artykuły

"Boylesque Show", wystawiane w twoim Teatrze Druga Strefa, to oryginalny projekt, w którym nie występują kobiety, jak w typowej burlesce, tylko mężczyźni. Stworzyłeś go we współpracy z Betty Q, polską performerką i nauczycielką burleski. Jak doszło do waszej współpracy?

- W ubiegłym roku w styczniu przyszła do mnie Betty Q, która szukała miejsca mogącego stać się stałą platformą burleski w Warszawie. Jednak na naszym pierwszym spotkaniu nie dogadaliśmy się. Dla mnie ona była mainstreamową gwiazdą telewizyjną, a ona widziała we mnie wielkiego pana dyrektora. Po tym spotkaniu byłem przekonany, że nic z tego nie będzie. Zaproponowałem jej jednak wejście z dwoma numerami burleskowymi do rewii operowej, którą wtedy przygotowywaliśmy. Chciałem ten spektakl jakoś przełamać. Uważam bowiem, że opera jest dla ludzi, a ta etykieta patosu i tego, że trzeba się ładnie ubrać na taki spektakl, zniechęca część widzów.

Takie podejście spodobało się widowni?

- Na tyle, że pomyślałem wtedy, że to może być początek dobrej współpracy. Przystąpiliśmy do kolejnego wspólnego projektu. Już w kwietniu wystawiliśmy pierwszą pełną burleskę, która nazywała się "Cirque du Burlesque". Graliśmy ją dwa wieczory, bilety bardzo szybko się sprzedały, a sala wypełniła się po brzegi. I to było coś. Spodziewałem się wielu ludzi, ale nie aż tak dobrego przyjęcia. Pomyślałem więc, żeby iść za ciosem, i zapytałem Betty, czy mężczyźni też robią burleskę. Ona podesłała mi linki do nagrań na YouTube do światowych spektakli. Zacząłem się zastanawiać, czy czegoś takiego nie można byłoby zrobić w Polsce. Mieliśmy z Betty różne koncepcje. Postanowiłem jednak dać jej wolną rękę, bo to ona jest specjalistką tego gatunku, jest matką burleski w Polsce.

Czyli "Boylesque Show" to projekt zupełnie innowacyjny w naszym kraju?

- Nie była to pierwsza boyleska w Polsce, ale pierwszy show składający się wyłącznie z męskich numerów boyleskowych. Wtedy oczywiście nie sądziłem, że Polska jest gotowa na coś takiego. Mój teatr ma stałą publiczność, która bardzo pilnuje tego, co wystawiamy, ale i tak miałem obawy, czy ona przyjdzie. Jeszcze burleska z kobiecym ciałem, kobietami rozbierającymi się, mogła być dla niej zachęcająca, ale już męskie nagie ciało, które jest tabu w Polsce, wydawało mi się nie do przełknięcia.

Betty Q, polska performerka i nauczycielka burleski (fot. archiwum Teatru Druga Strefa)

Ale przecież teatr wyjątkowo chętnie rozbiera ostatnio mężczyzn.

- A recenzenci piszą zawsze, że to jest uzasadnione. Kiedy Jacek Poniedziałek rozebrał się w latach 90. ubiegłego wieku w "Hamlecie", wszyscy widzieli w tym głęboki sens.

Sądziłeś, że w nagim ciele z boyleski już takiego sensu się nie dopatrzą?

- W burlesce nie jest tak, że ona musi się składać wyłącznie z numerów rozbieranych, natomiast trzeba zaznaczyć, że każda burleska jest polityczna. Na pewno przełamuje tabu związane z ciałem, z nagością, ale też porusza dużo tematów społecznych i kulturowych, zachęca do dyskusji, prowokuje proces myślowy u widza. I takie było nasze założenie w boylesce. Nasza składa się z jedenastu numerów, z których trzy są mocno zaangażowane.

Jak przygotowaliście aktorów do rozbierania się na scenie?

- Betty podeszła do tego bardzo profesjonalnie. Na pierwszej próbie powiedziała, że trzeba wejść na scenę i zdjąć z siebie jedną rzecz. Zaczynaliśmy warsztaty z nią w sześć osób, do końca dotrwało pięciu performerów. To był powrót do dzieciństwa, do zabawy w teatr. To sprawiało nam frajdę. Ona tłumaczyła nam, jak przygotować numer, który nie jest sensu stricto estetyczny, tylko coś z sobą niesie. Przekaz był najważniejszy. Dzięki temu każdy performer mógł skupić się na tym, co chce widzom powiedzieć.

Potem robiliśmy sami kostiumy i dekoracje, co było absolutną gratką. Wyobraź sobie grupę facetów, która siedzi wspólnie i wycina jakieś rzeczy ze skóry, bawi się brokatem i nićmi, robi wyklejanki. To też pozwoliło nam się bardzo zżyć. Pomagaliśmy sobie zdobywać materiały, współpracowaliśmy. Dało nam to też siłę, żeby przebrnąć przez pierwszy pokaz.

Stresowaliście się bardzo przed premierą?

- Nie wiedzieliśmy, jak show zostanie odebrane. Sam najbardziej bałem się tego, że ludzie przyjdą na chippendales, a nie na boyleskę, bo nie wiedzą, co to jest. Świadomość tego gatunku jest w Polsce bardzo mała. Trzeba pamiętać o tym, że burleska kocha każde ciało. A żyjemy w kraju, w którym ciało określają wzorce z kolorowych gazet, gdzie ono jest zawsze smukłe, ma proporcjonalne wymiary, faceci mają sześciopak na brzuchu. Bałem się, że ludzie właśnie takie piękne ciała będą chcieli oglądać. A tu się nagle okazuje, że wychodzi pięciu dziwnych facetów - żaden nie ma sześciopaku, nie mamy po te dwadzieścia, dwadzieścia parę lat, tylko więcej, jeden jest Wietnamczykiem, inny uwielbia chodzić w szpilkach. Banda freaków pojawia się na scenie i robi swoje numery.

Tymczasem już po pierwszym numerze było wiadomo, że to chwyciło. Publiczność zaczęła szaleć. Z każdym kolejnym numerem atmosfera na widowni była gorętsza. Widownia burleskowa skończyła nam się po drugim show, bo tyle jest takiej publiczności w Polsce. Na kolejne spektakle przychodzili ludzie, którzy kompletnie nie wiedzieli, czym jest burleska. Usłyszeli od kogoś, że coś takiego jest, przeczytali recenzję.

A jakie recenzje się pojawiły?

- Głównie pozytywne. Była jedna, która ukazała się niedawno, zarzucająca nam, że pokazujemy brzydkie ciała i że to, co robimy, to nie jest boyleska.

Bardzo lubię, kiedy ludzie, którzy w ogóle nie wiedzą, co to jest boyleska, piszą z tego recenzję tak jak z regularnego spektaklu teatralnego, nie mając narzędzi. W tym show nie ma numerów, które mogą obrzydzać. A jeśli komuś nie odpowiada takie ciało, jakie któryś z nas pokazuje na scenie? Cóż, nie musi się to wszystkim podobać. Natomiast jeśli jego to brzydzi, to znaczy, że kompletnie nie kupuje konwencji, bo tak jak powiedziałem, burleska kocha każde ciało. Jeśli ktoś szuka tu atletycznych Adonisów, to znaczy, że pomylił miejsce.

Kim Lee w "Boylesque Show" (fot. archiwum Teatru Druga Strefa)

Wasz spektakl wydaje mi się na tyle kontrowersyjny, że nieatletyczne nagie ciało to chyba najmniejszy problem.

- Drugą część otwiera cytat z "Kabaretu" Boba Fossego, kiedy blondynek z Hitlerjugend śpiewa "Tomorrow belongs to me", trzymając rękę w hitlerowskim pozdrowieniu. Sam wykorzystałem ten numer wielokrotnie w spektaklach. W "Boylesque Show" to jest numer, który wykonuje Wietnamczyk ubrany w strój Hitlerjugend ze swastyką na ramieniu, ma unieruchomioną jedną rękę w "Heil Hitler", a drugą ręką się rozbiera. Jeśli ktoś w tym widzi propagowanie faszyzmu, to ja mu gratuluję wiedzy kulturowej.

W "Kabarecie" Fossego też wielu widzów dopatrzyło się nie krytyki, tylko afirmacji faszyzmu. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby i w waszym show dopatrywano się jego promocji.

- I tak było. Numer kończy się tym, że performer zostaje w cekinowych majtkach, z muszką na szyi, zakłada cylinder i tańczy do "Witajcie w kabarecie" z tego samego filmu. Po którymś show do naszego szefa technicznego podeszła kobieta i zapytała go, czy dyrektor teatru ma świadomość, że propagowanie w Polsce nazizmu jest zakazane. Według mnie, jeśli ktoś dopatruje się w tym propagowania nazizmu, to co powiedzieć o chłopcach, którzy 11 listopada wychodzą na marsz niepodległości obwieszeni w różne znaczki? Może warto byłoby się zastanowić, gdzie łamanie prawa naprawdę występuje. Ten numer jest mocny, publiczność czasami siedzi wbita w fotel, czasami bardzo żywiołowo reaguje. Ale końcowy numer z "Kabaretu" rozładowuje to napięcie. Ten kontrast się sprawdza. A to jeden z prostszych numerów. Po raz kolejny okazuje się, że im prostszy numer, tym mocniejszy przekaz.

W "Boylesque Show" pojawia się też biały orzeł, który na koniec numeru staje się tęczowy. To przykład patriotyzmu czy świadectwo zdezawuowania symboli?

- Staram się być mimo wszystko patriotą. Z numerem z orłem problemu nie mam. On zaczyna się fragmentem wiersza Miłosza "I ten orzeł znaczył już nie to samo", a kończy tym, że orzeł staje się tęczowy.

Nasz patriotyzm mocno się zdezawuował. Albo mamy ten najgorszy patriotyzm z czasów PRL-u, powiązany z II wojną światową, nienawiścią do Niemców i tak dalej, albo ten po '89 roku, w którym wszyscy są naszymi wrogami, jesteśmy pępkiem świata i każdy chce na nas napaść. Do tego dochodzą jeszcze ci wrogowie wewnętrzni, bliżej nieokreśleni. Nie zmienię tym numerem tego w żaden sposób, choćbym chciał, bo ja szukam radosnego patriotyzmu, takiego jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie on nie jest - tak jak u nas - oparty na martyrologii.

Jego fundamentem są jednak wyzysk, kolonializm i niewolnictwo. Korzenie naszego patriotyzmu są zgoła inne - to walka o wolność i niepodległość.

- Ale kiedy u nas obchodzi się jakieś rocznice, to nie dotyczą one żadnych zwycięstw, ale wyłącznie klęsk narodowych. Nie potrafimy docenić wygranego powstania wielkopolskiego, ale wszystkie przegrane upamiętniamy regularnie, z pompą i łzami. Tak samo katastrofa smoleńska - wielka tragedia, stało się, a my to dalej celebrujemy. Pomysł z orłem zaczerpnięty jest z klasycznego numeru burleskowego. On jest mocno polski, z bardzo patriotyczną piosenką o Polsce, wypełnioną frazesami. Zwieńczenie tego orłem, który z białego staje się tęczowy, pozwala każdemu na dowolne odczytanie całości.

"Boylesque Show" budzi kontrowersje (fot. archiwum Teatru Druga Strefa)

Ja wolę Polskę wielokolorową niż czarno-białą. To jest to rozróżnienie dla mnie. Wiadomo, że tęczowa flaga to symbol ruchów LGBTQ, ale można jej dopisać też masę innych znaczeń. W ciągu wszystkich ośmiu show, w czasie których pokazywaliśmy ten numer, wyszły z sali dwie osoby. Co ciekawe, po jednym wykonaniu tego numeru w innym show spotkałem się z negatywnymi komentarzami ze strony osób ze środowisk LGBTQ.

Jakie były ich zarzuty?

- Że nie o taką Polskę ich dziadkowie walczyli, że nie zgadzają się na szarganie orła. Jeśli już ze środowiska LGBTQ ktoś czuje się urażony, to jest dla mnie bardzo zły znak. Myślę już o kolejnym show boyleskowym i wiem, że potrzeba właśnie takich mocno zaangażowanych numerów, bo one faktycznie prowokują do dyskusji.

Czyli twoim zdaniem jest na taką dyskusję miejsce w Polsce?

- Społeczeństwo polskie wbrew pozorom jest otwarte. Muszę powiedzieć, że kiedy wystawialiśmy jeden ze spektakli i przez uchyloną kurtynę podejrzeliśmy, że na widowni średnia wieku wynosi 60 lat, mocno się zaniepokoiliśmy. Spodziewałem się totalnego exodusu po pierwszym numerze, ewentualnie tego, że będą siedzieć drętwo przez cały czas, a burleska nie znosi ciszy, widownia musi z nami dialogować, skandować, gwizdać. Nagle zaczyna się show i ta publiczność szaleje, jest żywiołowa. Skończyliśmy występ, stoi dwudziestu seniorów, którzy dziękują, gratulują, mówią, że nie spodziewali się czegoś takiego, że to super, że ten orzeł ma jaja jakieś, bo w polityce to on nie ma żadnych jaj. Zapowiedzieli, że będą wracać, bo bawili się świetnie.

Wielki finał (fot. archiwum Teatru Druga Strefa)

A jak reagują ludzie młodzi?

- Pokolenie współczesnych dwudziestolatków jest kompletnie nieprzygotowane na to, co pokazujemy. Wynika to z zasiedzenia właśnie w tych kolorowych pisemkach i z promocji idealnego ciała. U nas zaś dostają to, co jest w życiu - ciało nieprzepuszczone przez Photoshopa. To ich szokuje, odrzucają to.

O jakich widzach myślałeś, kiedy przygotowywaliście show?

- Jestem przeciwnikiem jakiejkolwiek segregacji. Robimy spektakl dla wszystkich - wiem, marketingowo złe określenie - którzy chcą go obejrzeć. Wiadomo było, że temat podchwycą kręgi LGBTQ i środowiska lewicowe, ale ja musiałem patrzeć na to biznesowo. Wiem, że to zabrzmi brutalnie po tych wszystkich pięknych opowieściach o filozofii burleski, ale musiałem się skupić na kwestii czysto finansowej. Więc naszym odbiorcą miał być ten zamożny widz z tworzącej się klasy średniej, po trzydziestym roku życia, do pięćdziesiątego, z pensją 7-8 tys. zł netto. Tego wymagał ode mnie rynek.

Czyli - chociaż boyleska kocha każde ciało - na jej oglądanie stać tylko nielicznych.

- Ci ludzie też przychodzą, ale nie są jedyną widownią. Nasze show tak naprawdę sprzedaje się dzięki poczcie pantoflowej. Dla seniorów bilet jest bardzo drogi, bo kosztuje aż 50 zł, a oni i tak są lwią częścią widowni. Boyleska zawitała na salonach jako wydarzenie, na którym warto bywać. Ludzie zostają po spektaklu, rozmawiają z nami, potem zapraszają znajomych. To jest ten marketing szeptany.

Wspomniałeś o pracy nad kolejną boyleską. Czego możemy się spodziewać?

- Nowy projekt nosi roboczy tytuł "Bogowie i herosi". Każdy z performerów wybiera w nim bogów lub bohaterów, o których chce zrobić numer. Zamierzamy z nim wystartować we wrześniu w Warszawie, planujemy tym show otworzyć nowy sezon.

Ty masz już swojego bohatera?

- Kusi mnie Prometeusz. To postać, która może nam się wszystkim przydać na jesieni. Kto inny rozjaśni nadciągające mroki ogniem postępu?

Kolejny spektakl odbędzie się 13 czerwca w Teatrze Druga Strefa.

Sylwester Biraga. Reżyser, scenograf, aktor, założyciel, pomysłodawca i Dyrektor Teatru Druga Strefa. Absolwent Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza (1997) oraz Ogniska Teatralnego przy Teatrze Ochoty. W latach 1999 - 2005 dyrektor Studium Animatorów Kultury Teatralnej w Warszawie. Pomysłodawca i dyrektor Festiwalu Dni Teatru na Mokotowie. Od 1990 roku wyreżyserował ponad sześćdziesiąt spektakli, w tym trzy premiery w Wilnie (2001, 2002, 2003), jedną w Brukseli (2004), trzy w Avignonie (2005, 2008, 2009) oraz jedną w Teatrze Wielkim w Poznaniu (2010). W 2009 roku jego autorski spektakl "Fin de..." otrzymał Nagrodę Dziennikarzy "Coups de Coeur" na Międzynarodowym Festiwalu w Avignonie. W tym samym roku otrzymał również brązowy medal Gloria Artis od Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Artur Zaborski. Studiował krytykę literacką i filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w portalach Onet.pl i Stopklatka.pl (w tym drugim szefował redakcji przez pół roku). Współpracuje z rozlicznymi mediami i festiwalami filmowymi. Zakochany w kulturze Iranu. Kibicuje transformacji Warszawy w miasto wielokulturowe.