artykuły
Marcin Wicha (fot. Filip Springer)
Marcin Wicha (fot. Filip Springer)

Zgłosił się już ktoś do ciebie z pretensjami po ukazaniu się tej książki?

- Nie, jeszcze nie. Może dlatego, że bardzo starałem się, by to była opowieść dość osobista. Dopiero teraz w wywiadach albo w rozmowach ze znajomymi zauważyłem, że to, co mówię, brzmi, jakby to była publicystyka, armata taka, wręcz manifest. Takie monologi frustrata. Znasz to?

Znam.

- Widzisz. A ja chciałem napisać rzecz osobistą, unikając jak mogę uogólniania. Podkreślam tam to, co widzę. Bo to, co widzę, jest prawdą, taką moją prywatną prawdą, i nic na to nie poradzę. Patrzę na coś, mam przemyślenia, wrzucam je na papier. Bez wyciągania szerszych wniosków.

A nie miałeś ochoty wrzucić tych przemyśleń na szersze tło? Trochę jednak uogólniać?

- Uogólnianie jest niebezpieczne, co rano włączam radio i mam tam mnóstwo facetów i kobiet, wszyscy próbują tłumaczyć mi świat. Nie chcę tego słuchać. Jak widzę u siebie taką tendencję, to staram się z nią walczyć.

To jaka jest ta osobista perspektywa, z której wyrosła twoja książka?

- Projektowanie jest dla mnie czymś z kategorii praw. Bez względu na to, czego dotyczy - czy mówimy o mieście albo nawet całej aglomeracji, czy też o meblu. Gdy w 1935 r. uchwalano plan ogólny dla Amsterdamu, to wyszło im tam z badań, że ludzie nie korzystają z parków, jeśli one są dalej niż 900 metrów od domu. Więc w ramach tego planu uznano, że w Amsterdamie ma być przestrzeń parkowa w zasięgu 800 metrów dla każdego mieszkańca. Czyli ten plan to obrona ludzkiego prawa do parku i zieleni. I całe współczesne myślenie urbanistyczne narodziło się mniej więcej w tym samym czasie co płatne urlopy czy ubezpieczenia społeczne. Potem różnie się to potoczyło. Poszukiwania urbanistów często kończyły się w ślepej uliczce, a efekty społeczne bywały fatalne. Ale gdzieś na początku tego wszystkiego było myślenie o prawach. I mam wrażenie, że to myślenie zostało dzisiaj kompletnie wymazane z naszej świadomości. Architektura to jest dziś święto, to jest dekoracja, a nie narzędzie obrony naszych praw.

''Dziś zapewne usłyszelibyśmy, że aparaty "Druh" i "Alfa" są przyjazne. (...) Od kilkunastu lat spotykam to określenie w opisach różnych produktów i projektów i nadal nie przestaje mnie ono zdumiewać. Nie mówimy już, że przedmiot jest wygodny, funkcjonalny i ładny. Sugerując, że coś jest 'przyjazne', odwracamy porządek rzeczy.'' (fot. Topory. Licencja CC BY-SA 3.0)

Może nie mamy ochoty upominać się o te prawa? Albo nie mamy świadomości, że powinniśmy?

- Być może. Wiesz, wszystkie te sprawy związane z architekturą, designem, grafiką to są rzeczy dotyczące naszego kontaktu ze światem. Klamka jest czymś, za pomocą czego kontaktujemy się z materią tak jak nóż, rower i budynek szkoły czy biura. Tymczasem odnoszę wrażenie, że projektowanie skupiło się dziś nie na tym kontakcie, ale na pompie - że jak stacja metra, to musi być najpiękniejsza na świecie albo chociaż druga w Europie. A jak stadion, to chociaż piękniejszy niż ten we Frankfurcie, a już na pewno niż w Kapsztadzie.

Oczywiście nie kwestionowałbym tej dekoracyjnej funkcji, gdyby obok niej została zachowana ta podstawowa istota powstawania architektury czy przedmiotów - czyli ułatwianie nam kontaktu z rzeczywistością, ze światem.

A to twoim zdaniem się nie dzieje?

- Na każdym kroku natykamy się na rzeczy, których kształt wynika z obojętności i bylejakości. Z niestaranności. Z poczucia, że życie jest gdzie indziej. Pamiętam to z dzieciństwa - nienawidziłem tego i do dziś doprowadza mnie to do furii. Chodzi o przekonanie, że są ważniejsze sprawy, albo zaraz będą, więc nie warto zajmować się szczegółami. Jest mnóstwo anegdotek na ten temat. O domach, w których przed 1939 r. nie udało się zamontować balustradki na schodach i przez następnych 30 lat tej balustradki tam nie było. Bo się nikomu nie chciało - bo nie warto, bo pewnie przyjdzie następna wojna albo inny kataklizm. Irytujące jest to ciągłe poczucie, że to jak żyjemy - jak się otwiera mleko, jak się klamkę otwiera - to wszystko jest nieważne, bo gdzieś na horyzoncie czai się coś większego. Jeszcze nie wiemy, co to jest, ale to na pewno unieważnia wszystkie nasze doczesne problemy.

Z dzieciństwa zapamiętałem niesamowite doświadczenie obcowania z przedmiotami z Zachodu. Nie chodziło o ich "zagraniczność" - to była kiedyś kategoria całkowicie zrozumiała, a dziś już coraz mniej - tylko o to poczucie, że chwila, którą poświęcasz na odkręcenie słoika albo fiolki z lekami, była dla kogoś ważna. I ten ktoś pomyślał, by tę chwilę tobie uprzyjemnić albo chociaż ją skrócić. To zaniechanie, brak troski, to jest coś, co nam zostało z komunizmu. Będziemy budować metro? No to będziemy i to cel nadrzędny, więc przez kilka lat ludzie będą brodzić w błocie po rzuconych na ziemię dechach. I nikt nie zadba, by nam to ułatwić.

Piszesz, że słowo "design" ma dziś jeden cel - uzasadniać cenę. W jednym ze sklepów widziałem kiedyś szczotkę do klozetu za pięć tysięcy złotych. Zastanawiałem się, z czego została wykonana i jakie ma cudowne właściwości, że kosztuje aż tyle.

- To mnie oczywiście nieco bawi, taka szczotka, ale z drugiej strony nie mam w sobie jakiegoś wielkiego wycia na jej istnienie. Niech ona sobie będzie - niech ktoś sobie zarabia na jej sprowadzaniu, na jej sprzedawaniu. Niech ktoś ma radość z jej używania. Jak go stać - na zdrowie. Rozumiem to, każdy potrzebuje talizmanów. Kłopot jest gdzie indziej - słowo "design" zostało przez takie szczotki i drogie krzesła zawłaszczone. Gdy mówimy, że coś jest designerskie, to znaczy, że jest drogie i unikalne. A to irytujące myślenie zbudowane na zaniechaniu naszych podstawowych potrzeb trwa sobie w najlepsze gdzieś tam w tle. Tym, którzy sobie nigdy takiej szczotki czy krzesła nie kupią, musi coraz częściej wystarczyć coś efektownego, a niekoniecznie dobrze zaprojektowanego. Okazuje się, że nie jest ważny komfort mojego życia, grunt, żeby coś zamanifestować - urządzić salon dzielnicy, salon miasta, salon wszechświata. I na to poświęcimy wszystkie nasze siły i środki. Czy to będzie ułatwiało nam życie, to już jest często sprawa drugorzędna.

"W 1961 roku Gagarin wykonał pierwsze okrążenia wokół Ziemi, a prezydent Kennedy zapowiedział, że do końca dekady Amerykanie postawią stopę na księżycu. Wkrótce kosmiczna moda opanowała wszystkie dziedziny życia. Nawet Tom i Jerry zmienili kształt, kot chudł, wydłużył się, jego kanciaste uszy przypominały teraz skrzydła rakiety." (fot. Greg Gjerdingen. Licencja CC BY-SA 2.0)

Dla mnie design był sztuką poprawiania świata i miał społeczne znaczenie. Był rodzajem służby. Dlatego sprowadzanie go do tego uzasadnienia ceny mnie wkurza. Strasznie mi brakuje powszechnej świadomości, że design to jest też to, że ktoś zaprojektuje ławki w szkole. Albo podręczniki, tak żeby dzieci nie musiały nosić na plecach całych kilogramów. Albo biletomat - tak wymyślony, żebym nie musiał klękać, by wygrzebać z niego bilet na autobus.

Państwo dostarczy dzieciom nowy, bezpłatny podręcznik.

- Ten temat to jest świetny przykład. Przez lata całe podręczniki produkowano w taki sposób, by były jednorazowego użytku. Był w tym ukryty, mniej lub bardziej subtelnie, cel. Chodziło o to, by nie dało się ich przekazać kolejnym rocznikom, by rodzice musieli kupować nowe. A najlepiej, jak się dało zrobić z jednego podręcznika osiem. I państwo wkroczyło w tę dziedzinę z rozmachem i zrobiło podręcznik darmowy. On w sensie wizualnym powiela błędy wszystkich poprzednich podręczników i ich wydawców - jest chaotyczny, przeładowany, przekolorowany, zrobiony przez 150 ilustratorów. W sensie edukacji wizualnej państwo przy tym podręczniku złożyło broń i oddało pole. Dzieci korzystające z tej książki z żadnymi dobrymi wzorcami nie mają szansy obcować. No to co to jest za postęp? Jaki tu jest efekt?

"Pewnego dnia zgrzytnęła winda towarowa (innej nie było) i do biura wkroczył klient marzeń. Spełniał wszystkie warunki: Miał garnitur. Nikt z nas go nie znał. Nie był grafikiem. Nie tłumaczył Philipa Rotha. Nie wystawiał spektakli multimedialnych. Najważniejsze, że pragnął nabyć lazurowego iBooka." (fot. Carl Berkeley. Licencja CC BY-ND 2.0)

Ten sam problem dotyczy opisywanej przez ciebie drugiej linii metra . Szalenie się przyzwyczailiśmy do tej gadżetowej architektury, nawet kiedy są realizowane projekty z podatków, to one powielają ten sam sposób projektowania - przeładowany i komercyjny. Ten sam efekt, który stosuje się przy projektowaniu krzykliwej paczki czipsów, zastosowano w darmowym podręczniku i w II linii metra. To, jak one wyglądają, ma uzasadniać wydane pieniądze. Wysiłek włożony w ich powstanie musi być widoczny z daleka.

Ale ludziom się to podoba. Pod tekstem o drugiej linii metra mnóstwo było komentarzy, że bredzę albo się wywyższam . Założę się też, że jakbyś poszedł na zebranie rodziców do pierwszej lepszej szkoły, to większości z nich nowy podręcznik by się podobał. Jakie mamy więc prawo mówić ludziom, co jest dobre, a co złe, skoro oni czują się komfortowo w przestrzeni wizualnej właśnie tak formowanej?

- Nie mam w sobie żaru ani odwagi czy potrzeby, by wchodzić na mównicę, by mówić ludziom, jak ma być. Ja po prostu napisałem, co sam czuję. Zasady i reguły rządzące projektowaniem są jak konstytucja - one chronią nasze prawa, gwarantują, żeby w mieście był park, szkoła, przedszkole, żeby przestrzeń była zaplanowana racjonalnie i funkcjonalnie, i żeby nie dominowała nad nami. Na tym polega projektowanie - to nie jest narzucanie estetycznych rozwiązań, tylko ułatwianie ludziom życia. Świadomość istnienia tych zasad w społeczeństwie jest ciągle niewielka, więc o wiele łatwiej jest nam wcisnąć coś efektownego w wyrazie, ale źle zaprojektowanego.

"Pokrewieństwo współczesnych propozycji z rubryką 'Wybraliśmy dla Ciebie' jest odległe. W 1974 roku wiklinowe pokrowce do samochodu zachwalano, pisząc, że są 'higieniczne, trwałe i nawet ładne'. Sednem ówczesnych rekomendacji jest słowo 'nawet'" (fot. Marcin Wicha)

I oczekujesz od państwa, że wejdzie w buty takiego edukatora? Promotora dobrych wzorców?

- Tyle naiwności w sobie chyba nie mam. Ale chciałbym, aby było więcej plastyki w szkołach, chciałbym, by była historia sztuki. Ludzie, którym się w dzieciństwie nie pokaże dobrych wzorców, będą bezradni w dorosłym życiu wobec tych estetycznych problemów, będą bardziej podatni na manipulacje. W tym sensie oczekuję czegoś takiego od władz mojego kraju, ale mam wrażenie, że dzieje się coś dokładnie odwrotnego.

A jeśli szkoła nas tego nie nauczy?

- Mówienie o designie, grafice i architekturze jest szalenie trudne. Nie znamy języka, więc mamy problem z opisaniem tego, co widzimy. A im bardziej nie potrafimy, tym bardziej reagujemy agresją na opinie inne niż nasze własne. Jak ktoś krytykuje coś, co nam się podoba, to reagujemy agresją, bo nie mamy sposobu, by wyjaśnić swoje argumenty. Brak edukacji plastycznej przekłada się na to, że w tych rozmowach posługujemy się kategorią gustu - a przecież o gustach się nie dyskutuje, bo niby czemu mój gust ma być lepszy czy gorszy niż twój? Każdy ma taki, jaki ma. Pisząc książkę, starałem się tego słowa unikać jak ognia. Bo tu w ogóle nie o gust chodzi, tylko o te zasady, o których nie mówimy. To wielki problem z dyskusją na przykład o architekturze. Opiera się ona na kategoriach ładne / brzydkie - i wtedy ta dyskusja umiera, zanim się rozpoczęła. Nie chcę przez to powiedzieć, że domy powinny być brzydkie, ale wygodne. Mówię tylko, że dom dobrze zaprojektowany, uwzględniający potrzeby wszystkich - tych co są na górze, na dole, z boku - nie ma szans być brzydki.

"Forum Wyciskarki to szczęśliwa wyspa. Magiczne miejsce. Urokliwe narzędzie, które wyciska i zbiera pozytywne emocje z całego polskiego internetu. Pewnego dnia wszyscy tam trafimy." (fot. Niklas Morberg. Licencja CC BY-SA 2.0)

Miałem kiedyś taką przygodę podobną do twoich przejść z tekstem o II linii metra. Dla "Tygodnika Powszechnego" napisałem felieton o dekoracjach przygotowanych na Euro. Że są okropne i kiczowate. Zrobiła się mała afera. Mnóstwo internautów strasznie źle to komentowało. Uświadomiłem sobie, że zrobiłem wielu ludziom przykrość, a zupełnie nie chciałem. I nie chodzi o tych, którzy te dekoracje projektowali, ani o tego, kto namalował tego strasznego Chopina z wuwuzelą. Uświadomiłem sobie, że zepsułem wielu ludziom, którzy przeczytali ten tekst, święto. Bo my strasznie chcemy święta. Architektura dostrzegana przez nas i doceniana to jest architektura dekoracji, architektura manifestacji. A nie rama dla życia.

A co, jeśli większości Polaków to wystarcza? W końcu jesteśmy wolni i niech nikt nam nie mówi, co nam ma się podobać.

- Odrzucając zasady projektowania - urbanistycznego, architektonicznego, przemysłowego, jakiegokolwiek - wydaje nam się tylko, że zyskujemy wolność. Tak naprawdę wytwarzamy próżnię, która pozwoli więcej na nas zarabiać tym, którzy w nią wejdą - bankom, deweloperom, producentom. Bo oni w tym świecie bez zasad świetnie się odnajdą, tylko że kosztem naszego komfortu życia. Więc wolność, którą po upadku komunizmu odkryliśmy w tym braku zasad, jest tylko wolnością pozorną.

''W 1978 roku Lego wprowadziło nowy typ figurek. Pamiętam zdumienie , gdy je zobaczyłem po raz pierwszy (jakoś po stanie wojennym). Miały ruchome nogi i ruchome ręce. Z rękawów wyrastały chwytne, żółte łapki. No i namalowano im twarze: dwie kropki i uśmiechnięty nawias. To zmieniło wszystko. Ludzik nie był już zdyscyplinowanym robotnikiem gotowym stanąć w dowolnym miejscu konstrukcji społecznej.'' (fot. Tomek Frycz)

W Polsce po 1989 r. nastąpił taki zbiorowy bunt nastolatka. To modernistyczne projektowanie miało w sobie coś z nadopiekuńczego ojca. Projektanci mówili nam wtedy jak żyć, jak odpoczywać, jak spędzać wolny czas. Do dziś w niektórych przestrzeniach zaprojektowanych przez modernistów mam takie poczucie przymuszenia do określonego sposobu życia. A potem nastąpił przełom i wolność. Każdy mógł robić, co chciał. W dodatku byli tacy, którzy nas tego buntu chcieli uczyć.

Jak to?

- Zaczynałem pracę zawodową w początkach lat 90. Wtedy w grafice, którą na co dzień się zajmuję, fory zyskiwali ci, którzy mieli komputer i umieli go obsługiwać. Rozmowy z klientami wyglądały wtedy jak pogadanki ideologiczne z kapitalizmu. Projektowałem coś i słyszałem, że to się nie sprzeda, że powinienem zrozumieć nową rzeczywistość, wolny rynek, że on teraz rządzi i trzeba posłuszeństwo wobec niego znaleźć głęboko w sobie. Na szczęście to się skończyło.

Dziś klient mówi mi wprost, że coś się nie sprzeda i mam zaprojektować inaczej. Ale przynajmniej bez tego ideologicznego napinania się.

Zeszło powietrze?

- Tak, może skończył się optymizm co do tego wszechmogącego rynku, ale zeszło też powietrze. Pracuje się dziś łatwiej, spokojniej. No i jest dziś coraz więcej niszowych projektów, w których też można się jakoś realizować.

Marcin Wicha (fot. Filip Springer)

Czyli zmienia się nam ta wizualna rzeczywistość na lepsze?

- Zmieniają się jej fragmenty. Problem polega na tym, że dobre rzeczy ciągle wpadają w tę zupę i szybko w niej toną. Chlup i ich nie ma. Wizualne środowisko, w jakim żyjemy - od urbanistyki, po ulotki reklamowe - jest tak chaotyczne i pozbawione reguł, że nawet fajne rzeczy, takie jak Służewski Dom Kultury czy filharmonia w Szczecinie , giną w tłumie. To jest takie alibi, że jednak robimy coś fajnego. Ale w skali całego kraju to nie ma żadnego znaczenia, bo trend dominujący jest zupełnie inny. Dobre realizacje nie zmieniają zasad. Z resztą zasad dzisiaj nie ma i mało kto się o nie upomina.

I ciebie to nie wkurza?

- Już się z tego śmieję, a ten śmiech jest dla mnie punktem wyjścia do pisania. Przecież cała ta kariera słowa "design" w Polsce jest tak naprawdę komedią pomyłek. Ale wierzę, że ten nasz rozchwiany system dąży do równowagi. Coraz głośniej się o tym mówi, ludzie protestują, gdy ktoś im chce zabrać park albo ławkę pod blokiem. Być może za jakiś zaczną się upominać o swoje podstawowe prawa i w zbiorze tych praw znajdzie się też poczucie, że przestrzeń wokół nich powinna być formowana w przemyślany, a nie tylko efektowny sposób.

"Jak przestałem kochać design" do nabycia w formie e-booka na Publio.pl >>

Marcin Wicha . Urodził się w 1972 roku w Warszawie. Grafik. Projektował (i projektuje) okładki, plakaty i znaki graficzne. Czasem pisze. Jego teksty ukazywały się między innymi w "Autoportrecie", "Literaturze na Świecie" i "Tygodniku Powszechnym". Przez kilka lat publikował cotygodniowe rysunkowe komentarze w "Tygodniku Powszechnym". Współpracuje z "Gazetą Wyborczą" i "Charakterami". Wydał kilka książek dla dzieci.

Filip Springer . Reporter, fotograf, współpracuje z "Dużym Formatem", "Polityką", "Tygodnikiem Powszechnym". Autor książek reporterskich poświęconych przestrzeni, między innymi "Zaczynu. O Zofii i Oskarze Hansenach" (Karakter) oraz "Wanny z kolumnadą. Reportaży o polskiej przestrzeni" (Czarne). Stypendysta Fundacji Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.