artykuły

Pamiętasz tego chłopca, który przysiadł się do ciebie przed koncertem CKOD w Katowicach i z uporem maniaka pytał cię o pływanie?

- W Mega Clubie?

Tak.

- Pamiętam koncert, ale nie pamiętam niestety samej sytuacji.

To ja byłem. A teraz znowu robimy wywiad. I ja w takich chwilach myślę sobie: marzenia się spełniają. Przeżywasz jeszcze coś podobnego na Offie?

- W pewnym sensie tak, chociaż praca to praca i w sytuacji, kiedy jestem zaangażowany w coś, co zawodowo zajmuje mi sporo czasu, jest moim obowiązkiem, stresem, obciążeniem i odpowiedzialnością, szybko o tym zapominam. Co nie zmienia faktu, że są to rzeczy, które zawsze były gdzieś w sferze moich marzeń, które sprawiają mi w tym, czym się zajmuję, ogromną radość. Tak jak kiedyś ogromną radość sprawiało mi zaimponowanie komuś jakimś swoim muzycznym odkryciem, czymś na zasadzie: "Słuchaj, odkryłem za***isty band, koniecznie musisz go posłuchać". Teraz mam właściwie to samo, tylko na większą skalę.

Mówiłem o tym już w wielu wywiadach i powtórzę teraz: wciąż czuję się jak dzieciak, który odkrywa muzykę i dzieli się swoim odkryciem z innymi. To ten moment, kiedy uświadamiam sobie, że spełniłem marzenie, bo jako dzieciak chciałem żyć ze słuchania muzyki, nie mając świadomości, co się właściwie za tym kryje. To tak jakby mój siedmioletni syn teraz powiedział: "Tato, chciałbym w przyszłości żyć z tego, że gram".

A na czym gra?

- Na razie głównie na komputerze.

Artur Rojek na tle muralu, który powstał w Katowicach w ramach Off Festivalu, 2011 (fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta)

Spotkanie z idolami z lat młodości mają jeszcze dla ciebie jakieś znaczenie?

- Oczywiście, że mają, chociaż rzadko robię z nich coś na własny użytek.

To znaczy?

- Zanim zacząłem robić Off Festival, jeszcze z Myslovitz byłem uczestnikiem wielu imprez muzycznych na świecie i już tam na backstage'u spotykałem się z artystami, którzy byli moimi idolami.

Na przykład?

- Ian Brown, Sonic Youth, Paul Simon - spotkałem mnóstwo świetnych artystów. Byliśmy obok siebie, jedliśmy obiady w tym samym miejscu, piliśmy piwo przy tym samym barze. I w zasadzie do każdego mógłbym podejść, przywitać się, porozmawiać...

Ale tego nie robiłeś.

- Nie robiłem, bo nie jestem typem gaduły. I nie robiłem sobie zdjęć, na których uśmiecham się obok Roberta Planta, Michaela Stipe'a, Chrisa Martina czy Kim Gordon. Niektórzy nie mają tego wstydu, ale ja miałem.

Dlaczego?

- Nie wiem. Było mi głupio. Mam jakiś wewnętrzny opór, jakąś nieśmiałość w sobie, mimo zawodu, który wykonuję od 20 lat i wystawiam się na ostrzał publiczny. W małych sytuacjach, w mikroskali ta moja nieśmiałość robi się mocno odczuwalna. Do dzisiaj tak jest - rzadko się zdarza, żebym wdawał się na festiwalu z kimś w swobodną konwersację. Oczywiście przywitam się, jest mi miło, ale później zostawiam artyście czas do jego dyspozycji.

Nie narzucasz się?

- Nie, choć zdarzało mi się oczywiście, że na festiwal przyjeżdżały postaci, które były tak blisko mojego serca, że nie mogłem sobie darować - musiałem w ten czy inny sposób zareagować. I tak mnie silnie pchało w ich stronę, że ta moja nieśmiałość w pewnym momencie pękała. Dochodziło do jakiegoś kontaktu.

Zamieniłem słowo z Waynem Coynem, Stephen O'Malleyem z Sunn O))) czy z Kevinem Shieldsem, a nawet nie z samym Shieldsem, tylko z basistką zespołu My Bloody Valentine, bo Kevin, no cóż, był chyba bardziej nieśmiały niż ja. Zasadniczo jest kilka osób, z którymi miałem okazję porozmawiać i które, chyba mogę to powiedzieć, przy następnej okazji by mnie rozpoznały.

Artur Rojek podczas Pikniku Kulturalnego "Gazety Co Jest Grane", Warszawa (fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

"Wciąż wydaje mi się, że mam jeszcze wiele do zrobienia i że tyle ciekawych rzeczy jest wokół mnie. I chociaż miesza się to ze zmęczeniem podejmowania wciąż nowych wyzwań, to trudno mi się zatrzymać". Tak powiedziałeś. Co jest trudnego w zatrzymaniu się?

- Nie wiem. Jest wiele rzeczy, które pobudzają moje emocje i mnie fascynują. Jestem osobą, która działa dość emocjonalnie, instynktownie i bardzo często włącza się w rozmaite inicjatywy, choć z różnymi efektami. Czasami są to długotrwałe sytuacje, czasami nie; czasami w trakcie realizacji pewnych zadań dochodzę do wniosku, że to jednak nie jest to, więc rezygnuję. Te impulsy są dosyć istotne w moim życiu, bo ja bardzo łatwo zapalam się do różnych rzeczy i jestem w stanie przebudować tak swoją rzeczywistość, żeby zrobić coś, na czym mi w danej chwili zależy. Tak było z muzyką i zespołem, tak było też z festiwalem.

Mnie najbardziej w tym wszystkim dziwi jedno: pracujesz, nie odpuszczasz, a przecież mógłbyś żyć sobie spokojnie z tantiem.

- Taka jest już chyba moja natura. Często to wewnętrzna energia człowieka decyduje o tym, co robi i jak żyje - jedni wybierają spokój, inni cały czas wyznaczają sobie nowe zadania. To jakaś charakterystyczna mieszanka energii, indywidualnych emocjonalnych potrzeb, psychiki i - w moim przypadku - potrzeba ciągłego udowadniania sobie czegoś.

Ale przecież człowiek w którymś momencie musi powiedzieć "stop". Pamiętam scenę z dokumentu "Życie to surfing", gdzie wyklinacie, że już dosłownie rzygacie tymi wyjazdami. Tu rodzina, dzieci, przyjaciele, życie prywatne, a tam znowu trzeba jechać na kilka tygodni. Ty też: płyta, Męskie Granie, koncerty i wywiady, teraz znowu Off. Nie masz czasami dość?

- Jasne, że mam. I to bardzo często.

W jakich sytuacjach?

- Zewnętrznie wygląda to tak, jak wygląda, ale wewnętrznie bez przerwy borykam się z barierami, własnymi wątpliwościami. Ta ciągła walka trwa.

No to znowu cytat: "Brakuje mi poczucia beztroski. Ciągle te plany, deadline'y i wpasowywanie się w ułożony świat".

- No brakuje.

A mimo wszystko ciągle zasuwasz.

- I to jest cały czas to samo, o czym mówimy. OK, może w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że ta liczba zadań, obowiązków, odpowiedzialność cię przytłaczają, ale idziesz dalej, bo wiesz, że jeżeli odpuścisz, będziesz czuł się gorzej niż wtedy, kiedy brnąłeś w to dalej.

Taką skrajnością jest moja droga artystyczna i zawodowa - z jednej strony potrzeby oderwania się od wszystkiego, życie prywatne, z drugiej potrzeba realizacji bardzo ryzykownych zadań. Po 20 latach opuściłem zespół, z którym byłem bardzo mocno kojarzony - stanąłem przed dużym ryzykiem, nie wiedziałem, co zrobić dalej, ale to oddolne uczucie było tak silne, że nie potrafiłem zrobić tego inaczej. Musiałem spróbować, więc spróbowałem. I nie żałuję.

(fot. materiały prasowe)

Skoro startuje jubileuszowa edycja Off Festivalu, to pewnie czas na różne podsumowania i refleksje. Przyszły już teraz czy pojawią się dopiero post factum?

- Zazwyczaj im bliżej festiwalu, tym większy mam natłok myśli.

I coraz więcej wątpliwości?

- Ci, którzy mnie znają i ze mną pracują, wiedzą, że przed festiwalem zawsze mam doła.

Doła?

- Nie siedzę rzecz jasna zamknięty w pokoju i nie potrzebuję pomocy lekarskiej. Chodzi o natłok pracy, niekończące się myśli o tym, czy wszystko będzie dobrze, czy będzie ładna pogoda, czy nie... Nawet nie wiesz, jak niewdzięczną robotą jest przygotowywanie wydarzenia dla kilku albo kilkunastu tysięcy osób, kiedy później wszystko psuje deszcz.

Ale pojawił się nowy problem: będzie za gorąco!

- Sam widzisz, że praca przy festiwalu bywa trudna, a już na pewno jest wyczerpująca i czasochłonna, a im bliżej festiwalu, tym więcej pojawia się problemów i kłopotów organizacyjnych. Nie możesz się doczekać, kiedy to wszystko się zacznie albo nawet nie możesz się doczekać, kiedy to wszystko się... skończy. Wreszcie, kiedy trwa, jesteś podekscytowany, a kiedy się kończy, w twoim życiu nagle pojawia się jakaś pustka.

I tak 10 lat.

- 10 lat to kawał czasu - wydaje mi się, że udało nam się zrobić przez ten okres bardzo dużo, zaprezentować mnóstwo ciekawych artystów, takich, którzy tworzyli historię muzyki alternatywnej na świecie. Oczywiście robiliśmy to na miarę naszych możliwości - logistycznych i budżetowych.

Wiele lat temu wymyśliłem sobie, że ten festiwal ma być jak dobry sklep z płytami, gdzie sprzedawca dba o selekcję muzyki. Dziś już takich sklepów prawie nie ma, zostały festiwale. Kiedy ja wchodziłem do takiego sklepu, miałem wrażenie, że już nigdy z niego wyjdę - a kiedy w końcu wychodziłem, byłem obładowany reklamówkami z płytami. O to samo chodzi nam z Off Festivalem.

Mówiłeś kiedyś o sobie: polski neurotyk.

- Bo jestem typem człowieka, który szybko się denerwuje i kiepsko znosi sytuacje zaskakujące. Potrzebuję czasu, żeby się do nich przyzwyczaić.

Roman Gutek opowiadał kiedyś, że kiedy kończy się jego festiwal - Nowe Horyzonty - zamyka się na tydzień w domu i kosi trawnik, żeby odreagować.

- Wszystko zależy od tego, jaką masz ekipę, która, że tak powiem, sprząta. Kiedy festiwal się kończy, trzeba go dosłownie posprzątać - podsumować i rozliczyć, a to proces, który trwa jeszcze przez kilka następnych miesięcy. Jeśli masz dobrych ludzi od "sprzątania", rzeczywiście możesz zamknąć się na tydzień w domu i kosić trawnik. Jeśli natomiast coś zacznie źle funkcjonować, to musisz się włączyć i dalej siedzieć na telefonie. Nawet jeśli w tym samym czasie siedzisz na kosiarce.

Załóżmy, że zostały trzy dni do startu festiwalu - jak wtedy wygląda dzień pracy dyrektora Offa?

- Opowiem ci, jak to wyglądało na przestrzeni 10 lat. Od samego początku pracuję nad festiwalem z żoną: zaczynaliśmy rano, pracowaliśmy do godz. 16, później odbieraliśmy dzieci z przedszkola albo od babci, opiekowaliśmy się nimi, bawiliśmy się, wreszcie kolacja i kąpiel. Kiedy dzieci zasnęły, o godz. 22 szliśmy na strych i z powrotem do pracy - mniej więcej do godz. 3 nad ranem. I tak codziennie. Pierwsze lata to była katorga, bardzo pracowity, ciężki i wyczerpujący okres.

Teraz sytuacja nieco się zmieniła, bo powiększyła się nasza ekipa, ale sam festiwal dalej jest robiony garażowo - nie jesteśmy wielką agencją koncertową, która trzepie takich imprez dziesiątki. Kiedy nasza załoga kończy pracę przy festiwalu, zaczyna pracę gdzieś indziej. Ostatnie dwa-trzy miesiące przed festiwalem to już właściwie praca non stop. Gdziekolwiek jestem - w domu, w biurze czy na lunchu - cały czas coś się dzieje, cały czas wiszę na telefonie. Nawet kiedy kładę się spać, kładę się z telefonem przy uchu.

Czyli znowu zasuwasz.

- Ale ten tryb dotyczy tylko kilku najbardziej intensywnych miesięcy. Kiedy ten okres się kończy, wszystko wraca do normy - potrafię być w domu, potrafię wyjechać na wakacje, wypocząć, zaplanować weekend z rodziną.

Mieszkasz z żoną, wychowujesz dzieci z żoną, pracujesz z żoną. "Wierzę w to, że można być razem całe życie" - mówiłeś. Nietypowe podejście jak na rockandrollowca.

- Tylko że mi nigdy rockandrollowe życie nie imponowało. Tak było, kiedy zakładałem Myslovitz i tak jest teraz, kiedy organizujemy Off Festival. Bardziej imponowało mi, kiedy media pisały, że w życiu rodzinnym tego czy innego muzyka panowała stałość. Na dobrą sprawę nie wiem, jak wygląda osobiste życie Bono, ale pamiętam, że przez lata szanowałem go za to, iż sprawiał wrażenie bardzo poukładanego gościa.

Ostatnio w sieci krążył taki obrazek Leśniaka i Skarżyckiego: "Nie pije pan, nie pali, narkotyków nie bierze, ta sama żona od 20 lat, dzieci nie bite - no sam pan powie, jak my mamy pana książkę wypromować?". Przykry obraz współczesnych mediów i różnych strategii marketingowych.

- Nie da się ukryć, że historia popkultury to jednocześnie historia głośnych skandali i kontrowersji - to one najbardziej interesowały media, ale to nie one decydowały o tym, czy ktoś robił karierę i stawał się docenianym artystą.

Irytują mnie te wszystkie skandale i skandaliki, ale nie mam na to lekarstwa, nie zastanawiam się, co trzeba zrobić, żeby świat zmienić na lepsze. Bardziej skupiam się na tym, co mogę zmienić w sobie i w tym, czym zajmuję się na co dzień.

(fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

Powiedziałeś kiedyś: "Nie ma nic złego w przegrywaniu. Porażka to dobry nauczyciel". Kiedy ostatnio przegrałeś?

- Trudno mi w tym momencie przypomnieć sobie jakąś konkretną sytuację. Wiele zależy od tego, jakie sobie wyznaczasz cele i jak wysoko podnosisz poprzeczkę. Ja już tak mam, że podnoszę ją wysoko i dosyć często wydaje mi się, że coś nie wygląda do końca tak, jak to sobie wcześniej wyobrażałem. Jeśli kogoś surowo oceniam, to w pierwszej kolejności staram się surowo oceniać siebie.

A syna, kiedy mówi, że chciałby zarabiać na graniu w gry komputerowe?

- Dzieciaki w jego wieku wymyślają różne kosmiczne rzeczy i mają do tego zupełne prawo. Raz mówią, że chcą zostać strażakami, później, że zawodowymi graczami komputerowymi, a później jeszcze, że piłkarzami - pamiętam to doskonale. Moje dzieci nie są jeszcze w takim wieku, żeby im mówić, co może być dla nich pożyteczne, a co nie. Poza tym dzisiaj rzeczywistość tak szybko się zmienia, świat wskoczył na tak wysokie obroty, że trudno przewidzieć, jaka będzie zawodowa przyszłość dzieciaków, które teraz mają po pięć czy siedem lat. Oczywiście, rozmawiamy i dyskutujemy z Frankiem w ten jego szczególny, dziecinny sposób - słucham, tłumaczę mu pewne rzeczy, opowiadam, ale nigdy do niczego nie zmuszam.

W te gry z nim grasz?

- Nie we wszystkie. Ale mamy taką jedną...

Jaką?

- "FIFA 15". I to jest rzecz, którą razem bardzo lubimy.

Pływasz jeszcze czasami?

- Nie mam czasu. Ale nawet jak idę na basen, rzadko wchodzę do wody.

Dlaczego?

- Nie wiem, po prostu mi się nie chce.

Ja przyznaję szczerze, że po latach intensywnych treningów długo nie mogłem wskoczyć do wody. Chyba musiałem odreagować.

- A ja po prostu zacząłem uprawiać bieganie, czyli kolejny bardzo indywidualny sport dla samotników. Kiedyś wymyśliłem sobie, że jeśli już zawodowo sobie odpuszczę, zostawię sobie tylko to bieganie.

Czyli znowu "samotność długodystansowca"?

- Nawet kiedyś próbowałem tak nazwać jedną ze swoich piosenek.

Artur Rojek . Gitarzysta, wokalista, autor tekstów, twórca i dyrektor artystyczny Off Festivalu. Przez 20 lat frontman zespołu Myslovitz, z którym nagrał osiem albumów. Współtwórca projektu Lenny Valentino. W zeszłym roku ukazał się jego pierwszy solowy krążek "Składam się z ciągłych powtórzeń", który osiągnął status platynowej płyty. Przez blisko dziesięć lat trenował pływanie. Został mistrzem polski juniorów na 400 metrów kraulem.

Mariusz Wiatrak . Dziennikarz - kiedyś muzyczny, dziś człowiek od wszystkiego. Kiedyś m.in. "Gazeta Wyborcza" i "Machina", dziś redaktor Kultura.gazeta.pl. Przez blisko dziesięć lat trenował pływanie. Specjalizował się w długich dystansach, dobrze rokował, ale w przeciwieństwie do swojego rozmówcy nigdy nie stanął na podium w zawodach ogólnopolskich.