artykuły
Dr hab. Jakub Urbanik (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)
Dr hab. Jakub Urbanik (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Blisko rok temu dr hab. Jakub Urbanik, prawnik, pracownik naukowy i wykładowca Wydziału Prawa i Administracji UW, udał się do stołecznego Urzędu Stanu Cywilnego po zaświadczenie o tym, że jest formalnie stanu wolnego. Urząd odmówił mu wydania takiego zaświadczenia i oznajmił, że zabrania mu tego polska Konstytucja. Powód? Jakub Urbanik chce zawrzeć małżeństwo ze swoim wieloletnim partnerem, obywatelem Królestwa Hiszpanii, w którym małżeństwa osób tej samej płci są od lat legalne.

Wstąpił więc na drogę sądową, domagając się wydania zaświadczenia, co opisała niedawno w "Gazecie Wyborczej" Ewa Siedlecka w artykule "Trafił urząd na geja" . Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł jednak (aktualizacja z 28 października 2015 roku) , że decyzja Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie była zasadna.

Urbanik nie jest pierwszą osobą, która o swoje prawa walczy przed sądem. Kilka lat temu zrobił to Tomasz Szypuła - działacz LGBT, były prezes Kampanii Przeciw Homofobii. Sądy wszystkich instancji, włącznie z Sądem Najwyższym, odmówiły mu prawa do otrzymania zaświadczenia o stanie cywilnym. Sprawa Szypuły trafiła właśnie do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Czy do Strasburga trafi również sprawa dr. Jakuba Urbanika, który - jak sam mówi - wierzy w sprawiedliwość?

Jakubowi Urbanikowi wydania zaświadczenia o tym, że jest stanu wolnego, odmówili pracownicy Urzędu Stanu Cywilnego (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Mike Urbaniak: Prawo rzymskie - to brzmi złowieszczo i nudno.

Dr hab. Jakub Urbanik: Mnie ono bawi i fascynuje, w każdym razie bardziej niż zwykłe prawo.

Studentów już chyba mniej.

- Rzeczywiście, jest to przedmiot postrzegany powszechnie jako miecz, który wisi nad ich głowami od pierwszego roku.

Coś jak staro-cerkiewno-słowiański na polonistyce.

- Albo logika, której się wszyscy boją. Kiedyś, to prawda, katowano studentów prawem rzymskim, każąc pewnie uczyć się całych fraz po łacinie na pamięć. Dziś jest nieco inaczej. Prawo rzymskie jest po to, by nauczyć myślących schematycznie młodych ludzi posługiwania się prawniczymi algorytmami. A to, że przy okazji dowiedzą się czegoś o niewolnikach czy dziwnej formie małżeństwa, to już inna sprawa.

Dziwnej formie małżeństwa?

- Małżeństwo w prawie rzymskim funkcjonowało inaczej niż funkcjonuje do dziś w jakimkolwiek porządku prawnym. By zostało zawarte i trwało, potrzebna była obustronnie wyrażona chęć bycia w małżeństwie, i jeśli mąż lub żona taką chęć przestali wyrażać, małżeństwo się automatycznie kończyło.

Wspaniale.

- Niby tak, ale prowadziło to do różnych nieporozumień, na co mamy dowody w źródłach. Bo jeśli ktoś powiedział, że już dziękuje i małżeństwo się skończyło, a po jakimś czasie para znów się schodziła, to czy mamy do czynienia z kolejnym związkiem, czy z tym samym? A co z czasem pomiędzy związkami? Czy rodził jakieś skutki prawne? Wiele wątpliwości nastręczał ten model małżeństwa, choć znajdowali się tacy badacze jak profesor Fritz Schultz, który uważał, że była to najbardziej humanistyczna koncepcja małżeństwa, jaką kiedykolwiek wymyślono, bo uwzględniała równorzędność kobiety i mężczyzny.

Jeśli porównamy prawo rzymskie z prawem greckim, żydowskim czy orientalnym, gdzie kobieta, jeśli w ogóle miała prawo do rozwodu, to obwarowane licznymi ograniczeniami - rzymskie wypada najlepiej. Zresztą rozwód to jedno, a zawarcie małżeństwa to drugie. W większości systemów prawnych kobiety nie miały wiele do powiedzenia w tej sprawie; po prostu wydawano je za mąż, nie pytając o zdanie. Prawo rzymskie w swej najbardziej klasycznej postaci bardzo dowartościowywało pozycję kobiet, które były praktycznie niezależne, zarządzały swoim majątkiem i decydowały kiedy i za kogo wychodzą za mąż, mogąc też decydować o rozwodzie. Taką niezależność, jak w Rzymie, kobiety uzyskały dopiero po epoce wiktoriańskiej. Ciekawe, prawda? Może więc to prawo rzymskie nie jest takie straszne i nudne?

No dobrze, odszczekuję swoje kalumnie. A dlaczego się nim zająłeś?

- W czasach licealnych chodziłem na uniwersytet na rodzaj fakultetu do profesor Marii Zabłockiej - jak się wkrótce okazało, mojej naukowej matki. Dawała mi teksty do czytania, wciągała w starożytność i zasugerowała w końcu, bym zdawał na prawo. Kiedy się na nie dostałem, nadal we mnie wierzyła, otoczyła opieką i zaproponowała, bym zajął się dziedziną, którą sama chciała się zajmować w młodości, ale z różnych przyczyn tego nie zrobiła, czyli praktyką prawną w papirusach. Papirusy wydały mi się bardzo zabawne. I tak, po latach studiów i doktoracie poświęconym rozwodowi i habilitacji, jestem dzisiaj pracownikiem naukowym Katedry Prawa Rzymskiego i Antycznego Uniwersytetu Warszawskiego, którym kieruje profesor Zabłocka.

Prawnik i wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego postanowił walczyć o sprawiedliwość w sądzie (fot. Albert Zawada/Agencja Gazeta)

Lubisz uczyć?

- Uwielbiam.

A studenci cię lubią?

- Ha! Trzeba ich zapytać. Wiem, że są tacy, którzy lubią, i tacy, którzy niekoniecznie. Uczę metodą wyniesioną z mojej szkoły przy Bednarskiej, która nie zakłada restrykcji, tylko to, że się studiuje, bo się chce i wie dlaczego.

Pytam o studentów też dlatego, że byli z tobą w sądzie na rozprawie.

- Przyszło kilkanaście osób, co było bardzo miłe i ważne. Niedługo po rozprawie, kiedy wracałem do domu rowerem, zatrzymała mnie studentka i dosłownie rzuciła mi się na szyję, mówiąc, że jest ze mnie dumna i że studenci mnie popierają. Dostałem też sporo mejli, esemesów i sporo pozytywnych wpisów na Facebooku. To jest niezwykłe, ale mnie jednocześnie bardzo zawstydza.

Dlaczego?

- Bo nie mam poczucia, że robię coś szczególnego, że jestem wojownikiem.

Rosa Parks też nie była wojowniczką, tylko pewnego dnia po prostu odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie białemu pasażerowi i nie przesiadła się na miejsce "dla kolorowych".

- Jestem głęboko przekonany, że jeśli prawo jest niesłuszne, to należy je zmienić. Nie może być tak, że w Polsce, która jest demokratycznym państwem prawa, łamane są prawa człowieka, bo w tej właśnie kategorii należy umieścić moją sprawę. Ale uważam też - wspierany przez mojego adwokata i przyjaciela doktora Pawła Marcisza - że w naszej sprawie prawo polskie pozwala na wydanie mi zaświadczenia o zdolności do zawarcia małżeństwa za granicą, a nie dostałem go, bo urzędnicy źle interpretują przepisy.

Zawsze mnie uczono, że jak coś źle działa, to trzeba to zmienić. Trzeba użyć możliwych dostępnych narzędzi, by zmianę wymóc. W moim przypadku tym narzędziem jest prawo i niezawisły sąd. W Kanadzie, USA czy Izraelu to właśnie sądy wytyczyły ścieżkę zmiany, którą musieli potem pójść politycy. Mam nadzieję, że nam w Polsce też się to uda.

Widzę, że masz na palcu obrączkę.

- José, mój partner, też ma taką.

Długo je nosicie?

- Już nie pamiętam, parą jesteśmy prawie dziesięć lat. Poznaliśmy się na konferencji naukowej, bo José też jest rzymskim prawnikiem. Przez semestr uczy u siebie w San Sebastian, a przez drugi prowadzi badania naukowe w Warszawie, bo tak się składa, że nasz Instytut Historii Prawa ma świetną bibliotekę i znakomity zespół.

Byliście zawsze parą "wyoutowaną"?

- To bardzo trudne pytanie i nie wiem, czy potrafię na nie odpowiedzieć. Wszystko było jakieś naturalne. Jesteśmy partnerami, jeździmy razem na wakacje, zapraszamy do domu rodzinę i przyjaciół, i już. Jestem być może szczęściarzem, ale zawsze obracałem się w środowisku, w którym oficjalny coming out nigdy nie był potrzebny.

Świat bez homofobii?

- Bez przesady. Zdarzały się od czasu do czasu jakieś homofobiczne uwagi czy żarty, ale nigdy w twarz. Kiedyś dowiedziałam się, że ktoś w bliskim otoczeniu zawodowym powiedział coś, czego powiedzieć nie powinien, i zrobiłem piekło. Ale nie dlatego, że to mnie jakoś szczególnie dotknęło, ale dlatego, że są ludzie z cieńszą skórą, którym homofobia dała się we znaki, i nie chciałbym, żeby takie sytuacje w ogóle miały miejsce na naszym uniwersytecie.

Dlaczego postanowiliście się z José pobrać?

- Kochamy się. Jesteśmy prawie dekadę razem. Mamy kupione wspólnie mieszkanie w Warszawie. Po zrobieniu habilitacji ustabilizowało się także moje życie akademickie. To są chyba wystarczające powody, by naszemu związkowi dać takie środki ochrony, jakie państwo daje związkom heteroseksualnym, nie sądzisz? Ale nie tylko prawa, bo także - co zawsze podkreślam - obowiązki. Zawierając małżeństwo, biorę na siebie obowiązek zajęcia się moim partnerem, kiedy on na przykład zachoruje. I vice versa. Nie ukrywam, że inspiracją do tego, by w końcu pójść do urzędu stanu cywilnego była sprawa Tomka Szypuły, który przetarł szlak.

Idziesz więc do Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie i mówisz "dzień dobry".

- Dzień dobry - odpowiada pani urzędniczka i zapytuje, w jakiej przybyłem sprawie. Mówię, że chciałem złożyć wniosek o wydanie zaświadczenia o zdolności do zawarcia małżeństwa. Proszę bardzo - uśmiecha się pani. Podaję jej wypełniony papier, gdzie w rubryce, z kim chcę zawrzeć małżeństwo, wpisane jest José Luis Alonso Rodriguez. Pani smutnieje i mówi: Ja tego panu nie mogę wydać . Pytam dlaczego i słyszę: Bo mamy Konstytucję, w której jest napisane, że małżeństwo to związek między kobietą i mężczyzną . Bardzo mnie tym pani wzruszyła i pomyślałem, że profesor Ewa Łętowska byłaby zachwycona, że urzędniczka USC w Warszawie stosuje bezpośrednio w swoje codziennej pracy zapisy Konstytucji.

I ty co na to?

- Powiedziałem, że możemy dyskutować o tym, jak Artykuł 18. Konstytucji RP, który mówi, że "Małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej", ma się do mojej sprawy, ale nic z tego chyba nie wyniknie, więc proszę o odmowę na piśmie. Ona na to, że oczywiście i że zaprasza do kierownika.

Dzień dobry - mówi pan kierownik i pyta, w czym może pomóc. Poproszę o odmowę - mówię. Ale dlaczego miałbym panu odmówić? - dopytuje zdziwiony kierownik. Pokazuję mu, że wpisałem w formularzu: José Luis Alonso Rodriguez. Po chwili zastanowienia pan kierownik sugeruje mi napisanie prośby o wydanie rozszerzonego aktu urodzenia, który wyda mi bez problemu i w którym jest także stan cywilny, i nie trzeba wpisywać imienia i nazwiska osoby, z którą chce się zawrzeć małżeństwo.

To obchodzenie prawa życzliwi urzędnicy proponowali wielu ludziom, którzy chcieli zawrzeć za granicą związek z osobą tej samej płci. Część z tego skorzystała.

- Ta propozycja pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, że urzędnicy widzą niestosowność tych dyskryminacyjnych interpretacji przepisów i rzeczywiście chcą pomóc (muszę tu od razu dodać, że wszyscy byli dla mnie bardzo mili, a pani w okienku pytała nawet, gdzie będzie wesele). Po drugie, że osobom homoseksualnym oferuje się obchodzenie prawa. A niby dlaczego ja mam je obchodzić? Jako prawnik i jako obywatel jestem temu przeciwny i chcę skorzystać z prawa, które mi przysługuje.

Kodeks rodzinny opiekuńczy mówi wyraźnie, że prawo do zawarcia małżeństwa ma każdy obywatel RP, który jest stanu wolnego, pełnoletni, nie dotknięty chorobą psychiczną i nieubezwłasnowolniony. Ja spełniam te warunki i domagam się wydania zaświadczenia.

Sprawie Jakuba Urbanika przyjrzy się Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu (fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

A co z Artykułem 18. Konstytucji RP?

- Pozostawmy na boku fakt, że według coraz większej rzeszy ekspertów ten artykuł wcale nie wyklucza małżeństwa jednopłciowego, a tym bardziej związków partnerskich. W dodatku polska Konstytucja obowiązuje na terytorium Polski, a nie na całym świecie. A ja nie mam zamiaru brać ślubu w Polsce. Mam zamiar wziąć go w Hiszpanii, a tamtejsza konstytucja daje mi takie prawo. Jestem głęboko przekonany, że obecna, motywowana ideologicznie interpretacja przepisów, którą stosują nasze urzędy, nie ma nic wspólnego z literą prawa, a państwo polskie za pomocą swoich urzędników chce kontrolować obywateli we wszystkim i wszędzie. Przecież to absurd!

Tymczasem poszedłeś ze swoją sprawą do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia i sędzia odrzuciła twoją skargę.

- Powiedziała, że USC miał prawo odmówić mi wydania zaświadczenia, bo w Polsce nie ma małżeństw osób tej samej płci. A ja powtarzam, że chcę zawrzeć małżeństwo nie według prawa polskiego, tylko hiszpańskiego. Sędzia nie zgodziła się także na zadanie pytania Europejskiemu Trybunałowi Sprawiedliwości, czy Polska nie narusza Artykułu 9. Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej, który gwarantuje "prawo do zawarcia małżeństwa i prawo do założenia rodziny". Czekam teraz na pisemne uzasadnienie i będę się odwoływał.

Co może się wydarzyć w drugiej instancji?

- Sąd może mi przyznać rację, bądź podtrzymać wyrok pierwszej instancji, co kończy postępowanie w Polsce, ponieważ nie można złożyć od tego wyroku kasacji do Sądu Najwyższego.

Dlaczego?

- Dlatego że Sąd Najwyższy przy okazji sprawy, którą wytoczył wspomniany już Tomek Szypuła uznał, że kwalifikuje się ona do prawa rodzinnego, a w prawie rodzinnym nie ma drogi kasacyjnej.

I co wtedy?

- Zamknięcie drogi przed polskimi sądami otwiera drogę do sądów międzynarodowych. Trzeba będzie szukać sprawiedliwości za granicą. Ale mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Wierzę w racjonalne podejście i w to, że bez ideologicznego zacietrzewienia sędziowie zważą argumenty prawne. A jeśli je zważą, to nie mogą wydać innego wyroku, niż przyznającego mi rację. Może to jest naiwne, ale ja po prostu wierzę w sprawiedliwość i tę wiarę zaszczepiam swoim studentom.

Dr hab. Jakub Urbanik . Wykładowca na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, uczy prawa rzymskiego. Zajmuje się praktyką prawną starożytności: papirologią prawniczą, zwłaszcza prawem rodzinnym i małżeńskim oraz świadomością prawną. Współwydawca czasopisma "The Journal of Juristic Papyrology".

Mike Urbaniak . Dziennikarz kulturalny, stały współpracownik "Wysokich Obcasów" i weekendowego magazynu Gazeta.pl. Prowadzi blog panodkultury.com .