artykuły
Magdalena Sroka, dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (fot. Robert Słuszniak / www.spheresis.com)
Magdalena Sroka, dyrektorka Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (fot. Robert Słuszniak / www.spheresis.com)

Podobno nie wyobrażasz sobie aklimatyzacji w jakimkolwiek innym mieście oprócz Krakowa.

- Przecież mieszkałam pięć lat w Warszawie, którą uwielbiam, ale niezmiennie uważam, że najpiękniejszym miastem na świecie jest Kraków. Życie tam wypełnia mnie nieustającym szczęściem. Teraz, po latach w Krakowie, znów przyszedł czas na Warszawę.

Znudziło ci się bycie wiceprezydentką Krakowa?

- Nie, po prostu lubię zmiany i tak się składa, że dokonuję ich w moim zawodowym życiu zwykle co pięć lat. Nigdy niczego nie robiłam dłużej. Taki płodozmian jest chyba sensowny, nie sądzisz?

Co uważasz za swój największy sukces jako osoby odpowiedzialnej za krakowską kulturę?

- To, że udało nam się zachować ciągłość rozwoju, mimo że byliśmy w jednym z najtragiczniejszych finansowo okresów w historii samorządu. Na czas mojego urzędowania przypadło załamanie finansów publicznych, które momentami sięgało nawet ponad trzydziestu procent. O tyle w niektórych działach zmniejszony był budżet na kulturę. Mimo trudnej sytuacji przeprowadziliśmy dużą reformę instytucji kultury. Uważam to za naprawdę spory sukces.

A co ci się nie udało?

- Wiele rzeczy, jak wprowadzenie umów wieloletnich dla organizacji pozarządowych czy połączenie bibliotek w jedną. A nasze biblioteki to naprawdę fenomen. W ubiegłym roku mieliśmy trzy i pół miliona skorzystań, czyli co dwadzieścia sekund w Krakowie wypożyczana jest książka. Jako pierwsi wprowadziliśmy też geolokalizację przez Google. Teraz, kiedy szukasz jakiejś książki i googlujesz tytuł, to wyszukiwarka nie wskaże ci tylko najbliższego Empiku, ale także filię biblioteki publicznej, która jest obok ciebie. Nie musisz więc wydawać pieniędzy, bo możesz książkę wypożyczyć. Dzięki temu w ubiegłym roku czytelnictwo wzrosło nam o dwadzieścia procent.

Pytam cię o to, co ci się nie udało, a ty w mgnieniu oka przeszłaś od porażek do sukcesów. Opozycyjni radni w Krakowie mówią, że jesteś w tym mistrzynią, że sprzedasz wilka w owczej skórze.

- Bo to, co ty nazywasz porażką, ja nazywam nieskończonym procesem. Wszystko w końcu da się naprawić, ulepszyć, zreformować. Tak uważam. Ale jeśli chcesz rozmawiać o porażkach, to proszę bardzo. Największą była sprawa zimowych igrzysk olimpijskich, do których nie udało nam się przekonać krakowian, bo nie zajęliśmy się należycie komunikacją.

Pomijając złą komunikację, nadal sądzisz, że to był dobry pomysł? Dziś wiele zachodnich miast nie chce ubiegać się o igrzyska, bo uważa, że przynoszą one więcej złego niż dobrego, że w ostatecznym rozrachunku więcej się traci, niż zyskuje, a zarabiają tylko korporacje.

- Z punktu widzenia Krakowa i Małopolski decyzja o lokalizacji u nas igrzysk byłaby gigantycznym zastrzykiem finansowym. Część dużych infrastrukturalnych inwestycji musiałaby być wtedy przeprowadzona. Tak się składa, że z przyczyn politycznych południe Polski jest od wielu lat omijane inwestycyjnie przez kolejne rządy, a ten kawałek kraju generuje blisko siedemdziesiąt procent PKB z małych i średnich przedsiębiorstw. I jemu się to po prostu należy. Dlatego uważam, że wydanie dwudziestu miliardów na ciężką infrastrukturę byłoby warte zainwestowania kolejnego miliarda, który trzeba by było przeznaczyć na obiekty sportowe. W skali makro to byłaby nasza wygrana. Ale niestety nie sprawdziliśmy się w komunikowaniu tego mieszkańcom i ci odrzucili igrzyska w referendum.

Magdalena Sroka (fot. Paweł Krawczyk)

Obserwuję twoją karierę od lat i zastanawiam się nad fenomenem polegającym na tym, że jakiej funkcji byś nie obejmowała, zawsze przyjmowana jesteś bardzo życzliwie. Gdzie jest tajemnica?

- Może jest to z jednej strony docenienie moich kompetencji związanych z zarządzaniem kulturą, a z drugiej - pasji. Bo tak się składa, że moja praca to moja pasja. Poza tym jestem szczera w robocie, nie ściemniam. Prawie osiemnastoletnie doświadczenie w zajmowaniu się zawodowo kulturą pozwala mi profesjonalnie oceniać różne pomysły: znam przepisy, zasady działania, potrafię ocenić źródła finansowania, możliwości logistyczne, organizacyjne i potencjał projektu czy organizacji. Dość szybko dostrzegam słabe i mocne strony. Nie wynika to z tego, że jestem geniuszem, tylko z tego, że jestem praktykiem z całkiem sporym dorobkiem.

W 2009 roku stworzyłaś Krakowską Komisję Filmową. Takie agendy działają we wszystkich miastach na świecie, w których kręci się filmy. W Polsce Kraków był pierwszy.

- Uznałam, że jeśli chcemy, żeby w Krakowie kręcono filmy, to musimy być profesjonalni. Chcieliśmy świadczyć kompleksowe usługi każdemu, nie tylko polskim twórcom, ale także zagranicznym. Kraków jest trudnym miastem, bo prawie sto procent własności jest w prywatnych rękach. Trzeba więc niemal wszystko negocjować ze społecznością lokalną i właścicielami. Krakowska Komisja Filmowa nie jest więc tylko prostym narzędziem przyciągającym produkcje filmowe, ale też zabezpiecza akceptację społeczną dla filmowych realizacji.

Powołanie komisji zwiększyło zainteresowanie miastem?

- Nie od razu, bo większość producentów działa w Polsce od wielu lat. Uważali, że skoro tak długo radzili sobie bez komisji, to nadal sobie poradzą. Bardzo szybko okazało się jednak, że komisja jest potrzebna, bo na przykład robi wszystko legalnie i na planie nie pojawia się nagle policja albo straż miejska z pytaniem: Co tu się dzieje? To po pierwsze.

Po drugie, znajomość miasta naszych ludzi jest nieporównywalnie większa od tej, którą mają niemieszkający w Krakowie producenci. Po trzecie, możemy zrobić rzeczy, o których producent by nie pomyślał: na przykład zdjąć na tydzień z ulicy latarnie, dzięki czemu zdjęcia wyjdą ładniejsze i nie trzeba będzie ich czyścić komputerowo, i tak dalej. Krótko mówiąc, stworzyliśmy mnóstwo udogodnień i wtedy się do komisji przekonano.

Z KKF współpracują też oczywiście producenci międzynarodowi, którzy bardzo sobie chwalą taką kompleksową obsługę. Teraz mamy w Krakowie produkcję z Nowej Zelandii, byłoby ich pewnie więcej, gdyby istniał w Polsce system zachęt dla producentów, ale nie istnieje. Filmy, zamiast w Krakowie czy innych polskich miastach, powstają w czeskiej Pradze.

Jak mógłby taki system zachęt wyglądać? Co ty byś zrobiła?

- Obniżyłabym podatek CIT dla przedsiębiorców audiowizualnych do na przykład dziesięciu procent. W okresie pięcioletnim umożliwiłabym przedsiębiorcom niezwiązanym z branżą audiowizualną, a inwestującym w produkcję filmową, odliczenie od podatku stu procent zainwestowanych nakładów i wprowadziłabym dwudziestoprocentowy zwrot poniesionych nakładów inwestycyjnych dla producentów zagranicznych.

Będziesz jako szefowa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej lobbowała za tym u polityków?

- Tak, i bardzo bym chciała, by powstał projekt sensownej ustawy w tej sprawie i byśmy debatowali nad możliwymi rozwiązaniami, nad konkretnym dokumentem. To zresztą kontynuacja obecnych działań PISF. Brak systemu zachęt podatkowych dla lokowania międzynarodowych produkcji filmowych w Polsce jest dyskryminacją polskiego przedsiębiorcy. Spójrz ma mapę, Polska jest otoczona przez kraje, w których funkcjonuje system zachęt. U nas go nie ma i w związku z tym przemysł audiowizualny jest z naszego kraju wyprowadzany. Poza tym działamy na wspólnym europejskim rynku i powinniśmy stosować takie zasady jak w innych państwach. Dlaczego polscy przedsiębiorcy mają być poszkodowani?

(fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

Obok Krakowskiej Komisji Filmowej powołałaś też do życia Regionalny Fundusz Filmowy, który ma milion złotych rocznie na wspieranie produkcji filmowej.

- Chodziło o to, by pomagać twórcom chcącym pracować w naszym mieście. Bo skoro mamy komisję, która wspiera ich organizacyjnie, to wypadało też wesprzeć ich finansowo. W tym roku uruchomiliśmy w Krakowie pilotażowo Międzynarodowy Fundusz Filmowy, który także dysponuje milionem rocznie. Mamy w tej chwili sześć dużych produkcji międzynarodowych zainteresowanych niewielkimi środkami funduszu. Zobaczymy, jak ta zachęta zadziała.

Dlaczego postanowiłaś zostać szefową PISF-u?

- Bo zajmuję się tym tematem, bo pracuję z filmowym biznesem od jakiegoś czasu, bo wymyśliłam Krakowską Komisję Filmową i Regionalny Fundusz Filmowy, bo kino mnie podnieca, ale przede wszystkim dlatego, że mam kilka chyba sensownych pomysłów i potrafię je zrealizować.

Jedenastoosobowa komisja konkursowa zarekomendowała cię jednogłośnie ministrze kultury, która już podpisała twoją nominację. Takie poparcie w wiecznie pokłóconej Polsce? Jak to możliwe?

- Przysięgam, że nie miałam ze sobą broni i nikomu nie groziłam.

Wielkie łapówki? Nominacja w stylu UEFA?

- Niestety, jestem nieuzdolniona, jeśli chodzi o zarabianie pieniędzy dla siebie. A poważnie mówiąc, rozmowa z komisją konkursową była trudna. Przyjęłam założenie, że będę mówiła, co myślę. Od początku do końca. I doszło do takiego momentu, że zaczęliśmy się spierać. Przesłuchanie stało się nagle rozmową na argumenty. Być może to zadecydowało.

Agnieszka Odorowicz, ustępująca dyrektorka PISF-u, namawiała cię do kandydowania?

- Namawiali mnie różni ludzie. A zaczęło się rok temu na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Mówiono, że nie mam nic wspólnego ze środowiskiem filmowym, że jestem niezależna, że nikt mnie nie zmanipuluje, że się znam i że może bym wystartowała. Wtedy powiedziałam, że na razie nie ma o czym gadać, bo zbliżają się wybory samorządowe, a ja jestem lojalna wobec mojego szefa, prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego.

Dałam jednak szefowi znać już wtedy, że taki pomysł się pojawił. - Zobaczymy po wyborach - odpowiedział. Wybory wygrał. Wróciłam więc do tematu, a szef, który jest najszlachetniejszą osobą na świecie, powiedział, żebym kandydowała, ale ma nadzieję, że przegram i nadal będę jego wiceprezydentem.

A ty wygrałaś. I kto teraz będzie twoim następcą w Krakowie?

- Nie mam pojęcia, szef musi zdecydować.

Nie zasugerowałaś kogoś?

- Nie śmiałabym.

Prezydent Majchrowski cię nie pytał?

- A to co innego. Jak szef pyta, to odpowiadam, ale sama nikogo nie polecałam.

Andrzej Wajda i Magdalena Sroka podczas konferencji prasowej zapowiadającej finał projektu Kino Wolność w Krakowie (fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

W październiku zaczniesz formalnie kierować PISF-em. Jakie masz plany?

- Najpierw muszę dokonać rzetelnej analizy od środka. Planowanie z zewnątrz jest bez sensu. Ale mam oczywiście kilka pomysłów, które chciałabym wdrożyć.

Pomysł numer jeden.

- Wydaje mi się, że

program operacyjny "film fabularny" jest zbyt obszerny i że być może trzeba wskazać, jakie chcemy mieć kino gatunkowe i w jakiej ilości, czyli określić, że PISF w danym roku wesprze finansowo na przykład jeden horror, dwie komedie, trzy filmy familijne i tak dalej. Tak działa Izraelski Instytut Filmowy, zresztą nie tylko on. Chciałabym się poważnie nad taką zmianą zastanowić.

Pomysł numer dwa.

- Trzeba myśleć nad alternatywnymi źródłami finansowania polskiego filmu. Gdyby przedsiębiorcy mogli odliczać od podatku środki przekazane na nasze kino, można by wtedy utworzyć przy PISF-ie Polski Fundusz Filmowy, którego zadaniem byłoby oczywiście dofinansowanie produkcji. Wszystko to wymaga rzetelnej analizy prawnej i zbadania zainteresowania środowiska.

Które jest gniazdem żmij.

- Ja się żmij nie boję, jestem profesjonalnym zaklinaczem. To, że ktoś się obrazi albo będzie chciał mnie zamordować, jest normalne. Z artystami, realizatorami i producentami pracuję od lat. Jak człowiek robi w kulturze, to groźby śmierci na niego nie działają.

Pomysł numer trzy.

- Chciałabym ustalić minimalne wynagrodzenie dla debiutantów, bo oni są zbyt często traktowani instrumentalnie. Z drugiej strony trzeba zachować czujność, bo zdarza się i tak, że debiutantami są wszyscy pracujący nad filmem, z producentem włącznie. A propos młodych producentów - chciałabym ich wzmocnić i dawać więcej pieniędzy.

Pomysł numer cztery.

- Należy rozwijać znakomite programy edukacyjne PISF-u, a gotowe pakiety dla nauczycieli powinny trafiać także do bibliotek i mediatek, by można było je bezpłatnie wypożyczać. Mam plan stworzenia szerokiej koalicji na rzecz edukacji filmowej z Narodowym Instytutem Audiowizualnym, Filmoteką Narodową i Narodowym Centrum Kultury, tak by nasze programy były lepiej rozpowszechniane niż obecnie.

Pomysł numer pięć.

- Widzę potrzebę realnego dostępu i kontroli danych związanych z dystrybucją filmów. Dzisiaj nie posiadamy rzetelnych informacji w tej materii, na przykład ilu rzeczywiście widzów jest na polskich filmach. Nie ma bowiem prawa, które nakazywałoby kiniarzom przekazywanie danych i dawałoby nam możliwość ich weryfikacji.

Pomysł numer sześć.

- Trzeba ogarnąć, skoordynować i sprofesjonalizować promocję polskiego kina za granicą. Tu znów chcę stworzyć koalicję z podległymi Ministerstwu Spraw Zagranicznych instytutami polskimi i podległym Ministerstwu Kultury Instytutem Adama Mickiewicza, który propaguje polską kulturę na świecie. Uważam, że kiedy nasz film nie wchodzi do dystrybucji w jakimś kraju, a dobrze byłoby go pokazać, to PISF powinien zapewnić choćby napisy w języku tego kraju. Należałoby ponadto w ramach Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej rozwinąć komórkę wyspecjalizowaną w promocji filmu na świecie i przeprowadzania naszych produkcji przez międzynarodowe festiwale.

Pomysł numer siedem.

- Chcę doprowadzić do zwiększenia zwrotu środków z dotacji PISF-u z dystrybucji filmów oraz większej transparentności. Być może trzeba zmienić zasady wynagrodzeń dla twórców i producentów na częściowy udział w przychodach z eksploatacji. Potrzebna jest na ten temat dyskusja i ja na pewno ją zainicjuję.

Słychać tu i ówdzie głosy nawołujące do wprowadzenia parytetu płci przy przyznawaniu grantów przez instytut. Co o tym myślisz?

- Myślę, że podobnie jak w Australii płeć nie powinna istnieć administracyjnie. Będę ślepa na płeć, jeśli chodzi o działanie instytutu. Kryterium jakościowe wydaje mi się najlepsze.

Dyrektor(ka) ma do swojej dyspozycji 15 procent budżetu, czyli jakieś dwadzieścia milionów złotych. Może je wydać z pominięciem komisji przyznających granty. Słusznie?

- Tak, bo daje możliwość szybkiej interwencji, która w kulturze nieraz jest z jakiegoś powodu potrzebna. Poza tym nie wyobrażam sobie podejmowania takich decyzji bez porządnej analizy i zasięgnięcia opinii ekspertów. Jako osoba odpowiedzialna obiecuję nie nadużywać tego przywileju.

Boisz się wieszczonych przez wszystkich rządów prawicy?

- Nie, bo żyjemy w państwie prawa i na mnie nie działają żadne naciski.

Może od jesieni PISF będzie musiał dofinansowywać tylko filmy historyczne?

- Podobała ci się "Róża" Wojtka Smarzowskiego?

Bardzo.

- Niedługo będzie "Wołyń", czyli kino historyczne powstaje. Polacy chcą kina historycznego, ale dobrego. I taka właśnie jest zasada funkcjonowania PISF-u pod kierownictwem Agnieszki Odorowicz, i taka będzie pod moim. I jeszcze jedno, problem z kinem historycznym polega na tym, że ten gatunek jest bardzo drogi. Może trzeba pomyśleć nad finansowaniem go bezpośrednio z budżetu Ministerstwa Kultury.

Agnieszkę Odorowicz nazywano "carycą polskiego kina". Przejmiesz koronę?

- Daj spokój. Ja w ogóle nie mam żadnych królewskich ciągot. Jestem raczej kobieta pracująca.

Magdalena Sroka . Absolwentka teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jest uznawana za jedną z najlepszych menedżerek kultury w Polsce. Kierowała Krakowskim Biurem Festiwalowym, w którym odpowiadała za projekty kulturalne związane z otrzymanym przez Kraków tytułem Europejskiej Stolicy Kultury. Organizatorka i producentka największych imprez masowych w Polsce, jak Wianki i Sylwester w Krakowie. Uczestniczyła w tworzeniu wielu dokumentów strategicznych oraz wniosków unijnych, była jednym z autorów pierwszej strategii promocji Krakowa na lata 2003-2007. W roku 2005 współpracowała z biurem programowym EXPO 2005. Członkini-założycielka Stowarzyszenia im. Ludwiga van Beethovena i do 2008 roku dyrektorka biura Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena. Współproducentka widowisk i materiałów telewizyjnych, twórczyni Krakowskiej Komisji Filmowej i Regionalnego Funduszu Filmowego w Krakowie. Od pięciu lat jest odpowiedzialną za kulturę, promocję i sport wiceprezydentką Krakowa. W październiku tego roku, po jednogłośnej rekomendacji komisji konkursowej, obejmie funkcję dyrektorki Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w Warszawie.

Mike Urbaniak . Dziennikarz kulturalny, krytyk teatralny, autor rozmów z wybitnymi postaciami polskiej kultury. Pisze też o współczesnym Izraelu i tematyce LGBT. Jest stałym współpracownikiem "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl. W Polskim Radiu RDC prowadzi autorskie programy: "Pan od kultury" i "Homolobby" (w duecie z Maciejem Nowakiem), a w Instytucie Teatralnym cykl spotkań "Moja historia" ze znakomitymi postaciami polskiej sceny. Pisze bloga panodkultury.com.