artykuły
Helena Norowicz (fot. Marta Mach)
Helena Norowicz (fot. Marta Mach)

Proszę mi zdradzić sekret pani doskonałej kondycji.

- Ach, jaki tam sekret. Nie stosuję i nie stosowałam żadnych zabiegów kosmetycznych. Pod tym względem jestem bardzo staroświecka. Przyczyny mojego dobrego zdrowia i formy tkwią pewnie głównie w dobrych genach. I zamiłowaniu do wysiłku fizycznego. Całe moje życie, począwszy od wczesnego dzieciństwa, było związane z gimnastyką i ze sportem. W wieku dziesięciu lat po raz pierwszy poszłam z rodzicami do cyrku. Zachwyciłam się wyczynami akrobatek tak, że po powrocie do domu zaczęłam je naśladować. Mieszkaliśmy wtedy na przedmieściach Koszalina w domu z ogrodem. W tym ogrodzie próbowałam swoich sił w akrobacji. Wiedziałam, jaki mam cel, a sposoby osiągnięcia go były kompletnie instynktowne. Metodą prób i wypaczeń doszłam do tego, że robiłam szpagaty, zarzucałam sobie nogi na ramiona i wykonywałam bezbłędne mostki.

Przez całą szkołę podstawową i gimnazjum aktywnie się gimnastykowałam. W gimnazjum utworzyłyśmy z dziewczętami drużynę piłki siatkowej. Zostałyśmy nawet zakwalifikowane do ogólnopolskich mistrzostw szkół ogólnokształcących, które odbywały się we Wrocławiu. To był 1953 rok. Wtedy zapragnęłam studiować na Akademii Wychowania Fizycznego.

To jak to się stało, że została pani aktorką?

- Spóźniłam się na egzaminy. Zawiadomienie o terminie przyszło pocztą, kiedy nie było mnie w domu. Byłam w rozpaczy, bo zakończyły się już praktycznie wszystkie egzaminy na uczelnie wyższe. Nie miałam pojęcia, co ze sobą począć. Pojechałam do siostry do Wrocławia. Dzięki protekcji jej męża, który był inżynierem, zahaczyłam się w katedrze wydziału zajmującego się maszynami ciężkimi. Pracowałam jako osoba do opisywania rysunków technicznych, choć charakter pisma miałam paskudny. To był mój sposób na przeczekanie tego straconego roku. W tym czasie namiętnie chodziłam na spektakle do Teatru Polskiego, który był wówczas na bardzo wysokim poziomie. Na scenie występowali Stanisław Jasiukiewicz, Ludwik Benoit, cała obsada filmu "Sami swoi". Z teatru wychodziłam nieprzytomna i po cichu marzyłam o graniu. Ale jak to zrobić? Gdzie się zahaczyć?

Po jednym ze spektakli zobaczyłam na ścianie teatru obwieszczenie o naborze do łódzkiej Szkoły Teatralnej. Niebywała okazja, bo w szkole recytowałam, brałam udział w przedstawieniach. Pomyślałam, że nic nie kosztuje mnie, żebym poszła i się sprawdziła. Przypadkiem jechałam z Biskupina na Stary Rynek we Wrocławiu tym samym tramwajem z Janiną Mieczyńską, znakomitą tancerką i pedagog, która wychowała kilka pokoleń aktorów. Była przewodniczącą komisji. Zachęciła mnie i zakwalifikowała do egzaminów. Z czterdziestu osób, które do nich podeszły, szesnaście zostało przyjętych na pierwszy rok Szkoły Teatralnej, w tym cztery dziewczęta, a wśród nich ja.

()

Jak trafiła pani do Warszawy?

- Mój pedagog, Emil Chaberski, zaproponował mi pracę w Teatrze Klasycznym. Wezwana na zastępstwo do spektaklu "Bolesław Śmiały" przyjechałam do Warszawy z jedną walizką. Nie miałam nawet jeszcze na oku żadnego mieszkania. Zatrzymałam się u znajomej aktorki z Teatru Reduta, znanej społecznicy, która zaproponowała pomoc. I tak się zaczęło moje życie i praca w Warszawie. W Teatrze Klasycznym grałam jeszcze kilka lat po śmierci Chaberskiego. Z Ireneuszem Kanickim zrobiliśmy głośny spektakl oparty na piosenkach partyzanckich pt. "Dziś do ciebie przyjść nie mogę". Graliśmy go tysiąc razy. Z tą sztuką pierwszy raz w życiu wyjechałam za granicę, do Sarajewa. Potem był Związek Radziecki i Lwów, z którym wiążą się emocjonalne wspomnienia. Śpiewaliśmy "Czerwone maki",m.in. takie słowa: Ta ziemia do Polski należy / Choć Polska daleko jest stąd / Bo wolność krzyżami się mierzy / Historia ten jeden ma błąd. Widownia płakała i myśmy płakali. Do dziś wzruszam się, jak wspominam ten występ. Potem popłynęliśmy "Batorym" do Stanów Zjednoczonych. Ach, co to był za rejs!

Potem trafiła pani do Józefa Szajny.

- To był cudowny okres. Józef Szajna otworzył nam okno na świat. Zaczęliśmy podróżować na Zachód. Byliśmy w Stanach, jeździliśmy po Europie. Potem była podróż do Australii, Izraela, Singapuru. Pracowaliśmy wtedy na najwyższych obrotach, a sukcesy zagrzewały nas do kolejnych wyzwań.

Teatr zastąpił pani sport?

- Zamiłowanie do sportu było ważną przez całe moje życie potrzebą aktywności. Myślę jednak, że od początku, od najmłodszych lat, miałam w sercu miłość do teatru. To pokora nie pozwalała mi wierzyć, że marzenia o aktorstwie kiedykolwiek uda mi się zrealizować. Z kina czy z teatru wychodziłam zawsze odurzona. Nie rozmawiałam z kolegami, tylko tkwiłam jeszcze w tamtym świecie, przeżywałam. Przegapienie egzaminów na AWF było najszczęśliwszym przypadkiem, jaki mógł mi się przydarzyć. Kochałam aktorstwo całym sercem i w całości pracy się oddałam.

Pewnie trudno było przejść na emeryturę?

- Przejście na emeryturę w pewnym sensie podcięło mi skrzydła. Musiałam wymyślić sobie jakieś zajęcie. Wróciłam do gimnastyki i zajęłam się działką. Była strasznie zapuszczona i doprowadzenie jej do porządku wymagało pracy tytana. Więc zamieniłam się w "tytanicę": koszami znosiłam ziemię z lasu, ze stawu przynosiłam wodę wiadrami. Moja mama załamywała ręce. Twierdziła, że niszczę sobie zdrowie, a mnie ta ciężka praca w pewnym sensie wzmocniła. Byłam ostatnio u lekarza. Mój bilans wskazuje, że mam 65 lat, a przecież w zeszłym roku przekroczyłam osiemdziesiątkę.

Jak to się stało, że z działki trafiła pani do modowych sesji?

- Aleksandra Popławska, aktorka i reżyserka, poprosiła mnie o pozowanie do zdjęć. Spotkałyśmy się w teatrze Imka, a portrety opublikowała na swojej stronie internetowej. Te zdjęcia bardzo się wszystkim podobały. Po niej zgłosiła się z tą samą prośbą Kasia Ładczuk, która również udostępniła moje portrety na swojej stronie. Po tych publikacjach pojawiły się propozycje od Bohoboco i Nenukko. Ubrania bardzo mi się podobały, ale miałam obawę, czy aby nadaję się do sesji modowych. Myślę, że starsze kobiety jak najbardziej powinny być obecne w świecie mody. Nie tylko te młode i śliczne, które wyglądają dobrze we wszystkim, co się na nie założy. Z drugiej strony zastanawiałam się, czy sobie poradzę. Ale powiedziałam samej sobie: Wzdychasz, jęczysz, że nie masz propozycji aktorskich. Potraktuj to jak aktorskie wyzwanie. I spróbowałam.

()

Jak odnalazła się pani w nowej roli?

- Nigdy wcześniej nie uczestniczyłam w sesjach zdjęciowych. Jedyna, jaką sobie przypominam, to była sesja, którą teatr zlecił Zofii Nasierowskiej. Mam do dziś jej zdjęcia. Niebywale utalentowana fotografka. Dech zapiera, jak się patrzy na te jej obrazy. Pozowanie wydawało mi się nudne. Dziś mogę powiedzieć, że praca aktorska i praca modelki to dwie zupełnie inne sprawy. W pracy na sesji zdjęciowej kostium jest najważniejszy, a modelka ma za zadanie jak najpiękniej go zaprezentować. W aktorstwie kostium jest tylko dopełnieniem postaci, nad którą pracuje się na wielu poziomach. W teatrze efekt i odbiór jest natychmiastowy. Na zdjęcia trzeba poczekać, a efekt w rzeczywistości w niewielkim stopniu zależy od modelki. Bardzo się cieszę, że podjęłam wyzwanie. Okazało się, że propozycje od Nenukko i Bohoboco były bardzo różne. Z każdej wyniosłam coś innego. Poza tym pozytywny odbiór mojej pracy odbudował mnie na nowo. Po Nenukko i Bohoboco pojawiła się propozycja wzięcia udziału w sesji zdjęciowej dla magazynu "ELLE".

Czyli można powiedzieć, że już regularnie pracuje pani jako modelka.

- Rzeczywiście, jedna propozycja pociągała za sobą kolejną, a ja żadnej nie odmawiałam, bo każda była dla mnie interesująca. Muszę jednak przyznać, że praca modelki jest bardziej męcząca niż praca aktorki. Najbardziej męczy chyba stanie w bezruchu i czekanie.

()

Ma pani jakieś zdrowe nawyki?

- Gimnastykuję się codziennie. Ale nie mam żadnego ustalonego grafiku ani ściśle określonego zestawu ćwiczeń. Nie chodzę też na żadne zorganizowane zajęcia. Mimo że jestem pracowita, nie lubię ustalonych schematów. Nigdy nie udaje mi się ich dotrzymać. Kiedyś zapłaciłam za kwartał nauki języka angielskiego. Byłam tylko na jednej lekcji. Kupiłam sobie za to magnetofon i kasety, z których samodzielnie nauczyłam się angielskiego w domu. Nie ma we mnie nic, co podobne byłoby do systematyczności. Jestem raczej chaotyczna.

A dieta? Zdrowo się pani odżywia?

- To, co mam w genach i co na pewno fortunne jest dla mojego zdrowia i urody, to fakt, że nie przepadam za słodyczami. Jak coś jest zbyt słodkie, to mi po prostu nie smakuje. Kiedy byłam młoda, w ogóle nie przejmowałam się zdrowym trybem życia. Nie rozumiałam perspektywy, że to praca na późniejszą siebie. W zawodzie aktora nie ma w zasadzie konkretnego trybu. Niedziele pracujące, poniedziałki wolne. Intensywna praca przed spektaklem, potem spokojniejsze okresy. Popołudniówki, dalekie podróże - to wszystko było dość męczące. Ale zmęczenia nie czuje się, gdy robi się to, co się kocha.

()

A więc to praca powoduje, że jest pani w tak doskonałej formie?

- Usłyszałam kiedyś słowa rosyjskiego lekarza, którego nazwiska już nie pamiętam: Biegaj. Jeśli nie możesz biegać, spaceruj. Jeżeli nie możesz spacerować, czołgaj się. Ale się ruszaj . Słowa te można moim zdaniem przełożyć na wszelką aktywność: fizyczną i umysłową. I to jest chyba najlepsza rada, jaką mogłabym pani dać, jeśli już koniecznie jej pani potrzebuje.

Przyjmie pani kolejne zlecenia, jeśli takie się pojawią?

- Bez wątpienia. Pytanie, czy się pojawią.

CZYTAJ TAKŻE: Antoni Huczyński, 92-letni "dziarski dziadek": Rzuciłem sobie wyzwanie, żeby spowolnić czas

Helena Norowicz (ur. w 1934 roku). Polska aktorka teatralna i filmowa. Przez większość kariery związana z Teatrem Studio. Zagrała m.in. w "Dekalog IV" Krzysztofa Kieślowskiego czy "Matka Teresa od kotów" Pawła Sali.

Marta Mach . Absolwentka arabistyki na UAM, tłumaczka i dziennikarka. Zanim w 2010 roku zamieszkała w Warszawie, dużo podróżowała. Mieszkała w Syrii, Libii i Indiach, gdzie współpracowała z organizacjami pozarządowymi. Współtwórczyni i redaktorka naczelna magazynu "Zwykłe Życie", produkuje sesje zdjęciowe i wideo, dla przyjemności fotografuje.

Mój pedagog, Emil Chaberski, zaproponował mi pracę w Teatrze Klasycznym. Wezwana na zastępstwo do spektaklu "Bolesław Śmiały" przyjechałam do Warszawy z jedną walizką. Nie miałam nawet jeszcze na oku żadnego mieszkania. Zatrzymałam się u znajomej aktorki z Teatru Reduta, znanej społecznicy, która zaproponowała pomoc. I tak się zaczęło moje życie i praca w Warszawie. W Teatrze Klasycznym grałam jeszcze kilka lat po śmierci Chaberskiego. Z Ireneuszem Kanickim zrobiliśmy głośny spektakl oparty na piosenkach partyzanckich pt . "Dziś do ciebie przyjść nie mogę". Graliśmy go tysiąc razy. Z tą sztuką pierwszy raz w życiu wyjechałam za granicę, do Sarajewa. Potem był Związek Radziecki i Lwów, z którym wiążą się emocjonalne wspomnienia. Śpiewaliśmy "Czerwone maki", m.in . takie słowa: Ta ziemia do Polski należy / Choć Polska daleko jest stąd / Bo wolność krzyżami się mierzy / Historia ten jeden ma błąd. Widownia płakała i myśmy płakali. Do dziś wzruszam się, jak wspominam ten występ. Potem p opłynęliśmy "Batorym" do Stanów Zjednoczonych. Ach, co to był za rejs!