Niedawno cały Facebook zrobił się tęczowy. I dobrze - to był znak poparcia wobec środowisk LGBT, także wyraz radości, że z powodu decyzji Sądu Najwyższego USA małżeństwa osób jednopłciowych uznaje się za legalne już we wszystkich stanach. Ponad 26 mln osób na całym świecie swoje zdjęcia profilowe przepuściło przez tęczowy filtr, żeby powiedzieć: mamy siłę, będziemy walczyć, żeby w przyszłości podobne przepisy obowiązywały w każdym zakątku naszego globu. Wirtualna kampania cieszyła się popularnością również w Polsce. Jednak nie obyło się bez przykrych incydentów, że wspomnę tylko zjadliwe komentarze, z którymi po zmianie swojej "profilówki" musiał walczyć Czesław Mozil .
To jednak nie jest właściwa puenta. O tym, jaki jest prawdziwy poziom tolerancji w naszym kraju - nie tylko wobec osób homoseksualnych, ale też w jakikolwiek sposób innych, wybijających się z tłumu - świadczą bowiem nie gesty na Facebooku (ważne i potrzebne), ale sprawa tragicznej śmierci Dominika, ucznia 1. klasy gimnazjum w Bieżuniu. Dominik popełnił samobójstwo, powiesił się, używając sznurowadeł. Dlaczego? Bo został zaszczuty przez "kolegów" ze szkoły. Bo był opluwany i obrażany na każdym kroku, ze względu na to, że nosił "rurki", że zdaniem swoich rówieśników miał dziwną fryzurę i był "pedziem". Chłopak nie wytrzymał tych obelg, w pożegnalnym liście napisał, że czuł się zerem. Tak samo czuje się wielu polskich nastolatków, którzy na co dzień, na własnej skórze, poznają, czym jest homofobia, szowinizm, wykluczenie. Często cierpią w milczeniu, boją się prosić o pomoc, myślą, że zasłużyli sobie na podobne traktowanie. Również w ich imieniu, w mocnym felietonie, wypowiada się u nas
Mike Urbaniak
. Nawiązując do własnych doświadczeń, upomina się o działanie nie tylko w przestrzeni wirtualnej, ale i w realu.
W Weekendzie odnosimy się też do zmowy milczenia, która obowiązuje w Polsce, jeśli chodzi o depresję i inne choroby psychiczne. Mówi o tym
Olaf Lubaszenko
, który notabene uważa, że to właśnie zmieniające się w kraju podejście do osób homoseksualnych jest miernikiem głębszych, zachodzących w społeczeństwie zmian. Aktor twierdzi, że Polacy niebawem oswoją się z problematyką "chorób duszy" i przestaną stygmatyzować tych, którzy na nie cierpią - podobnie jak rzekomo powoli przestają stygmatyzować środowisko LGBT. Chociaż równolegle mówi o tym, że człowiek zmagający się z depresją wciąż jest oceniany jako ten, który się obija, użala nad sobą, "boi wziąć się w garść".
W rozmowie ze mną Lubaszenko krąży wokół tematów, które zostały już zarysowane w opublikowanej niedawno książce
"Chłopaki niech płaczą"
, wywiadzie rzece, autorstwa Pawła Piotrowicza. I stara się je pogłębić. To podstawowe, ponawiane przeze mnie pytanie brzmi: jaki jest pana problem? Lubaszenko, korzystając z poczucia humoru i inteligencji, długo robi uniki. Przy okazji mówi jednak o: potrzebie kontroli i swoich lękach, rodzimym show-biznesie, medialnym przemyśle i jego ofiarach, polskiej martyrologii. W końcu dochodzi do sedna. Dlaczego schował się w swoim świecie? I czy jest już gotowy, żeby z niego wychynąć? Sprawdźcie sami. Zajrzyjcie do tekstu, którym otwieramy jutro nasz magazyn, i spotkajcie się z facetem po przejściach, który ma w sobie pokłady życiowej mądrości.
W niedzielę z kolei rozmowa z aktorem, który postanowił się sprawdzić w roli reżysera. Ryan Gosling tłumaczy u nas Katarzynie Kasperskiej , dlaczego akcję swojego reżyserskiego debiutu, "Lost River" (polska premiera 10 lipca), osadził w Detroit. O upadku tego miasta - przemysłowej potęgi, która dziś jest królestwem anarchii i polem, na którym kiełkują rozmaite eksperymenty - napisano już i nakręcono mnóstwo dzieł. Choćby ostatnio w naszych księgarniach pojawiła się książka "Detroit. Sekcja zwłok Ameryki" Charliego LeDuffa, no i wciąż można mieć w pamięci dokument "Detropia" (w reżyserii Heidi Ewing i Rachel Grady) oraz miejskie pejzaże z "Tylko kochankowie przeżyją" Jima Jarmuscha. Gosling miał jednak konkretny, oryginalny pomysł. Sięgnął po stylistykę surrealizmu, a głównymi bohaterami "Lost River" uczynił dzieci. Tym ostatnim posunięciem przysporzył sobie kłopotów... Po szczegóły odsyłam Was już do wywiadu z kanadyjskim dobrem narodowym.
A w Weekendzie także m.in.:
- Hell Week. Rewelacyjne zdjęcia i świetny tekst - nie jest to ocena na wyrost, zobaczycie sami - autorstwa dziennikarza i podróżnika Tomasza Michniewicza , któremu udało się dostać na trening Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej. To jedna z najlepiej wyposażonych i wyszkolonych jednostek specjalnych w Polsce. Również dlatego, że szkolenie, któremu jest poddawana, jest iście mordercze... Dość powiedzieć, że po 24 godzinach ciągłego treningu i presji psychicznej rekruci wchodzą w tzw. fazę Żywego Trupa. Na wierzch wychodzą wszystkie ich ukrywane wcześniej cechy osobowości...
- Radzimir Dębski. Stworzona przez niego - razem z raperem Miuoshem oraz Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach - "Historia hip-hopu" podbija świat. Bartkowi Strowskiemu Jimek opowiada tymczasem, dlaczego "nie płynie na fali". Wyjaśnia też, czemu nigdy nie wyprowadzi się z Polski na stałe, nawet jeśli kolejny raz spędzi większość roku w Los Angeles (a większość swoich oszczędności wyda na bilety). Dębski wspomina też swoje początki, kiedy to "hip-hop był jego buntem" i krętą drogą do muzycznej edukacji.
-
W Polskę z Filipem Springerem.
Nasz felietonista - na czas wakacji - zawiesza swój cykl, w ramach którego co dwa tygodnie prezentuje nam historię jednego miejsca, i rozpoczyna podróż po kraju, oczywiście w poszukiwaniu architektonicznych perełek. Efektem będą autorskie przewodniki. Pierwszy z nich, który publikujemy już w ten weekend, dotyczy fascynujących budynków, które czekają na nas (i liczną publikę trwającego właśnie Open'era) w Trójmieście. Wśród nich: falowce, Hala Olivii, Gdyńskie Muzeum Emigracji.
- Filozofia " zerowaste ". Pod tą nazwą kryje się świat bez śmieci. Maja Święcicka prezentuje u nas rodzinę, która rocznie produkuje jedynie słoik odpadów. Bea Johnson zdecydowała się wyeliminować śmieci z życia swojego i swoich najbliższych i pokazać to na swoim blogu. Ten szybko stał się hitem, przypadek Johnson opisał "The New York Times", a ona sama została konsultantką takich firm jak IKEA i General Electrics. Tak Bea wspomina wybuch popularności: - Zalała nas fala krytyki. Większość uznała, że jesteśmy szalonymi hipisami i jemy ze śmietnika. Dopiero w kolejnej publikacji wydrukowano nasze zdjęcia. Pokazaliśmy swój dom, całą rodzinę. I ludzie zrozumieli, że " zerowaste " może wyglądać dobrze i warto się nad tym zastanowić . Oj, warto.
Hanna Rydlewska . Redaktorka weekendowego magazynu Gazeta.pl