artykuły

Wszystko przez lustro w garderobie. Lustro w garderobie nowiutkiego trzypoziomowego penthausa Leo Minga w dzielnicy Huangpu naprawdę wytrąciło Eddiego z równowagi. Odkąd Szanghaj stał się imprezową stolicą Azji, Leo spędzał tu więcej czasu ze swoją najnowszą kochanką, urodzoną w Pekinie gwiazdką, której kontrakt musiał "odkupić" od chińskiej agencji filmowej za dziewiętnaście milionów (jeden milion za każdy rok jej życia). Leo i Eddie przylecieli na jeden dzień obejrzeć nowy superluksusowy apartament Leo i właśnie stali w wielkiej jak hangar, liczącej sto osiemdziesiąt metrów kwadratowych garderobie wyposażonej w całą ścianę panoramicznych okien, makasarskie hebanowe szafki i rzędy lustrzanych drzwi, które rozsuwały się automatycznie, ukazując cedrowe wieszaki na garnitury.

- Całość jest klimatyzowana - zaznaczył Leo. - W szafach w tej części temperatura stale utrzymuje się na poziomie trzynastu stopni Celsjusza, specjalnie dla moich włoskich kaszmirów, kurzych stopek i futer. Ale w gablotach z obuwiem jest dwadzieścia jeden stopni, bo to optymalna temperatura dla skóry, a poziom wilgotności wynosi trzydzieści pięć procent, dzięki czemu moje berluti i corthaye nigdy się nie pocą. Te dziecinki trzeba dobrze traktować, hei mai* [*po kantońsku: "prawda?" - przyp. red.]?

Eddie pokiwał głową, myśląc, że pora zrobić remont we własnej garderobie.

- A teraz pozwól, że pokażę ci piece de résistance - powiedział Leo, wymawiając piece jak angielskie peace .

Teatralnym gestem przesunął kciukiem po lustrzanym panelu i jego powierzchnia natychmiast przemieniła się w ekran o dużej rozdzielczości prezentujący naturalnych rozmiarów obraz modela w dwurzędowym garniturze. Nad jego prawym ramieniem unosiły się nazwy marek poszczególnych elementów garderoby wraz z informacją na temat tego, kiedy i gdzie już je nosił. Leo machnął palcem przed ekranem, jakby przerzucał kartkę, i model ukazał się w sztruksowych spodniach i swetrze zrobionym ściegiem warkoczowym.

- To lustro ma wbudowany aparat, który robi ci zdjęcie, a potem je przechowuje, żebyś mógł zobaczyć każdziuteńką rzecz, jaką kiedykolwiek nosiłeś, posegregowaną według daty i miejsca. Dzięki temu nigdy nie ubierzesz się dwa razy w to samo!

"Wszystko tu jest większe, lepsze i egzotycznie piękne" (fot. Shutterstock.com)

Zdumiony Eddie wpatrywał się w lustro.

- A, już to gdzieś widziałem - powiedział raczej mało przekonująco, gdyż zazdrość zaczynała przeżerać mu żyły.

Nagle nabrał ochoty, żeby pchnąć nalaną twarz przyjaciela na nieskazitelną lustrzaną ścianę. Leo znowu chwalił się nową lśniącą zabawką, na którą zaje***cie sobie zasłużył. Tak było od dzieciństwa. Kiedy Leo skończył siedem lat, ojciec dał mu tytanowy rower zaprojektowany na zamówienie przez byłych inżynierów NASA specjalnie dla jego pulchnej sylwetki (ukradziono go w niecałe trzy dni). Gdy szesnastoletni Leo marzył o zostaniu gwiazdą kantońskiego hip-hopu, ojciec zbudował mu nowoczesne studio nagrań i sfinansował wydanie pierwszej płyty (nadal można ją kupić na eBayu). Potem w 1999 roku zafundował Leo firmę internetową, której udało się stracić ponad dziewięćdziesiąt milionów dolarów i wypłynąć brzuchem do góry w szczycie internetowego boomu. A teraz to - najnowsze cacko w kolekcji niezliczonych domów na całym świecie podarowanych przez kochającego ojca. Tak, Leo Ming, zarejestrowany członek Klubu Szczęśliwej Spermy w Hongkongu, dostawał wszystko na wysadzanej brylantami tacy. Tylko Eddie mógł mieć takie gówniane szczęście, żeby urodzić się rodzicom, którzy nigdy nie dali mu ani centa.

"To lustro ma wbudowany aparat, który robi ci zdjęcie, a potem je przechowuje, żebyś mógł zobaczyć każdziuteńką rzecz, jaką kiedykolwiek nosiłeś, posegregowaną według daty i miejsca. Dzięki temu nigdy nie ubierzesz się dwa razy w to samo!" (fot. imtmphoto / Shutterstock.com)

W bez wątpienia najbardziej materialistycznym mieście na świecie, gdzie najważniejszą mantrą jest prestiż, plotkarze z najbardziej prestiżowych kręgów uznaliby pewnie, że Edison Cheng wiódł życie godne pozazdroszczenia. Przyznaliby, że urodził się w prestiżowej rodzinie (choć, szczerze mówiąc, rodowód Chengów był nieco pospolity), uczęszczał do wszystkich prestiżowych szkół (nic nie przebije Cambridge... no, może z wyjątkiem Oksfordu), a teraz pracował dla najbardziej prestiżowego banku inwestycyjnego w Hongkongu (szkoda jednak, że nie poszedł w ślady ojca i nie został lekarzem). W wieku trzydziestu sześciu lat Eddie zachował chłopięce rysy (zrobił się trochę pulchny, ale to nic - dzięki temu wyglądał zamożniej); dokonał dobrego wyboru, poślubiając Fionę Tung (stare pieniądze z Hongkongu - szkoda tylko, że jej ojciec wpakował się razem z dato' Tai Toh Luim w ten skandal z manipulowaniem akcjami), a jego dzieci, Constantine, Augustine i Kalliste, zawsze były doskonale ubrane i doskonale się zachowywały (czy ten młodszy syn nie był jednak trochę autystyczny?).

Edison i Fiona mieszkali w dwupoziomowym penthousie w Triumph Towers, w jednym z najatrakcyjniejszych budynków wysoko na Victoria Peak (pięć pokoi, sześć łazienek, ponad trzysta siedemdziesiąt metrów kwadratowych, nie licząc siedemdziesięciopięciometrowego tarasu), gdzie zatrudniali dwie Filipinki i dwie Chinki z kontynentu (Chinki lepiej sprzątały, a Filipinki wspaniale radziły sobie z dziećmi). Ich wypełnione biedermeierami mieszkanie, urządzone przez znanego, pracującego w Hongkongu austriacko-niemieckiego dekoratora wnętrz Kaspara von Morgenlattego na wzór habsburskich pawilonów myśliwskich, opisano niedawno w "Hong Kong Tattle" (Eddie pozował do zdjęć, dumnie stojąc obok marmurowych spiralnych schodów w zielonej niczym las tyrolskiej marynarce, z włosami gładko zaczesanymi do tyłu i z Fioną rozłożoną u jego stóp w niewygodnej pozycji i ubraną w bordową suknię od Oscara de la Renty).

"Jego rodzice zawsze byli egoistami. Zapłacili za jego kształcenie i kupili mu pierwsze mieszkanie, ale zawiedli go w najważniejszej kwestii - nie umieli odpowiednio obnosić się ze swoim bogactwem" (fot. KPG_Payless / Shutterstock.com)

W podziemnym garażu należało do nich pięć miejsc parkingowych (każde warte dwieście pięćdziesiąt tysięcy), a na ich flotę składały się: bentley continental GT (samochód Eddiego w dni powszednie), aston martin vanquish (samochód Eddiego w weekendy), volvo S40 (samochód Fiony), mercedes S550 (samochód rodzinny) i porsche cayenne (rodzinny pojazd sportowy). W marinie Aberdeen cumował ich dwudziestojednometrowy jacht "Kaiser". Oprócz tego mieli jeszcze wakacyjne mieszkanie w Whistler w Kolumbii Brytyjskiej (jedyne miejsce, w którym warto było się pokazać na nartach, gdyż o godzinę drogi stamtąd, w Vancouver, działała całkiem znośna restauracja z kantońskim jedzeniem).

Eddie był członkiem Chińskiego Towarzystwa Sportowego, Klubu Golfowego w Hongkongu, Klubu Chińskiego, Klubu Hongkongu, Klubu Krykieta, Klubu Dynastycznego, Klubu Amerykańskiego, Jockey Clubu, Królewskiego Yacht Clubu w Hongkongu i zbyt wielu prywatnych klubów dyskusyjnych, żeby je wymieniać. Jak większość mieszkańców Hongkongu z najwyższych sfer, Eddie posiadał także coś, co było chyba najlepszą kartą członkowską - kanadyjskie karty stałego pobytu dla całej rodziny (bezpieczna przystań, w razie gdyby pekińskie władze kiedykolwiek zapragnęły powtórki z placu Tiananmen). Kolekcjonował zegarki i obecnie posiadał ponad siedemdziesiąt egzemplarzy od najwyżej cenionych zegarmistrzów (wyłącznie szwajcarskie, rzecz jasna, nie licząc kilku klasycznych cartierów), które zainstalował w zrobionej na zamówienie gablotce z twardego klonowego drewna w swojej prywatnej garderobie (jego żona nie miała własnej garderoby). Od czterech lat figurował na liście "najchętniej zapraszanych" ludzi "Hong Kong Tattle" i jak przystało na mężczyznę o takim statusie, od poślubienia Fiony trzynaście lat temu zaliczył już trzy kochanki.

Mimo tego nadmiaru bogactwa Eddie czuł się skrajnie ubogi w porównaniu z większością swoich przyjaciół. Nie miał domu na Peak. Nie miał własnego samolotu. Nie miał pełnoetatowej załogi na swoim jachcie, który był o wiele za mały, żeby wygodnie pomieścić więcej niż dziesięcioro gości na branczu. Nie miał żadnych dzieł Rothka, Pollocka ani innych nieżyjących amerykańskich artystów, które należało powiesić na ścianie, by w dzisiejszych czasach zasłużyć na miano naprawdę bogatego człowieka. I w przeciwieństwie do Leo miał staromodnych rodziców - odkąd skończył studia, nalegali, żeby utrzymywał się z własnej pensji.

"Od czterech lat figurował na liście "najchętniej zapraszanych" ludzi "Hong Kong Tattle" i jak przystało na mężczyznę o takim statusie, od poślubienia Fiony trzynaście lat temu zaliczył już trzy kochanki" (fot. KPG_Payless / Shutterstock.com)

Uważał, że to cholernie niesprawiedliwe. Rodzice byli dziani, a gdy jego singapurska babcia w końcu kopnie w kalendarz, matka miała odziedziczyć kolejną nieprzyzwoitą fortunę. (Ah ma przeżyła dwa zawały w ciągu ostatnich dziesięciu lat, ale wszczepiono jej defibrylator i teraz mogła ciągnąć jeszcze Bóg wie jak długo). Niestety, rodzice też cieszyli się doskonałym zdrowiem, więc w najbliższym czasie nie było szans na to, że się przekręcą i pieniądze zostaną podzielone między niego, jego jędzowatą siostrę i nic niewartego brata. Eddie ciągle próbował oszacować wartość netto rodziców, czerpiąc przede wszystkim z informacji przekazywanych mu przez przyjaciół działających na rynku nieruchomości. Stało się to jego obsesją i przechowywał na komputerze w domu arkusz kalkulacyjny, skrupulatnie aktualizując go co tydzień zgodnie z najnowszą wyceną nieruchomości, na podstawie której obliczał później swój potencjalny przyszły udział. Zdawał sobie jednak sprawę, że bez względu na to, co mu wyjdzie z tych obliczeń, postępowanie rodziców gwarantuje, że najprawdopodobniej nigdy nie znajdzie się na liście dziesięciu najbogatszych mieszkańców Hongkongu w "Fortune Asia".

Jego rodzice zawsze byli egoistami. Jasne, wychowali go, zapłacili za jego kształcenie i kupili mu pierwsze mieszkanie, ale zawiedli go w najważniejszej kwestii - nie umieli się odpowiednio obnosić ze swoim bogactwem. Ojciec, mimo całej sławy i cenionych umiejętności, dorastał w klasie średniej i zachował typowe dla tej klasy gusta. Wystarczały mu renoma cenionego lekarza, podwożonego wszędzie przez szofera tym haniebnie przestarzałym rolls-royce'em, zardzewiały zegarek audemars piguet i wizyty w klubach. Do tego dochodziła matka. Strasznie skąpa, wiecznie licząca każdy grosz. A mogłaby zostać jedną z królowych śmietanki towarzyskiej, gdyby tylko wykorzystała swoje arystokratyczne pochodzenie, nosiła sukienki od projektantów albo wyprowadziła się z mieszkania w Mid-Levels. Z tego przeklętego mieszkania.

"Prywatny odrzutowiec ze studiem jogi i spa na pokładzie, studwudziestometrowy jacht wyposażony w salę balową, salon karaoke, kasyno, bar sushi, dwa baseny i kręgielnię, ubrania wartości kilku mieszkań w Paryżu..." (fot. Shutterstock.com)

Eddie nie znosił odwiedzać rodziców w ich domu. Nie znosił korytarza z tandetną podłogą z mongolskiego granitu i starej dozorczyni, która wiecznie jadła śmierdzące tofu z plastikowego woreczka. W mieszkaniu nie znosił brzoskwiniowej modułowej kanapy i białych lakierowanych szafek (kupionych na totalnej wyprzedaży w Lane Crawford przy Queen's Road w połowie lat osiemdziesiątych), szklanych kamieni na dnie każdego wazonu ze sztucznymi kwiatami, przypadkowej kolekcji obrazów z chińską kaligrafią (prezenty od pacjentów ojca) tworzącej skupiska na ścianach oraz dyplomów medycznych i tabliczek ciągnących się rzędem nad zawieszoną u góry półką okalającą salon. Nie znosił przechodzić obok swojego dawnego pokoju, który musiał dzielić z młodszym bratem, wyposażonego w pojedyncze łóżka w żeglarskim klimacie i granatową meblościankę z IKEA, stojącą tam mimo upływu tych wszystkich lat. Najbardziej nie znosił ogromnego wyzierającego zza telewizora z dużym ekranem rodzinnego portretu w orzechowej ramie, który wiecznie z niego szydził przydymionym brązowym tłem z zakładu fotograficznego, opatrzonym złotym tłoczonym napisem SAMMY PHOTO STUDIO w prawym dolnym rogu. Nie znosił tego, jak wyglądał na tym zdjęciu - skończył dziewiętnaście lat, właśnie przyjechał do domu po pierwszym roku w Cambridge, miał sięgające ramion pierzaste włosy, tweedową marynarkę od Paula Smitha, która wydawała mu się wtedy taka fajna, i wesoło opierał łokieć na ramieniu matki. Jak jego matka, urodzona w rodzinie z wyjątkowymi tradycjami, mogła być tak kompletnie pozbawiona gustu? Przez lata błagał, żeby zrobiła remont albo się przeprowadziła, ale odmawiała, twierdząc, że "nie umiałaby się rozstać ze wszystkimi pięknymi wspomnieniami związanymi z wychowywaniem tam dzieci". Z jakimi pięknymi wspomnieniami? Pamiętał tylko, że dorastając, był zbyt zażenowany, żeby zapraszać kolegów (chyba że mieszkali w mniej prestiżowym budynku niż on), a okres dojrzewania upłynął mu w ciasnej toalecie, gdzie masturbował się pod umywalką, zapierając się nogami o drzwi (nie było zamka).

Stojąc w nowej szanghajskiej garderobie Leo i patrząc przez panoramiczne okna, jak dzielnica handlowa Pudong połyskuje po drugiej stronie rzeki niczym Xanadu, Eddie przysiągł sobie, że pewnego dnia sprawi sobie tak fajną garderobę, że ta będzie przy niej wyglądała jak pieprzony chlewik. A tymczasem miał coś, czego nie mogły kupić nawet nowe, świeżutkie

pieniądze Leo: grube, wytłaczane zaproszenie na ślub Colina Khoo w Singapurze.

Fragment pochodzi z książki "Bajecznie bogaci Azjaci"

"Bajecznie bogaci Azjaci" (fot. materiały promocyjne)

Kevin Kwan . Amerykańsko-azjatycki pisarz. Urodził się w Singapurze, aktualnie mieszka na Manhattanie. Doskonale zna i przedstawia szczegóły życia najbogatszych Azjatów. W szalonym tempie zdobywa fanów na całym świecie, uwielbiają go redaktorki naczelne największych pism kobiecych jak "Vanity Fair", "InStyle", "Glamour", "Vogue". Jego powieść "Bajecznie bogaci Azjaci" ma być zekranizowana.