Długo zastanawiałeś się, czy przyjąć rolę w serialu, który twórcy reklamują jako następcę kultowego "Miasteczka Twin Peaks"?
- Szczerze? Zrobiłem to bez wahania. Zgodziłem się po przeczytaniu szkicu scenariusza do pierwszego odcinka, chyba jeszcze zahaczyłem o drugi, i to by było na tyle. Zresztą one zlewają się w jedno, bo mamy do czynienia ze złożoną fabułą. Nie chcę podcinać gałęzi, na której siedzę, ale bardziej niż mój bohater zaintrygował mnie oniryczny świat, do którego został on brutalnie wciągnięty.
A ty razem z nim.
- Fakt, sam również zostałem niejako wciągnięty w serial, bo kiedy rozpoczęliśmy zdjęcia, nie miałem pojęcia, jak to wszystko się potoczy, fabuła była wymyślana na bieżąco, a książka pisana razem ze scenariuszem [serial jest adaptacją serii powieści autorstwa Blake'a Croucha - przyp. red.]. Kolejne kroki przedyskutowywaliśmy już na planie. Ale to fajne uczucie, bo musieliśmy zaangażować się w cały ten proces wszyscy, bez wyjątku.
Grało ci się inaczej niż w filmie?
- To kolosalna różnica. Przy serialu zaczynasz się w niego wkręcać z odcinka na odcinek, wchodzisz głębiej i głębiej, aż wreszcie czujesz, że faktycznie jesteś częścią opowiadanej historii, zarówno przed kamerą, jak i poza planem. Mieliśmy tyle swobody, że nie obowiązywały nas aż tak ciasne terminy jak w przypadku filmu pełnometrażowego. Nie było mowy o obijaniu się, ale też nie musieliśmy pędzić. Mogłem dzięki temu, że tak powiem, zespolić się z Ethanem.
Czym Ethan tak cię do siebie przekonał?
- Odpowiem następująco - cenię sobie dobrą historię i nie lubię, kiedy ingerują w nią ludzie zaangażowani w produkcję filmową od strony innej niż artystyczna. Czasem ci, którzy dają na film pieniądze, chcą decydować o jego kształcie. Ale najczęściej ich wyobrażenie o jedynym słusznym sposobie opowiedzenia rzeczonej historii skupia się na rozwoju wewnętrznym bohatera, czyli widz musi być świadkiem jakiejś przemiany duchowej. A ja sądzę, że można zrobić to inaczej, dana postać może być dla nas tajemnicza, odbiorca ma ją dopiero odkrywać, dowiadywać się o niej czegoś nowego z każdą sceną. Nawet tego, kim jest. I to właśnie osiągnęliśmy z Ethanem, ten facet pozostaje w ostatnim odcinku tym samym gościem, jakim był w pierwszym.
Przy czym trzeba pamiętać, że żaden człowiek nie jest jednowymiarowy i odkrywanie wszystkich stron czyjeś osobowości wydaje mi się niezmiernie interesujące. Szczególnie że w serialu mamy jeszcze związek Ethana z agentką, na poszukiwanie której przybywa do Wayward Pines, a to relacja skomplikowana zarówno pod względem zawodowym, jak i prywatnym.
Zwiastuny sugerują faktycznie zagadkowy spektakl.
- Tak, to jeden z tych seriali, które odkrywa się kawałek po kawałku, w których - dodam, że dość specyficzny - kontakt z opowiadaną historią nawiązuje nie tylko oglądający, ale także i sam bohater. Ethan nie ma najmniejszego pojęcia, co się stało, a moja wiedza jako aktora również była ograniczona, gdyż, jak mówiłem, nie otrzymałem całości scenariusza do przeczytania.
Nie bałeś się tego, że serial zwiąże cię na długie miesiące?
- Nie, bo nie miałem wątpliwości, że na planie spotkam samych utalentowanych ludzi, z którymi się dogadam, choć, jeśli się nie mylę, byłem pierwszym, który został obsadzony. Rozmawiałem jednak sporo o serialu z Nightem [M. Night Shyamalan, producent i reżyser - przyp. red.] i byłem przekonany, że nie weźmie do obsady nikogo przypadkowego. Zresztą lubię go jako reżysera, cenię bardzo jego filmy, zawsze dobrze prowadził aktorów, nie zastanawiałem się więc długo. Ale przyjąłem tę rolę, bo ciekawiła mnie chęć Nighta do połączenia dwóch uniwersów - kinowego, bo to jednak rzecz nakręcona z odpowiednim rozmachem, oraz serialowego, gdzie mogę spędzić z postacią o wiele więcej czasu niż te dwie kinowe godziny.
Mówisz, jakbyście się nieźle zżyli na planie.
- Kiedy kręcisz film, czytasz scenariusz, przyjeżdżasz na plan, ciach, zdjęcia i jedziesz do domu. Nie masz okazji, żeby spędzić choćby trochę czasu z ekipą. Przy serialu jest inaczej, nawiązujesz kontakt z resztą obsady. Zaczynasz też poznawać postacie, które grają, naprawdę żyjesz w świecie, który przed momentem znałeś jedynie z kart scenariusza.
Obawiasz się choć trochę tych porównań z legendarnym już "Miasteczkiem Twin Peaks", które pompują oczekiwania?
- Jestem profesjonalistą, aktorstwo to moja praca, zawsze staram się robić to, co do mnie należy, a płacą mi, po prostu, za dobrą grę. Kiedy byłem młody, brałem na swoje barki odpowiedzialność za wszystko, co wypisywano na temat filmów, w których grałem, a po latach trochę się tego zebrało. Dzisiaj myślę, że to nawet nie tyle śmieszne, co aroganckie, bo przecież nie powinienem, ba, nie mam prawa brać odpowiedzialności za cały film, ale jedynie za siebie. Czyli nawet kiedy recenzje nie są najlepsze, czytam je bez żalu, bo mogę z czystym sumieniem rozliczyć się z samym sobą i przyznać przed lustrem, że zrobiłem wszystko, na co mnie stać. Co nie oznacza, że nie interesują mnie czyjeś opinie, wręcz przeciwnie. Nauczyłem się je szanować, ale też się nimi nadmiernie nie przejmować.
A bywają one skrajnie różne.
- Niektóre są faktycznie ekscentryczne. Nieraz podchodzą do mnie ludzie i mówią na przykład: - Nie podobała mi się twoja fryzura w tym i tym filmie . I co ja mogę na to odpowiedzieć? Zdrowa debata na temat filmu jest jak najbardziej pożądana. Mam nadzieję, że po emisji "Miasteczka Wayward Pines" usłyszę od kogoś jakieś słowo o zakończeniu, którego oczywiście nie zdradzę, ale mówi ono, przynajmniej według mnie, sporo o człowieczeństwie, o tym, jak przeżywamy nasze życie. To naprawdę mocna, ciężka rzecz.
Będziesz czytał recenzje prasowe?
- Staram się tego nie robić. Zagłębiam się w nie tylko wtedy, kiedy reżyseruję, bo naprawdę dobry krytyk potrafi nieraz zaobserwować to, czego ja nie widzę. Zresztą to świetne uczucie, kiedy czytasz pozytywną opinię o swoim filmie, masz wrażenie, że ktoś zrozumiał, o co ci chodziło, co chciałeś przekazać. Nie da się tego porównać z niczym innym.
Serial "Miasteczko Wayward Pines" wystartował 14 maja. W Polsce emitowany jest w każdy czwartek o 22.00 na kanale Fox.
Matt Dillon (ur. 1964 r.). Debiutował na dużym ekranie jako czternastolatek w filmie "Nad krawędzią"; od tamtej pory stawał przed kamerą jeszcze kilkadziesiąt razy. Został wyróżniony nominacjami do Złotego Globu i Oscara za rolę w "Mieście gniewu". "Miasteczko Wayward Pines" to jego pierwsza poważna rola w serialu telewizyjnym.
Bartek Czartoryski. Samozwańczy specjalista od popkultury, krytyk filmowy, tłumacz literatury; prowadzi fanpage Kill All Movies .