artykuły
Razem z autorami książki "Farmagedon" odbywamy przerażającą wyprawę w głąb naszego systemu żywienia (fot. Compassion in World Farming)
Razem z autorami książki

Któregoś zimowego dnia przewodniczący Mao uznał, że wróble zjadają za dużo ziarna, co zagraża rozwojowi gospodarczemu Chin. Komunistyczna Partia Chin nie ma zwyczaju się patyczkować z przeszkodami stającymi na drodze rozwoju. Wróblom wydano wojnę. Prawie całe chińskie społeczeństwo zostało postawione pod broń. Starcy płoszyli ptaki patelniami, uczennice uzbrojone w wiatrówki strzelały do pojawiających się ptaków, nastolatkowie wspinali się na drzewa i niszczyli jaja w gniazdach. Wróble były bez szans. Mao jednak nie zwrócił uwagi na jedną istotną sprawę. Ptaki te były ważnym ogniwem łańcucha pokarmowego. Gdy zniknęły, obficie rozmnożyły owady, którymi się żywiły, i pożarły uprawy. Zamiast oczekiwanego wzrostu ilości pożywienia Chiny spotkała klęska głodu.

Obecnie robimy coś podobnego, tylko na większą skalę i bez takiego rozgłosu. Za zamkniętymi drzwiami ferm oraz w oddalonych rejonach świata, gdzie wycina się lasy, aby zapewnić pożywienie krowom, kurom i świniom, rozwija się nowy porządek przemysłowego rolnictwa i chowu zwierząt, który może doprowadzić do klęski nasz system żywienia, a nawet zagrozić dalszemu rozwojowi planety. Jednak realia produkcji taniego mięsa pozostają ukryte.

Zwierzęta hoduje się na masową skalę (fot. Compassion in World Farming)

Gdy Philip Lymbery, współautor książki "Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa" i dyrektor generalny Compassion in World Farming, odwiedził pola uprawne i gaje owocowe w Central Valley w Kalifornii, uderzył go smród chemikaliów i brak właściwie jakichkolwiek owadów czy ptaków. Ilość środków owadobójczych i chwastobójczych, którymi spryskiwane są rośliny, sprawia, że ziemia staje się wyjałowiona i nic poza wybranymi gatunkami nie może tam rosnąć ani żyć. To pestycydy i inne chemikalia stosowane przy uprawie roślin GMO są po części odpowiedzialne za masowe wymieranie pszczół. A gdy pszczoły wymrą, kto będzie zapylał drzewa morelowe i nie tylko?

Philip Lymbery, współautor książki "Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa" (fot. Compassion in World Farming)

Amerykanie na razie jakoś sobie z tym radzą. Od niedawna lepszym biznesem dla pszczelarzy niż produkcja miodu jest wynajmowanie pszczół, które jadą często setki kilometrów, żeby zapylić co trzeba w miejscach, gdzie nie ma już tego komu robić. Chińczycy są jeszcze bardziej innowacyjni. Niewielkie koszty siły roboczej pozwalają pszczoły zastąpić ludźmi, którzy z kijkiem i nadzianą na niego gąbką chodzą od kwiatka do kwiatka i zapylają. A to tylko część konsekwencji rozwijającego się rynku przemysłowej hodowli zwierząt.

Wszystko zaczęło się po II wojnie światowej. To ostatni raz, gdy ludziom w krajach pierwszego świata widmo głodu zajrzało w oczy. Ostatni raz, gdy media i rząd nawoływały do oszczędzania. Nic dziwnego, że społeczeństwa naznaczone doświadczeniem wojennych wyrzeczeń chciały się w końcu najeść do syta. Przemysłowa hodowla zwierząt wydawała się idealnym rozwiązaniem. Po co marnować czas i hektary pól na wypasanie zwierząt, skoro można je zgromadzić w metalowych barakach, gdzie będzie łatwiej o nie zadbać? Z pomocą przyszła technologia. Hormony wzrostu, antybiotyki stały się nowym standardem wśród hodowców zwierząt, którym zależało, żeby ich pociechy rosły szybko i zdrowo. Niestety koncentracja zwierząt na małej powierzchni powodowała, że częściej chorowały, więc bywa, że antybiotyki podawane są profilaktycznie. Szczególnie w krajach, gdzie podawania leków zwierzętom nikt nie kontroluje, jak np. w Chinach. Ale nie tylko.

Świńskie fermy to monstrualne fabryki mięsa (fot. Compassion in World Farming)

Już dziś 80 proc. antybiotyków stosowanych w USA podaje się zwierzętom, z czego większość w celu zwiększenia ich wzrostu i prewencyjnie, a nie - aby je leczyć. Na potęgę podaje się je nawet rybom. Naukowcy od dawna ostrzegają, że nadużywanie antybiotyków powoduje, że powstają szczepy bakterii odporne na leki. I kolejne. Od pewnego czasu coraz więcej się słyszy o genie NDM zwanym New Delhi, który uodparnia bakterie na wszelkie antybiotyki. Nosiciel takiej bakterii może umrzeć z powodu prostej infekcji. Naukowcy pozostają bezradni, ale ciągle mają nadzieję, że coś się uda wymyślić. Bo zawsze się udawało.

(fot. Compassion in World Farming)

Nadużywanie antybiotyków przez przemysł mięsny to jednak niejedyne zagrożenie z nim związane. Kolejny to hektolitry odchodów, jakie powstają na fermach przemysłowych. Przez wieki gnojowica była stosowana jako doskonały nawóz, ale wraz ze zwiększeniem się konsumpcji mięsa nie bardzo jest co zrobić z tonami g**na produkowanymi przez świnie i krowy. Aby lepiej uświadomić sobie ten fakt, warto obejrzeć zdjęcia satelitarne, zebrane przez artystę Mishkę Hennera. Jeziora różnokolorowego guana otaczające amerykańskie fermy tworzą surrealistyczne i przerażające wrażenie. Ilość odchodów spływających do mórz i oceanów jest tak wielka, że zabija florę i faunę, doprowadzając przy okazji do rozwoju cuchnących glonów.

(fot. Compassion in World Farming)

Nawet na plażach cywilizowanej Bretanii zdarzały się już pierwsze śmiertelne wypadki osób zatrutych wyziewami zielenic, a w USA doszło do największego do tej pory wycieku ze zbiornikami z odchodami. Do rzeki dostało się 117 milionów litrów płynnego nawozu. Była to jedna z największych katastrof ekologicznych w Stanach. Jednak znacznie gorzej jest w krajach, gdzie nie obowiązują żadne standardy środowiskowe. Na Białorusi bywa, że odchody spływają prosto do rzek i jezior. A stamtąd płyną swobodnie dalej, zatruwając nasz Bałtyk. Ten problem by nie istniał, gdybyśmy pozostali przy tradycyjnym rolnictwie, które potrafiło wykorzystywać odchody, zamiast budować specjalne opancerzone jeziora do ich przechowywania.

Właściwie z której strony nie spojrzeć, przemysł mięsny ma jakiś brud za uszami. Przetwarzanie drobiu jest jedną z branż o najwyższym współczynniku niepowodujących zgonów chorób zawodowych. Na chłopski rozum, co może być niezdrowego w opiece nad kurami? Jednak gdy uświadomić sobie, że bywają zakłady, które przetwarzają 200 tysięcy ptaków dziennie, a robotnik musi podwiesić na poruszających się hakach 26 żywych kurczaków w ciągu minuty, to łatwo zrozumieć ciężar tej pracy. Osoby zajmujące się umieszczeniem kur w klatkach czasem mają ręce dwukrotnie większe niż normalne, istnieje nawet specjalne określenie dla ich choroby zawodowej, spowodowanej ściskaniem przez lata zbyt wielu kurczaków w dłoni - "szponiaste ręce". Pracę w zakładach drobiarskich często wykonują robotnicy pozbawieni ubezpieczenia zdrowotnego na nieokreślonych warunkach. Czerpać zyski z taniego mięsa jest łatwiej, gdy koszty ponosić będzie ktoś inny.

O ile o ludziach można teoretycznie powiedzieć, że sami sobie wybierają taki los, bo w końcu zawsze mogą zmienić pracę albo założyć firmę, o tyle zwierząt nikt nie pyta, czy chcą być hodowane w taki, a nie inny sposób. Rozwijając fermy przemysłowe, tworzymy brojlery genetycznie uwarunkowane do cierpienia. Tuczymy je i modyfikujemy, aby dawały więcej mięsa, nie zważając na to, że ich cienkie nogi nie są w stanie unieść tego ciężaru. W samej Georgii, jednym ze stanów USA, 42 miliony kurczaków ginie, zanim jeszcze zdąży osiągnąć masę ubojową. Ptaki - trzymane w niewielkich klatkach z przyciemnionym światłem, co celowo zaburza ich naturalny rytm życia - w większości nigdy nie widzą słońca ani nie dotykają gleby. Niewielka powierzchnia do życia sprawia, że stają się agresywne, więc wycina im się dzioby. Świnie zresztą nie mają lepszego losu. Stojąc całymi dniami w swoich odchodach, nierzadko nie są w stanie unieść masy własnego ciała, więc cierpią na liczne zwyrodnienia stawów.

(fot. Compassion in World Farming)

Jeśli kogoś jednak nie przekonuje cierpienie zwierząt poddanych przemysłowej hodowli, może pomyśleć o własnym zdrowiu. Trzeba zjeść cztery kurczaki z fermy przemysłowej, aby dostarczyć organizmowi tyle samo składników odżywczych, ile zawiera jeden organiczny kurczak. Przemysłowe brojlery, karmione sztuczną paszą, mają trzykrotnie więcej tłuszczu i o 40 procent mniej białka niż te, którym pozwala się samodzielnie szukać pożywienia. Podobnie jest w przypadku innych zwierząt. Wołowina krów wypasanych na pastwiskach zawiera 25-50 procent mniej tłuszczu niż ta od krów z ferm przemysłowych. Nic dziwnego, że otyłość i choroby serca zbierają coraz większe żniwo.

Hodowla przemysłowa miała być rozwiązaniem problemu głodu. Wcale jednak tak się nie stało. Już teraz produkujemy pokarm mogący wyżywić dziewięć miliardów ludzi. Jednak sporą część tego pożywienia pożerają zwierzęta. W efekcie pogłębiają się nierówności. Bogate kraje są w stanie drożej kupować kukurydzę i soję, które przeznaczają na paszę dla zwierząt, i nie trafiają one w efekcie na rynki krajów rozwijających się. Nasz ciągle rosnący apetyt na mięso powoduje wzrastające ceny żywności, które stają się przyczynkiem do konfliktów zbrojnych i wojen. A przecież nie musiałoby tak być. Krowy i kury przez wieki żywiły się trawą i innymi roślinami niezdatnymi do spożycia przez ludzi. Świnie w ogóle były superekologiczne, bo zjadały resztki pożywienia. Zaburzyliśmy jednak ten rytm w imię efektywności i wzrostu produkcji.

(fot. Compassion in World Farming)

Dziś już nie mamy problemu z niedoborem żywności, ale z jej nadmiarem. Doszliśmy do etapu, że możemy sobie pozwolić na to, żeby 40 procent jedzenia było marnowane na różnych etapach produkcji i konsumpcji, a jednocześnie nie rozwiązaliśmy problemu głodu. Wciąż 800 milionów ludzi głoduje na świecie. Jeszcze więcej cierpi z powodu otyłości. To tylko pozorny paradoks.

Wbrew temu, co starają się nam wmówić koncerny, chów przemysłowy i zintensyfikowane rolnictwo nie są jedynym słusznym rozwiązaniem. 55 miliardów kurczaków, które są obecnie hodowane na Ziemi - gdyby je wypuścić z klatek - zmieściłoby się na powierzchni równej Wyspom Hawajskim. Do tego nie trzeba by wycinać tyle lasów, żeby hodować dla nich paszę, bo mogłyby się żywić tym, co znajdą na polu. Obecnie pod uprawę paszy wykorzystuje się powierzchnię równą całej Unii Europejskiej. Z każdych sześciu kilogramów białka roślinnego podawanego zwierzętom odzyskujemy jedynie kilogram białka zwierzęcego. Gdybyśmy jedli mniej mięsa, a zwierzęta hodowali w bardziej zrównoważony sposób, mogłoby to być nie tylko zdrowsze dla nas wszystkich, ale także pomocne w rozwiązaniu kryzysu żywnościowego i ekologicznego.

(fot. Compassion in World Farming)

Tego wszystkiego, a nawet znacznie więcej, możemy się dowiedzieć z książki "Farmagedon" Philipa Lymbery'ego i Isabel Oakeshott. Autorzy zabierają nas na fascynującą, choć przerażającą wyprawę w głąb naszego systemu żywienia. Nie zawsze jest to przyjemna, ale zawsze wciągająca i pouczająca lektura. Choć wiele czytam o losach jedzenia, to żadna inna książka w tak systematyczny i interesujący sposób nie uporządkowała mi tej wiedzy.

Nie brak też w "Farmagedonie" wątków dramatycznych - losów ludzi, którzy ponoszą koszt obecnego systemu produkcji taniego mięsa. Autorzy między innymi przytaczają słowa kobiety z Rosario, gdzie w ostatniej dekadzie powstały ogromne plantacje soi, zanieczyszczające środowisko i powodujące liczne choroby mieszkańców. Rak wątroby występuje tam dziesięć razy częściej niż w innych regionach. Inne rodzaje raka kilka razy częściej. Lillian z mężem przez jakiś czas planowała spakować manatki i przenieść się gdzieś indziej, ale ostatecznie została: Chcieliśmy nauczyć dzieci, że nie uciekasz, gdy pojawia się problem. Trzeba stawić mu czoło, zająć się nim . Zostali i walczą o to, aby przemysł rolniczy w ich okolicy się zmienił. Bo wciąż jeszcze może się zmienić. A przynajmniej książka "Farmagedon" daje taką nadzieję.

(fot. materiały promocyjne)

Jaś Kapela (1984). Pisarz, poeta, felietonista Krytyki Politycznej. Autor dwóch tomików poetyckich ("Reklama" oraz "Życie na gorąco"), dwóch powieści ("Stosunek seksualny nie istnieje" oraz "Janusz Hrystus") i zbioru felietonów "Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu" (2011). Nakładem wydawnictwa Krytyki Politycznej wydał niedawno swoją najnowszą powieść "Dobry troll".