza Karpacz jest tu dobrym przykładem tego, jak można systemowo i wręcz z premedytacją niszczyć krajobraz kulturowy. Stanęły tu dwa obiekty, które pokazują całkowicie odmienne podejścia do pejzażu.
Ten pierwszy to Hotel Skalny (obecnie Mercure Skalny) wybudowany tu jeszcze w latach siedemdziesiątych. Patrząc na jego archiwalne zdjęcia, trzeba sobie jasno powiedzieć, że obiekt w momencie powstania zachwycić mógł tylko największych entuzjastów. Prostopadłościenna bryła i elewacja z żółtych paneli były rozwiązaniem dość typowym jak na czasy, w których powstał budynek, i możliwości z nimi związane. Co jednak ważne, obiekt wybudowany na potrzeby Orbisu nie zawłaszczał przestrzeni i starał się szanować krajobraz miasta. Na dobre wyszła mu też przeprowadzona w 2011 roku modernizacja. Jej projektanci z jeleniogórskiej pracowni A Atelier zdecydowali się zachować i jedynie odświeżyć podstawowe założenia budynku, wykorzystując do tego lokalne materiały. Hotel obłożono jasnym kamieniem, jego elewacja została także nieco uspokojona. Jedynymi drażniącymi elementami są nienachalne, ale jednak widoczne detale w kolorze ciemnego różu, który nawiązuje do logo działającej tu sieci hotelowej. Modernizacja jednak budynkowi pomogła, dziś trudno się domyślić, że powstał on w tym siermiężnym PRL-u.
Zupełnym przeciwieństwem Skalnego jest wzniesiony na drugim krańcu miasta jarmarczny moloch, czyli Hotel Gołębiewski. Historia jego budowy to właściwie historia legalizowanych kolejno samowoli budowlanych. W procederze tym aktywną rolę odgrywali rada miasta, tutejszy magistrat i nadzór budowlany. Istnienie Hotelu Gołębiewski odsłania wszystkie patologie polskiego systemu (braku) planowania przestrzennego. Nie pasuje on do niczego, brutalnie niszczy krajobraz i charakter miejscowości. Jest ostentacyjny, arogancki i nie liczy się z niczym. Warto jednak na niego popatrzeć, choćby ze łzami w oczach, by dobitnie zrozumieć, czym kończy się planistyczne i architektoniczne bezhołowie, zwłaszcza w tak pięknych miejscach jak to (kiedyś).
A można było z klasą. Jest jakiś chichot historii w fakcie, że to, co okazało się niemożliwe w wolnej Polsce, było całkiem wykonalne w PRL-u. Architekci Hotelu Gołębiewski podobno wnikliwie studiowali lokalne tradycje architektoniczne. Najprawdopodobniej nigdy nie dotarli do pobliskiej Szklarskiej Poręby. Tam w 1974 roku rozpoczęła się budowa ekskluzywnego ośrodka wypoczynkowego dla partyjnej wierchuszki z KC PZPR. Zaprojektował go uznany wrocławski twórca Stefan Müller. Dziś znajduje się tu Centrum Rehabilitacji Rolników KRUS "Granit", a nadal zachwyca i jest jedną z absolutnie najciekawszych realizacji tego typu w kraju. Obiekt miał być nie tylko luksusowy, ale też całkowicie autonomiczny energetycznie i telekomunikacyjnie - wyposażono go w osobne ujęcia wody, agregaty prądotwórcze i centralki telefoniczne z bezpośrednimi połączeniami do najważniejszych osób w państwie. W środku panował luksus definiowany według standardów i pojęć obowiązujących w latach siedemdziesiątych (budowę ukończono krótko przed wybuchem stanu wojennego).
To, co jednak tutaj zwraca największą uwagę, to wdzięk, z jakim obiekt ten został wpisany w teren. Dziewięcioma tarasowymi kondygnacjami spływa on po stoku wzgórza w kierunku sztucznego stawu o geometrycznych kształtach. Stojąc na najwyższym z tarasów budynku, właściwie się go nie widzi, ponieważ kolejne kondygnacje zostały przykryte porośniętymi trawą daszkami. Całość, choć projektowana dla najwyższych przedstawicieli komunistycznego reżimu, nie ma w sobie nic z jego arogancji i bezduszności.
Czas zostawić Karkonosze i ruszyć w kierunku Wałbrzycha. To bez wątpienia najważniejszy pod względem architektonicznym ośrodek regionu, o czym była mowa już przy okazji tekstu o kompleksie edukacyjno-muzealnym Stara Kopalnia .
Nie znam innego polskiego miasta, w którym można maszerować półtorej godziny w jednym kierunku, cały czas pozostając w obrębie co najmniej stuletniej zabudowy miejskiej - pisał Krzysztof Żółtański w znakomitym eseju "Krajobraz kulturowy Wałbrzycha - jego utrata i perspektywy odzyskania". Trudno mu zaprzeczyć, warto też jednak dodać, że oprócz tej stuletniej zabudowy ma Wałbrzych kilka modernistycznych smaczków, którym trzeba przyjrzeć się bliżej.
Na początek warto się wybrać do dzielnicy Nowe Miasto, która powstała na przełomie XIX i XX wieku w odpowiedzi na rosnące potrzeby mieszkaniowe rozrastającego się wówczas Waldenburga. Jest tutaj kilka naprawdę urzekających zakątków, jak choćby pnąca się pod górę ulica Fredry zabudowana urokliwymi kamieniczkami czy zespół mieszkaniowy ograniczony ulicami Asnyka, Psie Pole i Krynicką. Takich przemyślanych osiedli mieszkaniowych, na których dziś można by uczyć deweloperów urbanistyki i planowania z zachowaniem ludzkiej skali, jest zresztą w Wałbrzychu o wiele więcej. Dość powiedzieć, że badaczka tego zagadnienia, dr hab. Bogna Ludwig z Politechniki Wrocławskiej, w swojej monumentalnej pracy pt.: "Osiedla mieszkaniowe w krajobrazie wałbrzyskiego okręgu górniczo-przemysłowego (1850-1945)" wymienia ich grubo ponad siedemdziesiąt.
Punktem obowiązkowym wałbrzyskiego centrum jest z kolei - i miejmy nadzieję zawsze będzie - budynek dawnego kina Capitol wzniesiony w latach 1927-1928 według projektu znakomitego niemieckiego architekta Ludwiga Moshamera. To obiekt w Wałbrzychu kultowy także dlatego, że przez całe lata działał tu Górniczy Dom Kultury. Upadł jednak wraz z upadkiem wałbrzyskiego górnictwa, którego smutny pomnik stoi po sąsiedzku. Capitol to dziś zaniedbana perła niemieckiego modernizmu. Jego masywna żelbetowa łupina przez kilka ostatnich lat marniała pod reklamowymi szmatami, jest jednak szansa, że doczeka się modernizacji czy wręcz gruntownej przebudowy. Spoglądając na ten budynek, nietrudno wyobrażać sobie rolę, jaką miasto odgrywało przed wojną. Jego smutny los dość dobrze obrazuje też los samego Wałbrzycha.
Ostatnim wałbrzyskim przystankiem będzie stojący nieopodal dworca Wałbrzych-Miasto również nieczynny Hotel Sudety. O ile Capitol jest pomnikiem przedwojennej świetności Waldenburga, o tyle Sudety są pamiątką wałbrzyskiej wojewódzkości w latach 1975-1999. Zamknięty na cztery spusty, ale strzeżony przez znudzonych ochroniarzy, budynek składa się z wysokiej na dziesięć pięter, prostopadłościennej części hotelowej oraz znajdującej się na poziomie parteru i pierwszego piętra części restauracyjnej. Trudno powiedzieć, by obiekt wpisywał się w lokalny kontekst czymkolwiek. Jest jednak ważny, bo daje wyobrażenie tego, jak w latach siedemdziesiątych, w nowych miastach wojewódzkich wyobrażano sobie wielkomiejskość. Znakiem rozpoznawczym obiektu jest falujący, lekki, betonowy dach ciągnący się przez całą szerokość budynku i rozbijający monotonię regularnej elewacji. Na zapleczu hotelu znalazło się też miejsce dla tarasu otwierającego się na pobliski park.
Dolny Śląsk, moim skromnym zdaniem, to najciekawszy, najpiękniejszy i ciągle trochę niedoceniony region w Polsce. Także dlatego, że "odzyskany" po wojnie nie zdążył nam tak sparszywieć jak choćby Podhale czy Podkarpacie. Krajobraz jak z bajki inkrustowany jest tu pięknymi i przemyślanymi jeszcze przez Niemców miastami, w których pełno jest architektury niemalże wszystkich epok i stylów. W Sudetach tego wszystkiego jest jeszcze więcej. Miłośnicy historii stracą tu głowy, ale w górach znajdzie się także kilka nieco bardziej współczesnych pereł. To one właśnie stanowią doskonałą lekcję poglądową na temat architektury w zachwycającym pejzażu.
Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.